Mateusz MATYSZKOWICZ: Stany Zjednoczone w pułapce Tukidydesa?

Stany Zjednoczone w pułapce Tukidydesa?

Photo of Mateusz MATYSZKOWICZ

Mateusz MATYSZKOWICZ

Filozof, eseista, b. prezes TVP. Autor książki "Śmierć rycerza na uniwersytecie", wstępu do polskiego wydania "Arystoteles" Erica Voegelina. Przetłumaczył i opatrzył komentarzem dzieło Tomasza z Akwinu "O królowaniu".

Świat, który dotychczas wydawał się stabilny, słyszy zapomniane dotąd słowa, jak choćby aneksja. Odkurzona zostaje doktryna Monroe. W nową epokę Stany Zjednoczone weszły z Ministerstwem Wojny. Europejczycy nie powinni być jednak zaskoczeni. Mają Tukidydesa – pisze Mateusz MATYSZKOWICZ

.W mowie pogrzebowej Peryklesa, jednym z najsłynniejszych tekstów politycznych zachodniej cywilizacji, Ateny zostają nazwane „szkołą Hellady”. To sformułowanie nie jest retoryczną ozdobą ani chwilowym uniesieniem mówcy. Zawiera sposób myślenia, który Zachód przyswoi sobie na długie wieki: przekonanie o normatywnym charakterze własnego porządku politycznego, o jego wyższości nie tylko faktycznej, lecz także moralnej i cywilizacyjnej.

Wojny, które toczy Zachód, rzadko są wyłącznie walką o terytoria czy szlaki handlowe. Nie są też, przynajmniej w jego własnym rozumieniu, wojnami czysto obronnymi. Ich stawką jest zawsze coś więcej: określony sposób życia, określona wizja wspólnoty, określona cywilizacja, taka, jaką znamy i jaką chcemy podtrzymać. W tym sensie wojna staje się dla świata zachodniego sytuacją graniczną: momentem, w którym ocieramy się o niebyt, o możliwość zanegowania nie tylko biologicznego istnienia jednostek, lecz także sensu i ciągłości kultury, do której należymy.

Nauczycielka Zachodu

.Kiedy Tukidydes umieszcza w drugiej księdze Wojny peloponeskiej mowę Peryklesa, czyni to z pełną świadomością jej ciężaru. Wie, że wyjaśnia w ten sposób czytelnikowi, o co naprawdę toczy się wojna, i wie również, że jego odbiorcy chcą myśleć właśnie w tych kategoriach. Chcą wiedzieć, kto w wojnie ma rację, jakie wartości są zagrożone i czego w istocie się broni. Ateny, a w sensie metaforycznym cały Zachód, występują w tej mowie jednocześnie jako szaniec cywilizacji i jako najlepszy z możliwych ustrojów.

Jak zauważył Leo Strauss, u Tukidydesa spotykamy coś wyjątkowego: obraz państwa idealnego – o którym marzył Platon – lecz nie jako abstrakcyjnej konstrukcji filozoficznej, lecz jako żywego organizmu. Państwa w ruchu, działającego, podejmującego decyzje i gotowego walczyć. Otrzymujemy w ten sposób obraz komplementarny wobec platońskiego: zakorzeniony nie w idei, lecz w konkretnej rzeczywistości historycznej. Zarazem jednak sam Tukidydes przyznaje, że jego dzieło ma charakter wzorcowy, nie jest jedynie zapisem minionych wydarzeń, jak przystoi historykowi, lecz opowieścią skierowaną do czytelników przyszłości, którzy mają rozpoznać w niej samych siebie. To tekst nie tylko kronikarski, lecz w głębokim sensie filozoficzny.

Mówiąc więc o Atenach jako nauczycielce całej Hellady, jako czytelnicy XXI wieku nie możemy zatrzymać się na greckim kontekście V wieku przed Chrystusem. Nasza myśl musi objąć cały Zachód. Ateny są bowiem także naszą nauczycielką.

