Jan ŚLIWA: Czytamy program AfD. Partii, która przymierza się do władzy w Niemczech

Czytamy program AfD. Partii, która przymierza się do władzy w Niemczech

Photo of Jan ŚLIWA

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Widmo krąży po Niemczech, widmo AfD. Wszyscy się w nie wpatrują jak mysz w kobrę – ze strachem, ale z przekonaniem, że śmiercionośny atak wkrótce nastąpi. Dokładniej: większość ze strachem, ale wielu z nadzieją, spodziewając się poluzowania zabetonowanej sceny politycznej, która aktualnie nie dopuszcza żadnej alternatywy, stąd nazwa Alternatywa dla Niemiec jest tak prowokacyjna. Również nie jest pewne, czy sukces AfD byłby śmiercionośny, ale przez lata partia ta była tak diabolizowana, że wielu uznałoby to za koniec świata. Czy to prawdziwy demon, czy słomiany chochoł, sztucznie pompowany dla straszenia plebsu? Warto się zastanowić – pisze Jan ŚLIWA

.Tej jesieni, 6 września 2026, w kraju związkowym (landzie) Saksonia-Anhalt odbędą się wybory do lokalnego parlamentu. Land ten (stolica: Magdeburg) leży na terenie dawnej NRD i jak w całych Niemczech wschodnich ma tam silne poparcie partia AfD. AfD spodziewa się wygrać wybory z wynikiem ok. 40 proc. Każdy land ma własną konstytucję, w Saksonii-Anhalt mandaty liczone są według algorytmu Hare’a-Niemeyera, który mniej faworyzuje największe partie niż algorytm D’Hondta. Niemniej AfD liczy na samodzielne rządy, ponieważ w przeciwnym razie zostałaby otoczona przez koalicję wszystkich innych, która co prawda byłaby niezdolna do żadnego działania, ale przynajmniej obroniłaby władzę we właściwych rękach.

Z powodu „zapory przeciwpożarowej” (Brandmauer), czyli kordonu sanitarnego, AfD traktowana jest jak czarna owca i nie ma zdolności koalicyjnych. Jednak z uwagi na wyraźne trendy dni tego dogmatu wydają się policzone. Wszyscy ci, którzy uwierzyli w zapewnienia Friedricha Merza, że zdynamizuje politykę, nie przekraczając pewnych granic, że będzie „AfD bez AfD”, srogo się zawiedli. Kanclerz Merz nie dowiózł właściwie niczego, jego notowania są tragiczne, ostatnio poparcie na poziomie 18 proc. Dlatego ten, kto głosował na CDU jako „soft AfD”, wybierze „real AfD”. Tak więc AfD ma wielkie ambicje, czego wyrazem jest zaproponowany przed wyborami w Saksonii-Anhalt program rządów (Regierungsprogramm). Tym razem nie jest to ćwiczenie stylistyczne, opcja rządów AfD jest realna.

„Macht Deutschland wieder großartig!” (Make Germany Great Again)

.Dokument jest bardzo obszerny i porusza wiele tematów, również takie, które wykraczają poza kompetencje właz lokalnych, co może być sygnałem dalszych ambicji AfD.

Oto kompletna lista rozdziałów:

  • Rodzina i dzieci

  • Imigracja i remigracja

  • Kultura i integracja

  • Szkolnictwo

  • Nauka

  • Wewnętrzne bezpieczeństwo

  • Wymiar sprawiedliwości

  • Demokracja i prawa obywatelskie

  • Gospodarka i turystyka

  • Polityka energetyczna

  • Rolnictwo i dbałość o ojczyznę

  • Tereny wiejskie

  • Komunikacja i infrastruktura

  • Służby publiczne

  • Media

  • Finanse i podatki

  • Służba zdrowia

.Widziałem zarzuty, że dokument jest chaotyczny i miesza poziomy, od globalnych po szczegółowe, jak obrona fajerwerków jako elementu kultury czy powszechna nauka pływania. Język bywa ostry, ale na subtelnych nie trafiło – sama AfD jest od zawsze młotkowana bez litości. I tak mamy tu „lewico-perwersyjną agitację”, „kulturę zakazów religii klimatycznej” czy „doktrynę tęczową”. Główne jednak zarzuty dotyczą wyrażanego przez program ten sposobu myślenia.

