
Niemcy bez Ameryki?
Niemcy i Ameryka coraz bardziej stają się „frenemies” (friends/enemies – przyjaciele/przeciwnicy; „przyjaciwnicy”?). Autor książki „Dorosły kraj. Niemcy bez Ameryki – historyczna szansa” widzi w tych narastających rozbieżnościach historyczną szansę na usamodzielnienie się Niemiec, by wreszcie stały się państwem dorosłym. Jaki ma jednak być konkretny cel? – pisze Jan ŚLIWA
.Krążą rozmaite teorie spiskowe co do imperialnych planów Niemiec. Tymczasem sami Niemcy piszą o nich otwarcie. Ukazała się ostatnio książka Das erwachsene Land: Deutschland ohne Amerika – eine historische Chance („Dorosły kraj. Niemcy bez Ameryki – historyczna szansa”). Autorem jest Holger Stark, zastępca redaktora naczelnego wielkiej gazety „Die Zeit”. Długo był korespondentem w Ameryce, od lat obraca się w niemieckich kręgach rządowych. Stąd zna prywatne opinie polityków i wiele ciekawych detali spotkań na najwyższym szczeblu.
Oceniając takie kraje jak Niemcy i Francja, musimy pamiętać, że (wciąż) grają one w wyższej lidze niż Polska. Dlatego boleśniej odczuwają asertywność Ameryki. Gdy służby wywiadowcze wzajemnie podsłuchują polityków i przemysłowców, ma to istotne konsekwencje polityczne i finansowe. Taka na przykład Francja konkurowała z Ameryką o dostawę nuklearnych okrętów podwodnych dla Australii i konkurencję tę przegrała. To (na razie) nie jest nasze zmartwienie, my przyglądamy się temu z galerii.
„Zachodnie wartości”
.Autor prezentuje klasyczny liberalny punkt widzenia, wobec tego używa (według mnie) pojęć o odwróconych, czy też zmienionych znaczeniach. Dotyczy to wszystkich publikacji pochodzących z liberalnego mainstreamu. I tak liberalizm to kwintesencja demokracji, praw człowieka i wolności, jak sama nazwa wskazuje – libertas. Dla mnie realnie istniejący liberalizm to rządy kasty przekonanej o swojej intelektualnej i moralnej wyższości, broniącej swojego stanu posiadania wszystkimi możliwymi środkami, w tym metodami państwa policyjnego, jak to Polsce zalecał niemiecki dziennikarz Klaus Bachmann.
Tak więc liberalna Europa i Ameryka Trumpa nie wyznają tych samych ideałów. Mocnym punktem w tym sporze było wystąpienie J.D. Vance’a na konferencji w Monachium w 2025 r. Vance skrytykował m.in. cenzurę, brak demokracji, fanatyzm klimatyczny i niekontrolowaną migrację. Wszystkie te punkty, które miały być ożywczym wstrząsem, są dla autora dowodem nienawiści Vance’a do Europy. Myli przy tym Europę, Europę Zachodnią, Unię Europejską i właściwie też Niemcy. Z punktu widzenia Europy Środkowej wygląda to inaczej.
„Biała, chrześcijańska kontrrewolucja” (Patricka Deneena) to dla niego określenie stygmatyzujące. Prezydent Polski Karol Nawrocki to „były bokser z kontaktami w półświatku chuliganów stadionowych”. Wizyta Kristi Noem na konferencji CPAC w Jasionce to wątpliwa moralnie pomoc dla Nawrockiego w wyborach, które kilka dni później „wygrał z cieniutką przewagą”. Innego zewnętrznego wspomagania kampanii wyborczych w Polsce i gdzie indziej autor nie zauważył. Sojusznicy Trumpa to Orbán, Farage i Weidel, a nie Merz, Macron i Starmer. No i co z tego, chciałoby się powiedzieć. Ci trzej ostatni to raczej wzorowi nieudacznicy. Orbán to dla niego chrześcijański ksenofob, homofob i antyliberał. Dzisiaj niedostrzeganie problemów związanych z imigracją to jednak brak poczucia rzeczywistości. Podobnie jak bezkrytyczne propagowanie LGBT.