Czego więc uczą nas Ateny? I co w istocie mówi nam sam Tukidydes? Odpowiedź nie jest prosta ani jednoznaczna. Dla licznych przedstawicieli realizmu politycznego kluczowym fragmentem Wojny peloponeskiej pozostaje tzw. dialog melijski, jedna z centralnych scen księgi piątej. To właśnie on bywa odczytywany jako najmocniejsze wyznanie wiary w doktrynę siły, jako rzekomy dowód, że hegemonia cywilizacyjna opiera się ostatecznie na brutalnej przewadze militarnej i bezwzględnej kalkulacji interesu.

Wedle tej interpretacji Ateny w dialogu melijskim mówią prawdę o świecie takim, jaki on jest: silni czynią to, co mogą, słabi znoszą to, co muszą. Polityka zostaje tu sprowadzona do relacji sił, a sprawiedliwość – do luksusu dostępnego wyłącznie równym. Taki odczyt czyni z dialogu melijskiego tekst założycielski realizmu politycznego, niemal jego antyczny manifest.

Scena ta jest jednak bardziej złożona, niż chcieliby jej apologeci. Na wyspę Melos przybywają bezimienni przedstawiciele Aten. Nie są to mężowie stanu na miarę Peryklesa, lecz funkcjonariusze imperium, wysłannicy systemu, który działa już niemal automatycznie. Melos dotąd zachowywała neutralność w wojnie peloponeskiej. Ateny mogą podejrzewać, że jako kolonia spartańska wyspa ta skłania się ku ich wrogom, lecz nie jest to zarzut oparty na konkretnych działaniach. Decydujące znaczenie ma coś innego.

Usuwanie przeszkód

.Melos leży po drodze. Jest wyspą o strategicznym położeniu, istotnym dla utrzymania ateńskiej przewagi morskiej. W świecie imperium morskiego neutralność nie jest stanem stabilnym, lecz anomalią. Każda niezależna wyspa staje się potencjalną luką w systemie kontroli, możliwą bazą wroga, precedensem groźnym dla całej struktury władzy. Ateny nie przybywają więc na Melos, by rozstrzygać spór moralny ani reagować na agresję, lecz by domknąć porządek, który uznają za konieczny dla własnego przetrwania.

Mieszkańcom wyspy zostaje przedstawione ultimatum: podporządkowanie się władzy Aten albo całkowite zniszczenie. Nie ma tu miejsca na negocjacje w klasycznym sensie. Ateńczycy odrzucają język sprawiedliwości, wspólnego dobra i przyszłej odpowiedzialności, którym posługują się Melijczycy. Proponują rozmowę bez złudzeń, rozmowę, w której liczy się wyłącznie to, co możliwe tu i teraz.

 Gdyby Melos przyjęło warunki Aten, uniknęłoby natychmiastowego zniszczenia, lecz zapłaciłoby za to utraceniem suwerenności. Wyspa zostałaby włączona do systemu ateńskiego imperium morskiego: obciążona trybutem, podporządkowana militarnie i pozbawiona realnej samodzielności politycznej. Jej neutralność zostałaby zastąpiona stałą kontrolą, a lokalny porządek ustrojowy musiałby dostosować się do interesów hegemonicznej władzy. Melos przetrwałoby biologicznie, ale przestałoby istnieć jako polis, stając się jedynie funkcjonalnym elementem imperialnej struktury Aten.

Ateńczycy argumentują tu z pozycji siły. Są rosnącym imperium i dysponują mocą zduszenia każdego wystąpienia wyspy przeciwko nim; co więcej, nie mogą sobie pozwolić nawet na najmniejszą niesubordynację. Imperium, by trwać i się rozszerzać, musi bowiem cieszyć się posłuchem, a ten opiera się nie na dobrowolnej zgodzie, lecz na bezwzględnym posłuszeństwie i strachu przed użyciem siły. Dlatego – jak twierdzą Ateńczycy – ich żądanie wykracza poza pojęcie sprawiedliwości, które ma sens jedynie w relacjach między równymi. Wypowiadają w tym kontekście słynną formułę, wielokrotnie później przywoływaną: „Sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest rozstrzygająca tylko tam, gdzie obie strony dysponują równą siłą; w przeciwnym razie silniejsi osiągają swoje cele, a słabsi ustępują” – innymi słowy, według Ateńczyków językiem sprawiedliwości mogą posługiwać się wyłącznie równorzędni, podczas gdy w pozostałych przypadkach decyduje hierarchia siły.

