Całe społeczeństwo musi wiedzieć, co robić w razie ataku Rosji [Generał Gerald Funke]

W związku z rosyjskim zagrożeniem musimy wrócić do sytuacji z czasów zimnej wojny, gdy każdy Niemiec wiedział, co robić w razie wybuchu konfliktu zbrojnego – powiedział w rozmowie z brytyjskim dziennikiem „The Times” generał Gerald Funke, dowódca komanda wsparcia Bundeswehry (UstgKdoBw).
„Zadania obejmują ewakuację i leczenie rannych”
.Podczas gdy w Afganistanie miałem do czynienia z niestety wysoką, ale dającą się opanować liczbą rannych, obecnie muszę przygotować się na możliwość tysiąca rannych żołnierzy dziennie. Im bliżej się temu przyglądam, tym bardziej staje się to złożone i trudniejsze do wyobrażenia” – powiedział Funke.
Utworzone w październiku 2024 r. UstgKdoBw odpowiada za wszystko, co jest potrzebne do kontynuowania działań wojennych za linią frontu. Zadania obejmują ewakuację i leczenie rannych, rekwirowanie zasobów od sektora prywatnego oraz dostarczanie zaopatrzenia i posiłków na pole walki.
„Ważne jest dla nas, aby Niemcy pozostały centrum logistycznym i abyśmy jak najdłużej zarządzali liniami dostaw w sposób jak najbardziej płynny, co oznacza, że jeśli jedna trasa zawiedzie, będziemy mieli możliwość skorzystania z innych” – wyjaśnił.
Gerald Funke, który wstąpił do zachodnioniemieckiej armii na kilka lat przed końcem zimnej wojny, uważa, że w obliczu rosyjskiego zagrożenia konieczny jest powrót do podejścia, w którym obrona kraju jest sprawą całego społeczeństwa. „To musi być jasno powiedziane, że bez wsparcia cywilnego, bez koncepcji obrony totalnej, nie bylibyśmy w stanie się bronić” – podkreślił.
Przed 1990 r. Niemcy Zachodnie miały nie tylko powszechny pobór do wojska dla mężczyzn i pół miliona osób w służbie wojskowej, ale także niezwykle szczegółowe plany dotyczące zadań, jakie w przypadku wojny miałyby wykonać wszystkie elementy sił zbrojnych oraz cywile.
Niektóre firmy są świadome tego problemu i aktywnie ćwiczą, jak poradzić sobie w sytuacji kryzysowej [Generał Gerald Funke]
.W tamtych czasach „każdy z nas dokładnie wiedział, gdzie zostanie rozmieszczony podczas wojny obronnej, aż do konkretnego okopu. To znaczy, było to naprawdę precyzyjne, nie tylko ogólnikowo jak »gdzieś tam w pobliżu Kassel«, lecz w konkretnej wsi i w tym konkretnym zakątku lasu” – wyjaśnił generał.
Innym przykładem jest to, że w czasie zimnej wojny Deutsche Bahn były zobowiązane do zapewnienia w ciągu trzech dni pociągów zdolnych do transportu sprzętu wojskowego. „Nie było to potrzebne przez wiele lat »dywidendy pokojowej« od 1990 r. do chwili obecnej, więc cały system popadł w zapomnienie. Uważam jednak, że powinniśmy do niego powrócić. Już pracujemy nad tym” – powiedział Funke.
Jak dodał, niektóre firmy są świadome tego problemu i aktywnie ćwiczą, jak poradzić sobie w sytuacji kryzysowej. Wiele innych jednak nie wie nawet, ilu rezerwistów zostanie powołanych spośród ich pracowników. „Im dalej są (od sektora obronnego), tym mniej dostrzegają, że może to również ich dotyczyć. Nie jest to zła wola ani głupota; po prostu nie do końca rozumieją jeszcze konsekwencje” – wyjaśnił generał.
Obserwujemy wyraźny powrót do państwa narodowego
.Istnieje ryzyko, że Europa wkrótce zamieni się w cmentarzysko upadłych potęg. Ale jeszcze nim nie jest. I cały czas ma szansę zachować swoją pozycję – mówi prof. Andreas RÖDDER.