Dominujący od lat trend walczy takimi pojęciami jak: Niemcy, ojczyzna, patriotyzm, flaga, hymn, duma narodowa, interesy narodowe, rodzina, dzieci, demografia itp. Prawie zadrżała mi ręka przy pisaniu takich herezji. W przypadku spraw społecznych i płciowych tabu jest słowo „normalność”, ponieważ wyklucza i dyskryminuje. Jak więc określić parę wiernych małżonków, mężczyznę i kobietę, wychowujących w miłości dwójkę, trójkę dzieci, dbających, by to nie seks był ich ulubionym sportem? Nie wiem, może „christlich-fundamentalistisch”. Jeżeli chodzi o stosunek do społeczeństwa, to jedynym tematem są prawa, nigdy obowiązki, a w żadnym wypadku obowiązki wobec wspólnoty. Lojalność, poświęcenie – w żadnym wypadku.

Program AfD wychodzi z dokładnie odwrotnych pozycji, dlatego język jego drażni i prowokuje. Autorom przyświeca dążenie do przywrócenia Niemcom spójności i siły wewnętrznej. A wiadomo przecież, że to naziści dbają o tężyznę fizyczną. Chłopców potrzebują na mięso armatnie, a dziewcząt na ich matki. Mam z tym problem. Osobiście na przykład codziennie robię parę skłonów i przysiadów – czy jestem o krok od ruszenia na pogrom?

AfD chce ochrony życia, polityki prorodzinnej, propagowania pozytywnego obrazu klasycznej rodziny. Jest przeciwna seksualizacji dzieci (drag queens w szkołach), promowania LGBT i związków alternatywnych jako równorzędnych modeli życia, jest też przeciw terapiom hormonalnym i inhibitorom dojrzewania. Za to proponuje więcej sportu, pływanie dla wszystkich, zdolności manualne i prace ręczne, głośne czytanie i darmowy wstęp do instytucji kulturalnych. W zawodach sportowych należy kształcić wolę walki i zwycięstwa.

Do tego miejsca ze wszystkim się zgadzam i każdemu narodowi takiego nastawienia życzę. Owszem, pod wieloma punktami podpisaliby się też przywódcy Hitlerjugend – życie to walka. Współczesnym Niemcom wszystko kojarzy się z III Rzeszą. Ale jeżeli Adolf chciał mieć zdrową młodzież, to należy wychowywać chore, otyłe ciamajdy? Nie wpadajmy w przesadę.

Kulturkampf

.W wojnie kulturowej (Kulturkampf) biorą udział dwie strony. Strona postępu jest w natarciu i gra ostro.

W 2018 r. pewien rozgłos zyskała broszurka z zaleceniami dla antydyskryminacyjnego wychowania przedszkolaków. Ukazuje ona cele i metody lewicowego podejścia do wychowania dzieci. Wygląda na przesadzoną prawicową propagandę, ale faktycznie pochodzi z lewej strony. Już sam język jest specyficzny – autorzy posługują się „dżenderycą” – zamiast „Autoren” (autorzy) lub „Autoren und Autorinnen” (autorzy i autorki) piszą „Autor*innen”. Jak to wymówić, jak to przetłumaczyć? „autorz*ki”?

W broszurce chodzi o prodemokratyczne wychowanie dzieci przedszkolnych (!), szczególnie trudne w „czasach prawicowo-populistycznej mobilizacji”. Ważna jest kulturalna różnorodność, warto sprawdzić, czy wszystkie lalki są białe. Jeszcze ważniejsze jest przekazywanie „różnorodności seksualnych tożsamości i sposobów życia, jak również wzmocnienie (Empower) transpłciowych dzieci”. Przypominam, że mówimy o przedszkolakach.

