Prof. Kazimierz DADAK: Potrzebny jest nam „polski Churchill”

Potrzebny jest nam „polski Churchill”

Photo of Prof. Kazimierz DADAK

Prof. Kazimierz DADAK

Profesor ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia w USA.

Polska polityka zagraniczna odzwierciedla wewnętrzne rozdarcie, jedna strona sceny politycznej jest gotowa brać udział w projekcie Mitteleuropa, druga kieruje wzrok za ocean. Co gorsza, nasze „rodzinne brudy” wywlekamy na widok publiczny – pisze prof. Kazimierz DADAK

.Administracja Donalda Trumpa szybko zmniejsza stan amerykańskich sił w Europie. Miejmy nadzieję, że nie dojdzie do ich całkowitego wycofania, ale takiej możliwości wykluczyć nie można. Ogłoszona 23 stycznia 2026 r. Narodowa Strategia Obronna głosi, że Stany Zjednoczone nadal będą zaangażowane (engaged) w europejskie sprawy, ale to jest tylko niewiele mówiący ogólnik. W dalszej części tego samego zdania jest jasno powiedziane, że priorytetem sił wojskowych jest obrona obszaru USA i odstraszanie (deter) Chin. Zdaniem autorów Strategii Europa jest zdolna sama stawić czoła moskiewskiemu zagrożeniu.

Próżnia polityczna

Istotne zmniejszenie amerykańskiej obecności wojskowej, a cóż dopiero całkowite wycofanie się z Europy spowoduje powstanie próżni politycznej i wojskowej, stan, którego rzeczywistość nie znosi. Ktoś tę niezagospodarowaną przestrzeń zapełni. Powstaje zatem pytanie, kto stanie się owym amerykańskim plenipotentem, a patrząc na tę sprawę z europejskiej perspektywy, kto stanie się hegemonem na kontynencie.

Przed brexitem można było mieć nadzieję, że zostanie nim Zjednoczone Królestwo, ale dziś jest to mało prawdopodobne. Nie tylko z powodu nieobecności Wielkiej Brytanii w UE, ale i z powodu poważnych wewnętrznych kłopotów, z którymi to państwo się boryka. Od dekad brytyjska gospodarka stała międzynarodowymi finansami, ale w dobie konieczności podjęcia zbrojeń to jest zbyt mało – konieczny jest znakomicie rozwinięty przemysł przetwórczy i niski stopień zadłużenia sektora publicznego, a w obu tych zakresach nad Tamizą nie błyszczą. Na domiar złego siły zbrojne, choć posiadające broń atomową, są w opłakanym stanie i ogromne zadłużenie państwa nie rokuje tu szybkiej i wydatnej poprawy.

Francja, drugie europejskie mocarstwo nuklearne, w powyższych zakresach nie różni się istotnie od swych sąsiadów zza Kanału La Manche. Francuska inicjatywa, aby zwiększyć potencjał swych sił atomowych i część tego arsenału stacjonować poza granicami, na przykład bliżej Rosji, niestety jest bardziej demonstracją niż rzeczywistą próbą zastąpienia USA. Waszyngton także postrzega Paryż jako niechętny Anglosasom. Nad Potomakiem doskonale pamiętają francuską (skuteczną!) opozycję na forum ONZ w kwestii inwazji na Irak w 2003 r.

Opcja niemiecka?

Amerykanie wielkiego wyboru nie mają – państwem, które ma wielkie szanse zająć pierwszorzędne miejsce w Europie, są Niemcy. Taki rozwój sytuacji zasygnalizował amerykański ambasador przy NATO Matthew Whitaker, który 26 listopada 2025 roku wyraził zdanie, że oczekuje dnia, w którym Niemiec obejmie stanowisko naczelnego dowódcy Paktu (do tej pory był nim zawsze Amerykanin). Ma to być odległa perspektywa, ale już jest. 