Agaton KOZIŃSKI: Kanclerz Friedrich Merz chce stworzyć największą armię konwencjonalną w Europie. O czym myślą Niemcy, gdy słyszą takie propozycje?
Andreas RÖDDER: Myślą o dziwnej kombinacji kilku czynników. Z jednej strony mamy niemiecką determinację, by przejąć przywództwo w demokratycznej Europie w celu obrony Unii Europejskiej, zachodnich wartości, praworządności. Tego wszystkiego, czym stała się Europa po 1990 r. Ale z drugiej strony – w ramach powojennego porządku światowego – Niemcy nie zdołały odegrać wiodącej roli. Nigdy nie stały się takim liderem, jakim powinny być według słów Radosława Sikorskiego z 2011 r.
– Szef polskiego MSZ podczas wystąpienia w Berlinie mówił wtedy, że mniej się boi niemieckiej hegemonii niż niemieckiej bezczynności. Te jego uwagi do dziś silnie rezonują politycznie. W Niemczech także?
– Tak, ten cytat zyskał w Niemczech status kultowego. Uważam też, że to absolutna prawda. Oddzielna sprawa, że każda osoba znająca historię będzie podchodzić do takiego oświadczenia z pewną ostrożnością. Chodzi także o twierdzenia, że Niemcy powinny mieć największą armię w Europie. Ale też uważam, że nie ma to takiego samego znaczenia jak 80 lat temu. To nie jest tak – jak mówił w 2011 r. polityk CDU/CSU Volker Kauder – że „Europa mówi po niemiecku”, tamto stwierdzenie było bardzo nieprzemyślane z jego strony. Niemcy są jednak czasami nieco nieostrożni, jeśli chodzi o to, jak ich słowa mogą zostać odebrane przez innych.
– Widzę dwie sprzeczności i jedną wątpliwość w tym, co Pan Profesor mówi. Pierwsza sprzeczność – czy trzeba budować armię, by bronić europejskich wartości? Druga – czy rzeczywiście można twierdzić, że wielka armia będzie się radykalnie różnić od tej sprzed 80 lat? I wątpliwość – czy Niemcy są w ogóle w stanie taką armię zbudować? Zapowiadał to już poprzedni kanclerz Olaf Scholz, ale ten proces nie wyszedł poza papierowe opracowania.
– Zacznę od końca, bo podzielam tę wątpliwość – nie ma żadnej pewności, że obecny rząd jest w stanie zrealizować ten projekt. Trzeba pamiętać, że partnerem koalicyjnym CDU/CSU jest SPD, a to partia nastawiona pacyfistycznie, sceptycznie podchodząca do zwiększania wydatków na obronność. Musimy poczekać, by przekonać się, na ile zapowiedzi kanclerza Merza będą realizowane. Choć też mam wrażenie, że w Niemczech pod tym względem sytuacja się zmieniła, jest dziś więcej woli politycznej do działania, niż było za czasów Angeli Merkel czy Olafa Scholza. Na pewno Berlin wyraźniej formułuje wolę zdecydowanej samoobrony Niemiec i Europy.
W odniesieniu do Pana kolejnego pytania o różnicę między armiami – obecną i tą z trzeciej dekady XX wieku. W tym wszystkim nie chodzi o samo wojsko, lecz o system polityczny, który za nim stoi. Dziś chodzi o samoobronę Niemiec, kraju szanującego i chroniącego prawa człowieka, demokrację, praworządność, przed dyktatorskim, ekspansywnym reżimem. To zupełnie inna sytuacja niż wtedy, kiedy w Berlinie rządził nazistowski reżim prowadzący imperialną politykę za pomocą siły. To naprawdę ma znaczenie. Ramy współczesnej niemieckiej polityki są oparte na twardych zasadach.
Jeśli chodzi o pierwszą sprzeczność, to też jej nie dostrzegam. Przecież demokracje zawsze muszą posiadać możliwości obrony. Proszę sobie przypomnieć konfrontację ze Związkiem Radzieckim lub Niemcami hitlerowskimi – demokracje we Francji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych musiały się przed nimi bronić. Dziś również państwa demokratyczne muszą się bronić przed ekspansjonistycznymi państwami, takimi jak Rosja, Chiny czy Iran. Niemcy przekonali się o tym jako ostatni, najdłużej uważali, że cały czas można polegać na tzw. dywidendzie pokojowej. Ale teraz Berlin uczy się tego, czego przez dziesięciolecia nie chciał robić.