Transgender pozwala mężczyznom okładać pięściami kobiety i jeszcze zbierać za to medale, jak to było na igrzyskach w Paryżu. Tam też inauguracja igrzysk była prezentem dla Putina. Organizatorzy inauguracji pięknie wystawili się na strzał, niech więc się nie denerwują, gdy Putin mówi o upadającej Gayropie. Parlament Europejski uchwalił ostatnio, że „transkobiety (czyli byli mężczyźni) to kobiety”, odrzucając poprawkę, że „tylko biologiczne kobiety mogą zajść w ciążę”. Anuluje to stuletnią walkę o prawa kobiet, ponieważ każdy może być kobietą. Jest to też swoista deklaracja niepodległości – wyzwolenia od rozumu.
.Na to w zasadzie zgody być nie może. Co jednak robić, jeżeli nacisk będzie wielki? Decyduje się sprawa kolejnego wielkiego kredytu (SAFE), wypłaty mają być uzależnione od „dobrego prowadzenia”. Gdyby Polska w to weszła, sprawy obyczajowe (LGBT+) byłyby doskonałym środkiem nacisku. Eksperymentalnie można sprawdzić, ile jest płci, ale w UE czucie i wiara silniej mówi niż mędrca szkiełko i oko.
Niemcy – niezatapialny lotniskowiec o ograniczonej samodzielności
.Od 1945 r. Niemcy są krajem o ograniczonej suwerenności, najpierw otwarcie, potem coraz bardziej łagodnie. Instalacje wojskowe w Niemczech mają kluczowe znaczenie dla amerykańskiej projekcji siły na naszej półkuli. Imperia dbają o swoje strefy wpływów. Za zimnej wojny Polska była sowieckim pomostem na Zachód. Można było chodzić do kościoła i śmiać się w kabaretach z władzy, ale pod względem militarnym nie było dyskusji. Podobną rolę dla Ameryki spełniają Niemcy i jakkolwiek by to nazywać, są de facto amerykańskim strategicznym zasobem, którego trzeba dobrze pilnować. Może się to zmienić, bo kiedyś wszystko się zmieni, ale zmiana ta nie będzie bezbolesna.
Z jednej strony obecność Amerykanów jest gwarantem bezpieczeństwa Niemiec, za co Amerykanie chcieliby zapłaty. Z drugiej strony jest niezbędna dla Ameryki. Z trzeciej strony (o czym się rzadziej mówi) służy do pilnowania Niemiec, gdyby je znowu ogarnęła mania wielkości. Z czwartej strony Niemcy się Rosji za bardzo nie boją i myślą, że jakby co, to nie oni będą ofiarą agresji. Z piątej strony Amerykanów nie lubią, zwłaszcza za Donalda Trumpa. Przez krótki okres ich lubili, gdy w planie Marshalla Amerykanie postawili ich na nogi. Tak też było podczas sowieckiej blokady Berlina 1948–1949, gdy most powietrzny zaopatrywał miasto we wszystko, a nadlatujące samoloty, z których zrzucano cukierki, nazywano czule „Rosinenbomber” (rodzynkowe bombowce). Tak też było wreszcie w 1963 r., gdy przed wielkim tłumem zgromadzonym pod berlińskim ratuszem prezydent Kennedy wygłosił słowa: „Ich bin ein Berliner” („Jestem Berlińczykiem”). Ale to było dawno. Teraz w Białym Domu zasiada Pomarańczowy Potwór.