Niemcy posiadają zdecydowanie największą gospodarkę w Europie, ich koncerny zbrojeniowe w wielu dziedzinach należą do światowej czołówki, mają stosunkowo niski poziom zadłużenia sektora publicznego, a zatem nie tylko posiadają możliwości, ale już są w trakcie budowy najpotężniejszej siły zbrojnej w Europie. W ramach całego programu w wysokości biliona euro wydatki na zbrojenia mają w Niemczech osiągnąć w 2029 r. pułap 162 miliardów euro! Aby dług publiczny nie wzrósł nadmiernie, nad Łabą i Renem wcielany jest w życie program wielkich cięć w wydatkach na cele społeczne. Niebawem niemieckie emerytury mają osiągnąć poziom pokrywający podstawowe potrzeby, a nie zapewniający stopę życiową osiąganą w okresie aktywności zawodowej. Podobne poważne cięcia mają objąć wydatki na opiekę zdrowotną.

Na pozór paradoksalnie to, że Berlin nie posiada broni nuklearnej, właśnie przemawia na rzecz takiego obrotu spraw, ponieważ ten brak ogranicza niemiecką autonomię.

Niemcy już spełniają pierwszoplanową rolę w zakresie niesienia wojskowej i finansowej pomocy dla Ukrainy. Wbrew powszechnie panującej opinii Donald Trump nie jest przyjacielem Putina. Owszem, z powodu rywalizacji z Chinami USA zakończyły bezpośrednie wspieranie Kijowa, ale to nie znaczy, że w Waszyngtonie pragną rosyjskiego zwycięstwa. Anglosasi nigdy nie robią rywalom „prezentów” – każdy Amerykanin zna powiedzenie, że nie ma darmowych obiadków.

Jeśli Europejczycy są skłonni przejąć pałeczkę i tym samym sprawiać kłopoty Moskwie, to Waszyngton nie zgłasza tu wielkich sprzeciwów. Warto mieć w pamięci na przykład to, że na początku tego roku amerykańska firma Starlink – jej właścicielem jest Elon Musk, bliski współpracownik Trumpa – odcięła rosyjskie siły zbrojne od dostępu do swoich satelitów, natomiast Ukraina nadal cieszy się tą usługą. Ten krok spowodował poważne kłopoty dla rosyjskiego wojska, bo dziś szybka i spolegliwa komunikacja jest jednym z najważniejszych czynników pola walki. To wydarzenie w niemałym stopniu przyczyniło się do wyraźnego spowolnienia rosyjskich postępów na froncie, a z drugiej pozwoliło ukraińskim siłom zbrojnym atakować cele leżące daleko poza linią frontu. Zatem Moskwa nadal stoi w obliczu poważnej presji, co pozwala Waszyngtonowi utrzymać tę kartę przetargową bez ponoszenia kosztów własnych. Kreml nadal stoi wobec wyboru, czy bardziej opłaca się mu uniknąć dalszego ponoszenia ciężarów związanych z wojną z Ukrainą i zawrzeć kompromis z Waszyngtonem i Kijowem, czy też pogłębiać współpracę z Pekinem i Teheranem.

Warto również zaznaczyć, że nagły zwrot, jaki wykonały Niemcy, od symbolicznego wsparcia dla Ukrainy do stania się jej głównym sponsorem, oznacza zarzucenie planów tyczących się możliwego sojuszu z Rosją. Nawet gdyby Berlin chciał powrócić do tej opcji, to należy wątpić, aby Kreml uległ takim zalotom. Rosja stoczyła z Niemcami dwie okropne wojny, pierwszą sromotnie przegrała, a z drugiej z najwyższym trudem wyszła zwycięsko i tam zdają sobie sprawę z tego, z jakim zagrożeniem ma do czynienia. Tym sposobem najczarniejszy anglosaski scenariusz, który przed ponad wiekiem nakreślił jeden z twórców geopolityki, Halford Mackinder, czyli sojusz rosyjsko-niemiecki i jego dominacja nad kluczowym obszarem dla światowej polityki, tak zwanym Heartlandem, odsuwa się w daleką przyszłość, co daje USA czas, aby zająć się chińskim wyzwaniem.

Budowa Mitteleuropy

Po rozpadzie ZSRS i Paktu Warszawskiego Niemcy powoli, ale systematycznie pracowały nad uzyskaniem dominacji nad Europą Środkowo-Wschodnią, czyli realizacją myśli nakreślonej przed ponad wiekiem przez Friedricha Naumanna w książce pod tytułem Mitteleuropa (niedawno ukazał się jej polski przekład). Tę ideę – na razie w formie „light” – w niemałym stopniu udało im się osiągnąć.