Broszurka wzbudziła publiczne zainteresowanie z uwagi na fragment o identyfikacji dzieci ze środowisk prawicowych. Są one spokojne i wyjątkowo grzeczne, nie ma u nich problemów z dyscypliną. Dziewczynki noszą sukienki i mają warkoczyki, są przyzwyczajone do prac domowych. Chłopcy są sprawni fizycznie i wytrenowani. Wniosek: jeżeli syn sąsiada nie rozrabia i ma czyste buty, sąsiad jest pewnie prawicowym ekstremistą. Rozpatrywany jest w tym kontekście problem przymusowego odbierania dzieci takim rodzinom, oczywiście dla ich dobra. Jest jednak problem – niektóre dzieci uciekają do rodziców. Broszurce błogosławieństwo dała federalna „ministra” rodziny. Widzimy tu, jak intensywnie lewicowcy zajmują się dziećmi. Prawicowcy krytykują zalecaną tu wczesną seksualizację, ale to przecież nierozumni ludzie.

Ludzi postępu w ogóle nie interesują konsekwencje ich idei i czynów. Podczas gdy tyle się mówi o energii odnawialnej i redukcji CO2, zachowaniu Ziemi dla przyszłych pokoleń, obojętne jest, czy te pokolenia w ogóle nadejdą. Jesteśmy ostatnim pokoleniem, sprawa zakończona (bo skończyły się granty), ostatni gasi światło i Gute Nacht. Poprawka: światło zgaśnie samo, podobnie jak cała reszta.

Patriotyzm

.Problem zaczyna się dla mnie przy polityce pamięci. Autorzy programu chcą wpajania miłości do ojczyzny, niemieckiego myślenia i szacunku dla wielkich Niemiec. W przypadku (prawie) każdego innego narodu bym temu przyklasnął. Z Niemcami (i nie tylko) mamy jednak nasze zaszłości.

Jasne jest, że różne narody mają różne spojrzenie na te same wydarzenia. Gdy przyjechałem do Londynu, szokowała mnie Waterloo Station. Jak można czcić taką klęskę? Jednak nasza klęska to ich zwycięstwo. Podobnie bitwa pod Lipskiem, gdzie książę Poniatowski zginął w nurtach Elstery, a my na długo utraciliśmy resztki nadziei, dla Niemców to „Völkerschlacht”, Bitwa Narodów. Na jej cześć w podówczas niemieckim Breslau nowej wielkiej hali nadano w 1913 nazwę Hali Stulecia, którą obecnie przywraca polski Wrocław.

Według AfD młodzi Niemcy powinni się więcej uczyć o tej tak ważnej dla nich bitwie, jak również o pierwszym zjednoczeniu Niemiec w 1871 r. My tej rocznicy nie lubimy, ale trudno ich zmusić, by obchodzili Hołd Pruski. Jeżeli zabronimy Niemcom Bismarcka, musimy zaakceptować, że inni nam zakażą czcić Piłsudskiego i Dmowskiego, nie mówiąc o Żołnierzach Wyklętych. Wolałbym jednak, żeby Niemcy nie czcili Himmlera, a Ukraińcy odpuścili Banderę. Liberalny mainstream też poleruje pomniki. I tak nazista Stauffenberg jest kryształowym bohaterem, a geszefciarz Schindler symbolem humanizmu.

Pomniki to ciężka sprawa. Gdy się za nie zabiorą fundamentaliści, trzeba pewnie wszystkie obalić. I ciekawe jest pytanie, kiedy się problem przedawnia. W studenckich czasach, dawno temu, poznałem kilku Irańczyków i Greka. Grek był złośliwy, lubił tamtych drażnić bitwą pod Maratonem. Po 2500 latach spór nie był już tak gorący.