Nic dziwnego, że Niemcom po 80 latach ten stan ciąży. W Niemczech stacjonuje ok. 35 tysięcy żołnierzy, znajduje się też dowództwo na Europę (EuCom) i na Afrykę (AfriCom). Baza w Ramstein jest punktem węzłowym dla operacji po tej stronie świata, wliczając Bliski Wschód i Afganistan. Z Ramstein można joystickiem sterować takimi dronami dalekiego zasięgu, jak Predator, Reaper czy Global Hawk. Jest to również potężna centrala przesyłu (i podsłuchiwania) danych. W bawarskim Grafenwöhr znajduje się największy poligon w Europie, gdzie na 230 km2 regularnie ćwiczą amerykańskie brygady pancerne rozmieszczone w Polsce, Rumunii i na Litwie. W Landstuhl znajduje się największy amerykański szpital wojskowy poza USA.
We wsi Büchel przechowywane są amerykańskie bomby atomowe, ok. 20 sztuk. Są całkowicie pod kontrolą USA, dopiero w 1962 r. Konrad Adenauer został poinformowany (ustnie) o ich istnieniu. O zgodę Niemców nigdy nie pytano. W 2005 r. w pięciu europejskich krajach składowanych było 480 głowic, obecnie jest ich 150–200. Być może Amerykanie mogą wyłączyć niemieckie F-35, w drugą stronę na pewno to nie działa. Decyzję o starcie F-35 na akcję z użyciem broni atomowej może podjąć tylko prezydent USA. Kody dostępu byłyby przesłane specjalnym kanałem komunikacyjnym, odpornym na zakłócenia i podsłuch.
Niemcy co jakiś czas wołają „Amis, go home!”, a gdy Amis sugerują, że naprawdę mogliby sobie pójść, podnosi się krzyk, że ich porzucają. W Polsce słychać głosy, że to Polska mogłaby przejąć tę funkcję amerykańskiego lotniskowca. Byłaby to epokowa decyzja polityczna oraz gigantyczna inwestycja infrastrukturalna. Byłoby to możliwe przy radykalnym i wrogim zerwaniu stosunków między Niemcami a Ameryką. A geografia jest taka, jaka jest. Nie da się zamienić miejscami z Niemcami. Bardziej realistyczne są rozwiązania częściowe.
.W naszych dyskusjach o bombie i amerykańskich bazach musimy o tym pamiętać. Nie jest to darmowa przejażdżka, ma to wielkie konsekwencje. Nie mówię, że tego robić nie należy, ale trzeba być świetnie przygotowanym – do negocjacji i realizacji.
Do tego proamerykańskie nastroje w Polsce są obecnie o wiele słabsze. Ciekawie by było posiadać bomby atomowe, ale mało kto chce je mieć w swoim ogródku, do tego całkowicie kontrolowane z zewnątrz.
No i gdyby faktycznie realizować taki plan, zwłaszcza w połączeniu z myślami o własnej bombie atomowej, Polska stałaby się naturalnym celem rosyjskiego ataku prewencyjnego. Tu skończyłyby się żarty. Rosjanie nie mieliby takich zahamowań jak w przypadku Niemiec. Również zachodnia opinia publiczna wykazałaby zrozumienie dla Rosji i potępiła agresywną politykę Polski, opartą na odwiecznej fanatycznej rusofobii. Znam taką narrację.
Nie ma dziś dyskusji bez tematu bomby
.Ostatnio każda dyskusja o geopolityce kończy się na bombie, tej bombie. Dotyczy to nawet Polski. Autor cytuje Donalda Tuska, który „z pełną odpowiedzialnością” w marcu 2025 r. powiedział, że w obliczu rozmieszczenia rosyjskiej broni jądrowej na Białorusi konwencjonalna broń jest niewystarczająca. W innym miejscu cytuje paradoks Tuska: „500 milionów Europejczyków prosi 300 milionów Amerykanów o obronę przed 140 milionami Rosjan”.
Technicznie Niemcy byłyby w stanie wzbogacać uran z cywilnych 3,5 proc. do wojskowych 90 proc. Ale decyzja jest trudna. Budziłoby to opór i niepokój Ameryki, Rosji i sąsiadów. Niemcy z bronią atomową przekraczają ważną barierę psychologiczną. Taki ruch mógłby spowodować lawinową proliferację wśród innych krajów. Do tego niemieckie społeczeństwo jest radykalnie przeciwne. Przynajmniej na razie, choć historia widziała nie takie zwroty.