Niektórzy obserwatorzy jako wielki polski sukces odnotowują wysokość obrotów handlowych z Niemcami. Owszem, statystycznie rzecz biorąc, jest to wymiana polsko-niemiecka, ale w praktyce jest to w wielkim stopniu handel „wewnątrzniemiecki” – filie niemieckich koncernów wytwarzają podzespoły w Polsce, na przykład części samochodowe, i wywożą je do fabryk we własnym kraju celem końcowego montażu. Zatem rozmiar polsko-niemieckiej wymiany jest w istocie odbiciem stopnia uzależnienia naszej gospodarki od potężniejszego sąsiada. To samo dotyczy innych państw naszego regionu.

Warto tu podkreślić, że Francja, czołowy rywal Niemiec do roli europejskiego przywódcy, na dużo mniejszą skalę dokonała inwestycji w tym regionie. Ten fakt świadczy o tym, że Paryż nie był zainteresowany rywalizacją z Berlinem na tym obszarze. Oczywiście ten stan rzeczy mógł być w znacznym stopniu zniwelowany przez aktywną politykę przyciągania do nas kapitału znad Sekwany, ale rządzące elity nie podjęły tego wysiłku. Pamiętamy zdanie prezydenta Chiraca z 2003 r. o tym, że utraciliśmy wspaniałą okazję do tego, aby siedzieć cicho, ale unoszenie się dumą, gdy ciągle gonimy światową czołówkę, to nie jest właściwe podejście do budowania niezależności. Sojusz polsko-francuski leży w najżywotniejszym interesie obu państw i tu doskonale sprawdza się stara prawda, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. 

Zależność gospodarcza pociąga za sobą zależność polityczną, nawet jeśli rządzący tego głośno nie przyznają. Widać to było już przed 13 grudnia 2023 r., gdy na przykład przystaliśmy na to, żeby stosować kryterium praworządności w przyznawaniu funduszów unijnych.

Niemcy nie poprzestały na uzyskiwaniu w Europie Środkowo-Wschodniej dominującej roli ekonomicznej. Korzystając z rosyjskiego zagrożenia, Berlin tworzy sporą bazę na Litwie w Rudnikach. Ma tam stacjonować brygada, ale niemiecka obecność wojskowa może zostać zwiększona do całej dywizji. Biorąc pod uwagę rozmach niemieckich zbrojeń, nie jest to nierealistyczny scenariusz. Litwini na pewno pamiętają, że to właśnie Niemcy u schyłku I wojny światowej wsparli ideę niepodległej Litwy, jako Mendog II miał tam panować niemiecki książę Wilhelm Karl von Urach. Podobne wspomnienia mają też na Ukrainie, bo na mocy traktatu z Brześcia Litewskiego (obecnie Brześć nad Bugiem) powstało w 1918 r. państwo ukraińskie pod wodzą hetmana Pawło Skoropadskiego. Te działania były właśnie krokami mającymi na celu budowę Mitteleuropy, czyli poddanie Europy Środkowo-Wschodniej pod niemal kolonialne panowanie, ale dzięki zręcznej polityce historycznej ten aspekt daje się ukryć.

Nie tylko Litwa, ale cały basem Morza Bałtyckiego jest obecnie uznawany za priorytetowy obszar niemieckiego wojskowego zainteresowania. Zatem z militarnego kopciuszka Niemcy szybko przemieniają się w niesłychanie ważnego gracza.

.Warto też pamiętać, że sytuacja polityczna w świecie jest niebywale dynamiczna. Przed dekadą nikt nie przewidywał prezydentury D. Trumpa i ruchu MAGA. Z podobnymi zjawiskami mamy do czynienia w Europie. Wielkimi znakami zapytania są Alternatywa dla Niemiec (AfD) czy Zjednoczenie Narodowe (uprzednio Front Narodowy) we Francji. Zwycięstwo AfD może zagrożenia zaostrzyć. Podobne skutki może przynieść wygrana Marine Le Pen lub Jordana Bardelli, bo możliwy w takiej sytuacji rozkład Unii rozluźniłby więzy, jakimi mimo wszystko Niemcy są związane. Z kolei amerykańska wojna z Iranem grozi przerodzeniem się w kolejne zmagania „bez końca” (forever war), co wymusiłoby przyspieszenie wycofywania się USA z Europy.