Mieszkańcy Melos odrzucają ten sposób rozumowania. Dla nich pierwotne jest pojęcie sprawiedliwości, rozumianej nie jako funkcja siły, lecz jako zasada regulująca relacje między wspólnotami politycznymi. Co więcej, Melijczycy argumentują także na rzecz użyteczności takiego porządku: jeśli bowiem w przyszłości Ateny znalazłyby się w gorszym położeniu, lepiej byłoby dla nich, aby mogły liczyć na osąd oparty na zasadach sprawiedliwości, a nie na nagiej hierarchii siły. Ateny jednak nie chcą i nie potrafią myśleć w tej perspektywie. Znajdują się na ścieżce budowy imperium, zanurzone w swoim „tu i teraz”, dlatego argument melijski, odwołujący się do przyszłego sądu i długiego trwania, pozostaje dla nich nie do przyjęcia.

Spętane Ateny

.Ateny nie odrzucają argumentu Melijczyków dlatego, że jest on nierozsądny, lecz dlatego, że nie mogą sobie pozwolić, by go przyjąć. Ich decyzja nie wypływa z pewności siebie, lecz z lęku przed utratą pozycji, przed zachwianiem kruchej struktury imperialnej dominacji. Klasyczna refleksja polityczna wskazuje trzy podstawowe źródła motywacji działania: interes, honor i strach – przy czym to właśnie strach, jak zauważał Thomas Hobbes, pierwszy tłumacz Tukidydesa na języki nowożytne i zarazem jego wnikliwy komentator, jest najsilniejszym i najbardziej pierwotnym impulsem politycznym. W dialogu melijskim paradoks polega na tym, że to Ateny boją się bardziej niż Melijczycy: imperium, któremu realnie nie grozi natychmiastowa zagłada, reaguje z większą nerwowością niż niewielka wspólnota, wobec której zagłada jest faktem niemal pewnym.

Ateny zaszły jednak w budowie swojej potęgi tak daleko, że jedynym realnym zagrożeniem staje się dla nich utrata tej potęgi. Imperium, raz wprawione w ruch, nie może pozwolić sobie na zatrzymanie ani cofnięcie się, ponieważ każdy sygnał słabości grozi natychmiastowym rozpadem całej konstrukcji. W tym sensie Ateny muszą iść naprzód i nieustannie rozszerzać zakres swojej dominacji, nie dlatego, że tego chcą, lecz dlatego, że jej osłabienie oznaczałoby wystawienie się na odwet i rozszarpanie przez tych, których dotąd trzymały w ryzach. Siła przestaje być tu narzędziem wyboru, a staje się warunkiem przetrwania, od którego nie ma już odwrotu.

Tak pojawia się pojęcie niezwykle ważne dla późniejszej filozofii politycznej: ἀνάγκη – konieczność. Nie oznacza ona konieczności dziejowej w sensie heglowskim; nie jest ślepym mechanizmem historii ani dialektycznym procesem prowadzącym ku rozumnej całości. Jest czymś znacznie prostszym i zarazem bardziej bezlitosnym: łańcuchem warunków, w którym każdy kolejny krok wynika z poprzedniego. Jeśli chcesz przetrwać, musisz być imperium; jeśli chcesz być imperium, musisz narzucać posłuszeństwo; jeśli musisz narzucać posłuszeństwo, nie możesz tolerować wyjątków. Ateny dochodzą więc do wniosku, że Melos musi zostać albo podporządkowane, albo zniszczone – nie z wyboru, lecz z konieczności, jaką same uznają za nieuchronną.