Ważne jest, co się z tą pamięcią robi, czy celem jest raczej szacunek dla własnych przodków, czy nienawiść dla innych. W tradycjonalistycznej Bawarii do dziś prawo wymaga kształcenia młodzieży „w miłości do bawarskiej ojczyzny i narodu niemieckiego”. Mogę z tym żyć. Również gdy śpiewają o „naszej” Maryi Patrona Bavariae – z pozytywnym nastawieniem chyba pomieścimy się pod Jej płaszczem wszyscy. Innym razem śpiewają o naszej Czarnej Madonnie (Schwarze Madonna). Jest możliwe połączenie patriotyzmu i wzajemnego szacunku.

Rusofilia

.Jeżeli jakiś kraj potraktowany jest tam z sympatią, to jest to Rosja. Postulowana jest nauka języka rosyjskiego i wymiana uczniów z Rosją. Zawsze zastanawiałem się, skąd w dawnej NRD taka miłość do Rosji. Przecież był to okupant. W Polsce reakcja na dominację Związku Sowieckiego była dokładnie przeciwna. Czyżby indoktrynacja była tam bardziej skuteczna? Czyżby niemiecki respekt kazał młodym Niemcom bez oporu poddać się wychowaniu w Freie Deutsche Jugend, tak jak poddawali się w „tej poprzedniej” Jugend? Czyżby tak wielu było potomkami żołnierzy Armii Czerwonej?

Remigracja

.Jednym z podstawowych tematów jest sprawa imigrantów. Postulowane są takie punkty, jak: ograniczanie napływu i prawa azylu, ograniczenie świadczeń, szybka deportacja przestępców, skłanianie do powrotu – najpierw po dobroci. Albo się uczysz języka i integrujesz, albo do widzenia. Przeciwnicy zarzucają, że wymagałoby to łamania lub naciągania prawa, a w ogóle wiele z tych punktów nie leży w kompetencji landów.

To jest trudne wszędzie, doskonale pokazuje to przykład USA. Dochodzi tam do brutalnych scen i protestów sił humanitarnych. Drugą jednak opcją jest wylegiwanie się na fotelu i słuchanie orkiestry na tonącym Titanicu.

Czy AfD to „nowy Hitler”?

Liberałowie walcząc z populistami często straszą argumentem, że X to nowy Hitler. Zależnie od kręgu kulturowego można jeszcze dodać Mussoliniego i Stalina. Piszą książki o tyranii i autokracji. Przy każdych wyborach pod rządami populistów straszą, że to były ostatnie. Po kolejnych powtarzają to samo, raz za razem, a zachodni obserwatorzy nie zauważają, że coś się te groźby nie sprawdzają.

Bo co widzimy w rzeczywistości? Odbyły się wybory na Węgrzech. Demonizowany przez lata Orban jeszcze w noc wyborczą pogratulował swojemu przeciwnikowi i był kolejnym populistą, który bez dyskusji oddał władzę, nawet nie żądając: „przeliczmy głosy”. A miały być areszty, czołgi na ulicy, a może nawet rosyjska interwencja. To raczej liberałowie mówią o demokracji walczącej, broniącej się metodami państwa policyjnego. Widzieliśmy propozycje akrobacji prawnych (tak, jak my je rozumiemy) w celu odwrócenia wyborów prezydenckich w Polsce. W Rumunii ratowali demokrację aresztując prowadzącego kandydata.

Obecnie w Niemczech rządzący przygotowują się do wyborów próbując zmieniać konstytucje krajów związkowych. Na przykład można podwyższyć progi dla powoływania komisji śledczych, by zwycięska AfD nie mogła samodzielnie z tej opcji korzystać. Szyte jest to tak grubymi nićmi, że nawet niektórzy mainstreamowi dziennikarze to piętnują. W obliczu nieudolności obecnych rządów rosną preferencje przedsiębiorców dla AfD. Owszem, kojarzy się to z pielgrzymką przedsiębiorców do Hitlera i namaszczeniem go na kanclerza. Ale historia Niemiec jest tak rozpracowana, że wszystko się kojarzy. Problem z historią jest taki, że konsekwencje decyzji znane są dopiero po fakcie. Również w 1933 na liberalnym Zachodzie wielu uznało wybór Hitlera za koniec chaosu graniczącego z wojną domową. Faszyzm i komunizm wydawały się rozwiązaniem, kolektywizm i autorytaryzm były hasłem chwili. Dotyczy to również Ameryki Roosevelta, który objął rządy prawie równocześnie z Hitlerem.