Unicestwić NATO

Drugim nieodłącznym elementem wcielania w życie projektu Mitteleuropa było działanie na rzecz rozpadu NATO. Bo dopóki istnieje NATO i szczególnie amerykańska obecność wojskowa w Niemczech, dopóty to najpotężniejsze europejskie państwo jest pozbawione suwerenności.

W Berlinie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Rosja nie jest w stanie zbrojnie zająć Europy. Może ją obrócić w perzynę za pomocą arsenału atomowego (jaki cel miałoby potem wchodzenie na tak zniszczone obszary?), ale nie podbić z wykorzystaniem wojsk konwencjonalnych. Zmagania z Ukrainą doskonale to obrazują. Państwo o potencjale demograficznym wielokrotnie mniejszym od agresora, dysponujące uzbrojeniem, które w niemałym stopniu pochodzi z demobilu – na przykład czołgi i samoloty tam przekazywane to jest sprzęt co najmniej o jedną generację zapóźniony w stosunku do posiadanego przez kraje członkowskie NATO – jest w stanie przez ponad cztery lata odpierać rosyjski najazd. Więc patrząc realistycznie na możliwości Rosji, trudno nie zgodzić się z wnioskiem zawartym we wspomnianej Narodowej Strategii Obronnej – Europa jest w stanie sama poradzić sobie z tym zagrożeniem. 

Formą podkopywania NATO był na przykład stosunek kanclerz Angeli Merkel do wydatków na zbrojenia. Pomimo zakulisowych nacisków ze strony administracji Baracka Obamy i wręcz irytacji ze strony Donalda Trumpa podczas jego pierwszej kadencji wydatki na zbrojenia miały tam wręcz symboliczny wymiar. Dopiero gdy pojawiły się perspektywy wycofania amerykańskich sił zbrojnych i przejęcia przywództwa na kontynencie, wydatki na zbrojenia ruszyły z kopyta. Bundeswehra, która do niedawna stosowała atrapy karabinów maszynowych podczas ćwiczeń wojskowych, staje się pierwszorzędną siłą zbrojną Europy! Czyż to nie przywodzi na myśl sytuacji z okresu 1933–1939? 

Kanclerz Friedrich Merz zna kulturę i mentalność Amerykanów, bo przez lata pracował w amerykańskim BlackRocku. Stąd musiał być świadomy tego, jaką reakcję wywoła jego zdanie, że Iran „upokorzył” USA. Prezydent Trump już pod koniec swej pierwszej kadencji planował wydatne zmniejszenie amerykańskich sił zbrojnych w Niemczech i jego reakcja na tę wypowiedź była natychmiastowa i zgodna z oczekiwaniami. Owszem, sprawa wycofywania amerykańskich sił zbrojnych z Europy nie była nowa, ale tą uszczypliwą uwagą Berlin zagwarantował sobie, że w pierwszym rzędzie będzie to redukcja właśnie w Niemczech, a nie gdzieś indziej.

Niemcy nie są odosobnione w chęci wypchnięcia USA z Europy. Francuscy przywódcy od dawna mówią o konieczności uzyskania przez kontynent „strategicznej autonomii”. Nad Sekwaną pamiętają, że Amerykanie w najlepszym przypadku bezczynnie przyglądali się, gdy Francja traciła swe imperium kolonialne na rzecz współpracujących z ZSRS ruchów komunistycznych, a potem rywalizowali z nią o wpływy w Afryce Zachodniej, więc pozbycie się kurateli Waszyngtonu ma tam niemało zwolenników. Warto pamiętać, że prezydent Charles de Gaulle w 1966 r. wycofał Francję ze struktur wojskowych NATO i stan ten trwał aż do roku 2009. Zatem we Francji są tradycje antynatowskie i kroki podejmowane przez Niemcy nie są tam wrogo przyjmowane.

Obecny nasz rząd też wydaje się wpisywać w tę narrację. Głośne publiczne narzekanie na to, że o braku rotacji amerykańskiego wojska nie powiadomiono nas, przyczynia się do tworzenia ujemnego wizerunku USA nad Wisłą. Owszem, forma nie była najlepsza, ale nam winno przede wszystkim zależeć na treści – dalszym trwaniu gwarancji w ramach artykułu 5. Władza dbająca o dobre stosunki z Waszyngtonem po prostu stwierdziłaby, że odbywają się konsultacje ze stroną amerykańską, a nie rozdzierała szaty.