– Podkreśla Pan, że nie można współczesnych Niemiec porównywać z tymi z czasów nazizmu, że obecnie niemiecka polityka funkcjonuje w oparciu o twarde zasady – dlatego też rozbudowa Bundeswehry nie jest kłopotem. A jak to będzie wyglądało, jeśli do władzy dojdzie AfD?
– Rozumiem, skąd się bierze Pana pytanie, i zapewniam, że niemiecka klasa polityczna – zwłaszcza chrześcijańscy demokraci – odczuwają ogromną odpowiedzialność za sytuację polityczną w kraju, która jest głęboko zakorzeniona w historii. Dotyczy to zwłaszcza polityki wobec krajów bałtyckich i Polski. Mówię to jako chrześcijański demokrata. Naszym głębokim historycznym obowiązkiem jest dopilnowanie, aby to, co wydarzyło się w 1939 roku, nigdy więcej się nie powtórzyło. Naszym głębokim historycznym i politycznym obowiązkiem jest również ochrona Polski i krajów bałtyckich przed zagrożeniem ze strony Rosji. I nie chodzi mi tylko o CDU/CSU, ale też o liberałów czy Zielonych.
– Akurat Zieloni zawsze byli przeciw Nord Stream.
– Zgadza się. Natomiast są wątpliwości, jak do tego niemieckiego zobowiązania podchodzą partie lewicowe, które są prorosyjskie. SPD ma dziwną tradycję przywiązania do polityki ustępstw i odprężenia wobec Moskwy Willy’ego Brandta z lat 70.
– Ale dziś to AfD rośnie w siłę, nie partie lewicowe.
– Tak, obawa przed AfD jest absolutnie uzasadniona. Jej sondażowy wzrost to konsekwencja bieżącej polityki. Ta partia została w Bundestagu otoczona kordonem sanitarnym, a to sprawiło, że się skonsolidowała, jej sympatycy zaczęli mocniej solidaryzować się ze sobą.
W rzeczywistości jednak AfD nie jest takim monolitem, jak się wydaje. W jej ramach istnieją bardzo różne skrzydła – tyle że dziś tych wewnętrznych podziałów nie widać. Uważam, że znacznie lepsze byłoby warunkowe podejście do AfD, prowadzenie z nią rozmów. Nie oznacza to współpracy z nią, tym bardziej koalicji, natomiast umożliwiłoby wyeksponowanie tych podziałów. Zakładam, że nie wszyscy zwolennicy AfD rzeczywiście sympatyzują z Rosją Putina, za to cenią sobie ten rodzaj porządku, jaki niesie ze sobą członkostwo w UE. Gdyby więc zacząć rozmawiać z tym ugrupowaniem, pojawiłaby się możliwość podzielenia tej partii i pozyskania jej członków. Tego jednak nie ma, obowiązuje reguła kordonu sanitarnego.
– Na razie w sondażach Alternatywa dla Niemiec jest już wyżej niż CDU/CSU. To oznacza, że nie można wykluczyć sytuacji, w której w pewnym momencie AfD dochodzi do władzy.
– Zgadza się, AfD nadal zyskuje popularność. Ale szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, żeby ona zdobyła większość na szczeblu federalnym. Być może jest to możliwe w niektórych landach, zwłaszcza w Niemczech Wschodnich, ale nie na szczeblu krajowym. Przekracza to możliwości mojej wyobraźni, aby pomyśleć, że AfD, która obecnie ma ok. 25–26 proc. poparcia w sondażach, zdobywa bezwzględną większość, potrzebną do sprawowania rządów. A tylko w ten sposób może przejąć władzę, gdyż jest ugrupowaniem bez zdolności koalicyjnych; byłaby w stanie zawrzeć koalicję jedynie z małą lewicową partyjką Sojusz Sahry Wagenknecht.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/prof-andreas-rodder-obserwujemy-wyrazny-powrot-do-panstwa-narodowego/
PAP/MB




