
Zdrada Macrona
Jeśli ktoś taki, jak Lindsey Graham, w efekcie zdrady Macrona postuluje ograniczenie obecności Amerykanów w Europie, to znaczy, że demokratyczna Europa pozbyła się właśnie swoich najwierniejszych i najbardziej wpływowych przyjaciół w USA. Co tu dużo mówić, to w zasadzie krok dla Europy samobójczy – pisze Jan ROKITA
.Lindsey Graham, 71-letni senator z Karoliny Południowej, jest jednym z naszych najcenniejszych i wypróbowanych sojuszników. W Kongresie USA zasiada bez przerwy od przeszło trzech dekad, a ostatnio pełni tam kluczową w amerykańskim systemie politycznym funkcję szefa komisji budżetowej senatu. W obecnej kadencji prezydenckiej Graham znalazł się w gronie parlamentarnych stronników i współpracowników Donalda Trumpa, a jak sam mówi: „Żaden prezydent nie zwracał się do mnie o pomoc w różnych sprawach tak często, jak czyni to Donald Trump”. Ale jak dobrze wiemy, polityczny sojusz między Trumpem i Grahamem jest stosunkowo świeżej daty. W przeszłości senator odrzucał politykę Trumpa, uważając, podobnie jak inni republikanie starej daty, że ów zanadto uzależnił się od ewangelikalnej frakcji ruchu MAGA, wierzącej w iluzję, iż w Ameryce nastanie epoka powszechnego szczęścia i panowania Bożego dopiero wtedy, gdy Amerykanie przestaną zwracać uwagę na świat zewnętrzny i angażować się w światowe konflikty. Graham zawsze stąpał twardo po ziemi, a jego „ceterum censeo” jest takie, iż wielkość Ameryki zależy od tego, jak gotowa jest bronić swoich wiernych sojuszników, wierzących w ideę wolności, tak jak wierzą w nią Amerykanie.
Konsekwencja Lindseya Grahama w toku jego długiej kariery parlamentarnej była dotąd absolutna. To tylko niektóre co bardziej spektakularne jej przykłady. W 2002 roku wspierał inwazję Busha w Iraku, przekonany, iż reżim Saddama Husseina nie tylko jest zbrodniczy, ale przede wszystkim stanowi zagrożenie dla przyjaznych Ameryce konserwatywnych monarchii znad Zatoki Perskiej. W 2010 roku, jako jeden z pierwszych, nawoływał prezydenta Obamę, niestety nieskutecznie, do prewencyjnego uderzenia na rewolucyjno-szyicki reżim w Iranie, póki jest on na tyle słaby, że nie potrafi zniszczyć państwa żydowskiego. W 2011 roku żądał bardziej aktywnego zaangażowania USA w obronę sojuszniczej Gruzji, napadniętej przez Putina. A dwa lata później piętnował cięcia Obamy w budżecie militarnym USA, dowodząc, iż to oznaczać będzie niemożność wywiązywania się przez Amerykę ze zobowiązań sojuszniczych. Kompromitującą ucieczkę wojsk amerykańskich z Afganistanu porównywał z klęską, jaką dla USA były terrorystyczne ataki 11 września. A po inwazji Moskali na Ukrainę, gdy w Ameryce rozpoczęła się dyskusja nad skalą pomocy dla Ukrainy, mówił, zwracając się do prezydenta Zełenskiego, że fundusze z budżetu USA przeznaczone na obronę Ukrainy to „najlepiej wydane pieniądze w historii USA”. Nie dziwi, że przy jego postawie putinowska prokuratura w Moskwie najpierw wszczęła przeciw Grahamowi śledztwo, pod zarzutem, że nawołuje do obalenia siłą tyranii Putina, a potem wydała nawet nakaz aresztowania senatora z Karoliny Południowej.