.Oczywiście my wiemy, że na końcu były komory gazowe i zniszczenie Europy. Hitler długo zwodził Zachód pozując na miłośnika pokoju. Udzielał wywiadów dziennikarzom spijającym słowa z jego ust, szczęśliwym, że mogą rozmawiać z wielkim człowiekiem. Sukcesem propagandowym była olimpiada w Berlinie, nawet pousuwano w parkach tabliczki „ławka tylko dla Niemców” i „Żydom wstęp wzbroniony”.

Ale nie stać nas na wojny prewencyjne co chwilę. Poza tym zakładałoby to, że istnieją jacyś „my”, którzy wszystko wiedzą, również znają przyszłość, i na wszystko mają receptę. Tak o sobie myślą liberałowie.

Ewentualne rządy AfD oczywiście oznaczają nowe otwarcie z Rosją. Ale ten trend w Niemczech jest tak powszechny, że chyba nie da się go powstrzymać. Powinniśmy raczej zastanowić się, jak z tym żyć i jak zdefiniować naszą politykę.

Huśtanie niemieckim wahadłem

.Gdy się ma swoje lata i trochę czytało o historii, człowiek nabiera filozoficznego stosunku do wielu spraw. Dlatego nie biję na alarm. Owszem, chcielibyśmy, żeby Niemcy zachwycali się bitwą pod Grunwaldem (w naszej wersji), ale nie jest to wykonalne. Również wychowanie w masochizmie niewiele daje. Wtedy wygumkowane historie stają się owocem zakazanym, tym cenniejszym, im bardziej ukrytym. Zdarzało mi się, że gdy w sympatycznej rozmowie z inteligentnym Niemcem przeszliśmy od tematów technicznych do bardziej ogólnych, szeptem (dalej z uśmiechem) mówił: „Ale po I wojnie to zabraliście nam Poznań…”. Albo: „W 1939 były polskie prowokacje, a z wypędzeniami to też było nie tego…”. Cenzura niewiele daje, raczej spycha problem do podziemia.

Po każdej wojnie jest problem: co zrobić z Niemcami? Jeżeli docisnąć, jak Clemenceau w Wersalu, to będą się chcieli odegrać i wyskoczy kolejny Hitler. Jeżeli popuścić, to szybko odbudują swoją potęgę. Amerykanie spróbowali takiej drogi: pokonać, częściowo zdenazyfikować, zwalczać terroryzm (Werwolf), reszcie dać żyć. Ale teraz niemiecki mainstream chce się wyzwolić od Ameryki i znowu budować potęgę militarną. Gdy władzę przejmie AfD, będzie miała solidną bazę.

Dwie drogi rozwoju Niemiec

.Patrząc na Niemcy, widzę dwie podstawowe drogi rozwoju. Pierwsza to kontynuacja obecnego trendu, przymusowej tolerancji dla wszystkiego odbiegającego od tradycyjnej normy, wszystkiego, co by się podobało dziadkowi. Owszem – (niemiecki) dziadek mógł być członkiem NSDAP, ale to nie znaczy, że jemu na złość należy nie myć nóg i bawić się w doktora z koleżanką i kolegą z podstawówki. Wiem też, że przymusowa tolerancja, to brzmi dziwnie, ale taka ona jest. „Nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji”. Podobnie jest z „różnorodnością”, ujednoliconą (zglajchszaltowaną) i odgórnie narzuconą, bez możliwości odstępstwa. Maszerujemy do krainy wolności pruskim równym krokiem.

Druga droga rozwoju to społeczeństwo, które się weźmie za siebie, ze świadomością swojej tożsamości i z narodowymi ambicjami. Sprawność, dyscyplina, obowiązek, rozróżnienie swój-obcy.