Swoje stanowisko komunikują mieszkańcom Melos w sposób chłodny i pozbawiony afektu. Nie przemawia tu homerycki gniew ani heroiczna pasja, lecz zimna kalkulacja, która nie do maga się zrozumienia, lecz jedynie akceptacji. To właśnie w tej beznamiętnej mowie imperium odsłania się logika konieczności: słabsi nie muszą się z nią zgadzać, wystarczy, że się jej podporządkują.

Pułapka Tukidydesa

.W tym właśnie momencie pojawia się pojęcie, które odegrało ogromną rolę we współczesnych rozważaniach inspirowanych Tukidydesem: tzw. pułapka Tukidydesa, opisana w sposób szczególnie sugestywny przez Grahama Allisona. Oznacza ona sytuację, w której rosnąca potęga jednego państwa oraz strach przed jej wzrostem po stronie państwa dominującego prowadzą do konfliktu, nawet jeśli żadna ze stron nie pragnie wojny. Nie chodzi tu o nieuchronność w sensie metafizycznym, lecz o splot działań podejmowanych z lęku przed utratą pozycji i z przekonania, że brak działania będzie gorszy niż eskalacja. Tukidydes pokazuje w Wojnie peloponeskiej, że to właśnie taki mechanizm – wzrost Aten i strach Sparty – stanowił głęboką przyczynę wojny, a dialog melijski odsłania jego najbardziej bezlitosną, wewnętrzną logikę.

Graham Allison przeanalizował szesnaście historycznych przypadków, w których wzrost potęgi jednego państwa spotykał się z lękiem państwa dominującego; w dwunastu z nich napięcie to zakończyło się wojną. W tym kontekście sam zadaje dziś pytanie, czy rosnąca siła Chin oraz niepokój, jaki budzi ona w Stanach Zjednoczonych, nie staną się siedemnastym przypadkiem i czy również tym razem finałem nie okaże się konflikt zbrojny. Rok temu, zapytany o to podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, Allison odpowiedział, że byłby skłonny założyć się, iż w ciągu kolejnego roku relacje amerykańsko-chińskie poprawią się i że istnieje realna szansa uniknięcia pułapki Tukidydesa. Jest to jednak kalkulacja obarczona wysokim ryzykiem, ponieważ obserwujemy, że sytuacja nadal się zaostrza, a logika strachu i wzajemnej nieufności ponownie zaczyna dominować nad próbami strategicznego wyhamowania.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie jest to wyłącznie wina Stanów Zjednoczonych. Układ międzynarodowy rzeczywiście bardzo się zmienia, a coraz więcej aktorów podejmuje działania, które wprost lub pośrednio kwestionują amerykańską hegemonię. Świat zaczyna w coraz większym stopniu przypominać sytuację opisywaną przez Tukidydesa: porządek oparty na dominacji jednego mocarstwa zostaje poddany presji przez rosnące potęgi i zbiorowy resentyment wobec istniejącej hierarchii. W takim kontekście reakcje hegemona nie wynikają jedynie z ambicji czy pychy, lecz z poczucia zagrożenia i z obawy przed utratą pozycji, która dotąd gwarantowała względną stabilność całego systemu.

Z niepokojem zauważamy więc, że każdego dnia czytelnik Tukidydesa dostrzega wydarzenia zadziwiająco zbieżne z antyczną lekturą. Nie jest to lektura pocieszająca. W dialogu melijskim Tukidydes pokazuje nie moralną aberrację Aten, lecz logikę imperium, które doszło do punktu, w którym nie może już wybierać. Strach przed utratą pozycji zmusza je do działania wyprzedzającego, nawet wobec słabszych. To nie triumf siły, lecz jej pułapka: imperium działa, bo boi się przestać działać.

A dla świata zachodniego byłoby lepiej, gdyby przetrwało. To sprawia, że państwa mniejsze, muszą być wyjątkowo ostrożne.

Państwa zaś takie jak Polska muszą wiedzieć, jak przetrwać i wyjść z tego silniejszym. Ale to już temat na osobny esej.

Mateusz Matyszkowicz

Tekst ukazał się w nr 74 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 15 maja 2026