Przypominam te fakty w jednym tylko celu. Chcę powiedzieć, że jeśli sojusznicy USA, tacy jak Polska, stawiają sobie nieustannie pytanie, czy aby w prawdziwej godzinie próby Ameryka stanie zbrojnie w ich obronie całą swoją potęgą, to w Waszyngtonie nie było i nie ma drugiego tak wpływowego polityka, na którego moglibyśmy liczyć jak na Zawiszę. I właśnie z tego powodu tak dojmujące wrażenie zrobiło na mnie to, co teraz, po zachowaniu Europy w trakcie wojny perskiej, mówi publicznie senator Graham. A mówi tak: „Nigdy już nie będę tak samo patrzeć na Europę, odkąd naraziła naszych ludzi na ryzyko i sprawiła, że nasi piloci musieli latać dalej, okrężnymi trasami”.
.Widać wyraźnie, że Graham jest wstrząśnięty tym, czego dopuścił się Emmanuel Macron, złośliwie blokując terytorium sojuszniczej Francji dla lecących w misjach bojowych na Środkowy Wschód samolotów US Air Force, gdy piloci startujący z baz na terenie Wielkiej Brytanii na dobrą sprawę nie mieli dobrej alternatywnej drogi wobec przelotu nad terytorium Francji. Macron wiedział, że zmuszając amerykańskich pilotów do dalekich, okrężnych lotów, w warunkach toczącej się wojny, naraża życie Amerykanów i ogranicza skuteczność ich misji bojowej. Ale w swoim obłędnym antyamerykańskim fanatyzmie chciał zapewne osiągnąć taki efekt.
Paryż, podobnie zresztą jak wcześniej Madryt, wystąpił w tej wojnie jako rzeczywisty sojusznik Iranu i tamtejszego reżimu ajatollahów. Na dobrą sprawę od 1956 roku żadna podobna historia w pakcie NATO się nie zdarzyła, tyle tylko że wtedy to Amerykanie wystawili do wiatru Anglię i Francję, próbujące odbić na rzecz Zachodu znacjonalizowany przez rewolucję egipską Kanał Sueski. Eisenhower prowadził naonczas kampanię prezydencką pod hasłami pokoju i stabilizacji, więc z powodów wewnątrzamerykańskich zagrał nielojalnie wobec sojuszników z NATO, doprowadzając z premedytacją do klęski Anglików i Francuzów. Zwycięski Naser wkrótce stał się czołowym wrogiem Ameryki i sojusznikiem Sowietów, a zdrada Eisenhowera przyniosła Zachodowi tylko opłakane konsekwencje. Różnica w stosunku do zdarzeń dzisiejszych jest taka, że Macron nie tylko zdradza interesy demokratycznego Zachodu, ale także – chyba przez utratę rozumu politycznego – naraża całą Europę na utratę amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.
Jeśli ktoś taki, jak Lindsey Graham, w efekcie zdrady Macrona postuluje ograniczenie obecności Amerykanów w Europie, to znaczy, że demokratyczna Europa pozbyła się właśnie swoich najwierniejszych i najbardziej wpływowych przyjaciół w USA. Co tu dużo mówić, to w zasadzie krok dla Europy samobójczy. Teraz zapewne będzie w europejskich mediach fala biadania nad tym, jacy to nikczemni są Trump, Graham i w ogóle Ameryka, skoro twierdzą, iż takie NATO, w którym teoretyczni sojusznicy stają otwarcie po stronie wroga, z którym Stany Zjednoczone toczą wojnę i celowo narażają życie amerykańskich pilotów, jest Ameryce w gruncie rzeczy niepotrzebne. Ale całe to medialne biadanie nad Trumpem i Ameryką jest tylko dowodem na to, do jakiego stopnia my – współcześni Europejczycy – potrafimy samozakłamać siebie samych.
.Któż rozsądny może się dziś dziwić temu, że Ameryka traci ochotę do obrony Paryża, skoro Macron jest de facto uczestnikiem wojny perskiej, tyle że po stronie Iranu? A nasz polski kłopot tkwi w tym, że – niestety – polskie losy mogą być zależne od tego, co czyni Macron. Bo jeśli za przyczyną Macrona ktoś taki, jak senator Graham, doszedł do wniosku, że być Europejczykiem znaczy dziś być nieprzyjacielem Ameryki, to zapewne do identycznego wniosku dochodzą teraz również miliony Amerykanów.