Zastanawiam się, którego wariantu się bardziej obawiam. Oczywiście, w końcu to jest sprawa Niemców i to oni zadecydują, czego chcą. Ja jestem tylko obserwatorem, ale mogę mieć swoje preferencje. Narodowe przebudzenie Niemiec źle się kojarzy. Za sam okrzyk „Niemcy, obudźcie się!”, nawet w komentarzu w sieci, mógłbym mieć u nich sprawę karną, dlatego nie zamieszczam go w oryginale. Z drugiej strony słabość Niemiec może wydawać się opłacalna. Problem w tym, że taka rozlazłość jest zaraźliwa. I to nie tylko samorzutnie. Niemcy mają skłonność do aktywnego zarażania innych swoimi słabościami. Są dumni z tego, że nie są dumni. Dlatego też tak drażni ich „polski nacjonalizm”, wyrażany na Marszu Niepodległości. Oni nie są dumni, a więc inni też nie mogą być dumni, bo inaczej… Europoseł Zielonych Daniel Freund jeździł do Polski, by nawracać na LGBT i „praworządność”. Oczywiście ogniem i mieczem, czyli sankcjami. Podczas wojny hybrydowej na białoruskiej granicy twardo stał po stronie Łukaszenki, tzn. bezpieczeństwo Polski i Unii było mu obojętne. Atakował Ursulę von der Leyen, by nie zeszła z twardego kursu, nawet groził jej akcjami w Parlamencie Europejskim.

Niemiecka rozlazłość ma jeszcze dalsze konsekwencje. Nie mogąc rozwiązać swoich problemów, Niemcy przerzucają je na innych, a wciąż mają środki przymusu. Dotyczy to migrantów, energii, rezerw gazu, a ostatnio słyszę o paliwie lotniczym. Pada wtedy słowo „solidarność”. Przymusowa solidarność, bo przecież chodzi o nasz wspólny europejski dom, a któż dba o nasze wspólne interesy lepiej niż dobrotliwy hegemon.

Rewizja granic

Kto wie, czy w AfD nie ma takich, którzy marzą o rewizji granic. Ale to eurofederaliści chcą całkowitego rozpuszczenia Polski w europejskim imperium. Regermanizacja Ziem Zachodnich postępuje w najlepsze, nie potrzeba do tego żadnych nazistów. W wersji pesymistycznej oznacza to przegranie Polski przy zielonym stoliku. Nawet nie trzeba przy nim osobiście siedzieć. Tyle krwi i potu w piach…

Widzę w niemieckiej historii mocne wahnięcia, raz w jedną stronę, raz w drugą. Po II wojnie światowej zrobiły się pacyfistyczne, zdominowane przez tolerancję dla wszystkiego i tematy seksualne, w obrzydzeniu do swojego narodu i jego historii. Ale przedtem społeczeństwo było zmilitaryzowane, gotowe do walki na śmierć i życie, nawet gdy dawno straciła swój sens. Ale z kolei przedtem, w Republice Weimarskiej, Berlin to był „wielki Babilon”, tak malowniczo przedstawiony w filmie Kabaret. Ale wesoło nie było. Masowa prostytucja (tysiące żołnierskich wdów), seks we wszystkich odcieniach, kokaina i przestępczość – światowa stolica rozwiązłości. Ale znowu przedtem, za kajzera, był pruski dryl i dyscyplina. I tak raz w jedną, raz w drugą.

.Co będzie teraz? Może po epoce tolerancji nastąpi epoka dyscypliny. Może to pójść szybciej, niż myślimy. Bywa tak, że coś wydaje się potężne i wieczne, a rozsypuje się po lekkim dotknięciu. Ciekawe, jaka część Niemców ma serdecznie dość obecnej sytuacji i tylko czeka na okazję.

I tak się waha to wahadło. Lepiej by było nieco ograniczyć jego ruchy, bo obecnie raz po raz zbyt silnie odbija w przeciwną stronę.

Jan Śliwa

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 25 kwietnia 2026