Dzielenie się bronią jądrową z innymi, na przykład Francją, to trudny problem. Jest to łatwiejsze, gdy wszystko pozostaje w sferze deklaracji. Ale atak na Moskwę i poświęcenie Paryża dla ratowania Berlina? W retoryce może, na serio raczej nie. Do tego Francja posiada mocne głowice do masywnego odwetu, nie broń taktyczną, którą by można „trochę pogrozić”.
Donald Trump i jego ego
.Donald Trump faktycznie ma „specyficzną” osobowość i lubi podkreślać słowem i czynem swoją wyższość: „Co się stawiasz, masz słabe karty”. Również problemem jest jego kupieckie przyzwyczajenie – zalicytuj dwa razy wyżej, postrasz, potem spuść do wartości realnej. W międzyczasie rozmówcę może to odrzucić. Autor, bywalec sfer rządowych, przedstawia długą listę scysji i niezręczności, które po obu stronach napsuły krwi. Nie zauważyłem jednak słynnej sceny, gdzie Trump upomina w ONZ niemieckiego ministra spraw Heiko Maasa i jego kolegów o konsekwencjach nadmiernego uzależnienia od rosyjskiego gazu, a ci się głupkowato śmieją ku zachwytowi niemieckiej publiczności.
W polityce nie należy kierować się emocjami. Czy humory Trumpa uniemożliwiają współpracę, czy jednak zawsze lepiej chwilę przeczekać? Czy aktualna polityka USA to chwilowa anomalia, czy strukturalna zmiana, niezależna od lokatora Białego Domu?
Poza tym wszystko się może zmienić. Zwolennicy Trumpa mogą na jesieni przegrać wybory uzupełniające. W Niemczech kanclerz Merz przymierza się do globalnej gry, ale dzisiejszy (19.2.2026) sondaż w Meklemburgii-Pomorzu Przednim daje partii AfD 37 proc. (+8) i pewne pierwsze miejsce.
Historyczna szansa Niemiec
.Niemcy i Ameryka coraz bardziej stają się „frenemies” (friends/enemies – przyjaciele/przeciwnicy; „przyjaciwnicy”?). Autor książki widzi w tych narastających rozbieżnościach historyczną szansę na usamodzielnienie się Niemiec, by wreszcie stały się państwem dorosłym. Jaki ma jednak być konkretny cel? Podaje kilka wariantów, wymieniając polityków reprezentujących takie poglądy.
- Wariant 1.: zdecydowani (Heiko Maas, Annalena Baerbock). Chcą wykorzystać potencjał, by być samodzielnym graczem w wielobiegunowym świecie, nie spuszczając wzroku („auf Augenhöhe”). Współpracować tam, gdzie to możliwe – jako partner, konkurent, a gdy trzeba – systemowy rywal, z uwagi na „antyliberalny dryf” Ameryki.
- Wariant 2.: realiści (Sigmar Gabriel, Joschka Fischer). Rozumieją, że dawne dobre czasy nie wrócą, ale trzeba trzymać z Ameryką tak długo, jak długo realna samodzielność nie jest możliwa.
- Wariant 3.: tradycjonaliści (Olaf Scholz, Johann Wadephul). Nie chcą wiele zmieniać i mają nadzieję, że Ameryka się kiedyś znowu zwróci ku Europie.
Wiadomo, że rozwód to trudna decyzja, jak skok na główkę do basenu. Trzeba być pewnym, że w basenie jest dość wody.
Czy Europa leci w uprowadzonym samolocie?
.W niemieckiej narracji charakterystyczne jest pomijanie innych partnerów (?) w UE. W projekcie grupy E6, dyrektoriatu Unii, w którym m.in. proponuje się członkostwo Polsce, nie ma słowa o tym, jak to wygląda dla innych krajów. Ciekawe, jak pomysły rozwodu z Ameryką łączą się z niemieckimi planami hegemonii w Unii. Przypomina to lot w uprowadzonym samolocie: wykupiliśmy bilet do Miami, a samolot ląduje na Kubie. Ale nie na plaży, wszystkich nas zaganiają do zbiorów trzciny cukrowej. Dla bezpieczeństwa – tępymi maczetami.
Podobnie było z planami Angeli Merkel z 2015 r. dotyczącymi relokacji fali migrantów po Europie. Najbardziej przejmowaliśmy się tym, że Niemcy chcą nam przysłać masy ludzi, o których nic nie wiemy. Ale cała operacja dotyczyłaby również innych krajów docelowych, krajów granicznych i tranzytowych. A już zupełnie pominięto samych relokowanych/deportowanych, którzy zapłacili duże pieniądze, by się dostać do Monachium, a wysiedliby na plebanii w Mławie, gdzie proboszcz ugościłby swych muzułmańskich przybyszów wieprzowiną i piwem. Nikt z zastępów ekspertów i aktywistów nie zauważył, że to są ludzie, a nie towar, a rozwożenie takich transportów po Europie źle się kojarzy.
Lekceważenie normalnych ludzi i zdrowego rozsądku przez wyższych moralnie jest porażające. Na jesieni 2019 r. na włoskim wybrzeżu wylądował statek „Sea Watch 3” z nielegalnymi migrantami, pod dowództwem pani kapitan Caroli Rackete. Był to pierwszy udany niemiecki desant od lądowania na Krecie w 1941 r. Statek był przetrzymywany przez władze włoskie, w tych dniach włoski sąd przyznał przemytnikom odszkodowanie wysokości 76 tys. euro.
Podobnie i teraz można się spodziewać, że jeśli Niemcy coś postanowią, to ruszą jak dywizja pancerna. Na przykładzie umów Mercosur i SAFE widzimy, jak projekty są pospiesznie dopychane kolanem. Gra się ostro, straty uboczne nie mają znaczenia.
Znaczenie Polski
.Rola Polski ostatnio wyraźnie rośnie, niezależnie od aktualnego rządu. Wynika to z mierzalnych ekonomicznych i militarnych czynników. Opozycja zawsze widzi Polskę w ruinie, rząd prowadzi propagandę sukcesu, ale widocznie nawet najgłupsze rządy nie są w stanie zadusić przedsiębiorczości Polaków. Może inni nas widzą jako smaczny kąsek nie tyle z uwagi na obecną sytuację, lecz ze względu na niewątpliwy potencjał.
Widzimy to, obserwując zachowanie naszych partnerów i konkurentów. Zobaczmy, jakie armaty zostały wytoczone przez mocarstwa europejskie i światowe w sprawie ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Jak w jakiejś wojnie o sukcesję hiszpańską, zaangażowało się w nasze sprawy pół Europy. Nie byłoby tak, gdyby Polska nie była ważna. Następną odsłonę mamy w 2027, przy wyborach do Sejmu. Stawką jest to, czy Polska będzie przeszkodą dla ugruntowania hegemonii Niemiec w Europie. To europejski spór między liberalnym świętym przymierzem a pragnącymi suwerenności narodami, między arogancką arystokracją i asertywnym populusem.
Czasy się zmieniają. Ameryka nie jest już dobrym wujkiem. Ursula von der Leyen mówi o wojnie, bije w tarabany. Unia się zmienia z „peace project” w „war project”. Można zapytać, ile w tym prawdziwych działań, a ile pustej gadaniny i wymachiwania szabelką. Eurokraci są mistrzami w ogłaszaniu totalnej determinacji w rozwiązywaniu ważnych problemów, by potem spokojnie zająć się innymi sprawami. Kanclerz Merz robi groźne miny, ale w koalicji z SPD nie stać go na żadne radykalne ruchy. Rządy Francji i Niemiec wiszą na włosku. To oczywiście daje pole do działania dla deep state i tajnych służb. Epoka przejściowa, za 20 lat powstaną o niej świetne seriale, pełne dynamicznych zwrotów akcji.