Przyszłość Polski

Nakreślony powyżej scenariusz niczego dobrego Polsce nie wróży. Niemniej jako 38-milionowy naród, z rosnącą w siłę gospodarką (członek G20), spore atuty posiadamy. Kłopot w tym, że w trakcie całego okresu po 1989 r. nie zdołaliśmy wyłonić politycznej reprezentacji zdolnej do urzeczywistnienia drzemiącego w Polsce potencjału.

Pierwszym krokiem, który musimy uczynić, jest wyciszenie wojny polsko-polskiej. Naród rozdarty wewnętrznymi sporami jest niezdolny do stawienia czoła zewnętrznym wyzwaniom – to jest oczywista prawda i trudno jest pojąć, jakim sposobem nie dociera ona do rodzimego wyborcy.

Polska polityka zagraniczna odzwierciedla wewnętrzne rozdarcie, jedna strona sceny politycznej jest gotowa brać udział w projekcie Mitteleuropa, druga kieruje wzrok za ocean. Co gorsza, nasze „rodzinne brudy” wywlekamy na widok publiczny. Dobrym tego przykładem jest brak polskiego ambasadora w USA. Rozumiem zastrzeżenia co do osoby mianowanej przez obecny rząd, ale jeśli dobrze policzyć koszty i pożytki blokady tej kandydatury, to jest to ogromne obciążenie dla naszego interesu narodowego. Każdy amerykański polityk widzi na własnym podwórku, jak wygląda stan umysłów nad Wisłą. Interesu partyjnego nie wolno przedkładać nad narodowy. 

.Drugim jest wyjście z rodzimego zaścianka. Ten proces musiałby być wielowymiarowy. Na przykład podstawową sprawą jest zaprzestanie myślenia o polityce w kategoriach zero-jedynkowych – wszystko albo nic. Przykładem tego był rozpad sojuszu z Węgrami. Owszem, w zakresie postrzegania Rosji różniliśmy się zasadniczo, ale w zdecydowanej większości innych spraw, szczególnie wizji przyszłości Unii – NIE. Zerwanie tego sojuszu, wręcz podkreślanie tego faktu, było karygodnym błędem, który w niemałym stopniu przyczynił się do porażki wyborczej PiS w 2023 r. i Fideszu w 2026. Rozłam pomiędzy Warszawą i Budapesztem w obu państwach wytworzył wrażenie osamotnienia na europejskiej scenie politycznej, a taki stan rzeczy nie jest atrakcyjny dla niejednego wyborcy – nie każdy jest gotów walczyć w pojedynkę z przeważającymi siłami.

Kolejnym elementem pokonywania mentalności zaściankowej musi być wytworzenie trustów mózgów, które ściśle współpracują z podobnymi instytucjami na Zachodzie, szczególnie w USA. Tylko w drodze wymiany ludzi, którzy przez lata działają w obcym środowisku, poznają je od wewnątrz, można stworzyć polityczne elity zdolne do skutecznej działalności w świecie.

Niemały potencjał drzemie w Polonii, ale niejednokrotnie daje się wyczuć niechęć w stosunku do „ludzi stamtąd”. W najlepszym przypadku oczekuje się, że Polonia sama z siebie coś zrobi dla kraju swych przodków, ale takie podejście jest pozbawione podstaw. W przeciwieństwie do na przykład Żydów czy Ormian – Polaków rozsianych po świecie nie łączy wspólny mianownik w postaci odrębnej, własnej religii.

Ponieważ nad Wisłą z jednej strony oczekuje się samoistnej pomocy ze strony Polonii, a z drugiej występuje niedobór kadr umiejących poruszać się na arenie międzynarodowej, Polska nie uprawia lobbingu w USA, działalności podstawowej dla naszego interesu narodowego. Nawet gdyby Berlin uzyskał status amerykańskiego plenipotenta w Europie, to silna pozycja za oceanem pozwoliłaby Warszawie zachować duże pole manewru. Musimy mieć bezpośrednie „połączenie telefoniczne” z Waszyngtonem. 

Następnym elementem przezwyciężania zamknięcia w naszych opłotkach musi być ściślejsze włączenie polskiej nauki w nurt badań prowadzonych w czołowych placówkach tego typu na świecie. Czas najwyższy na oścież otworzyć drzwi rodzimych uczelni dla rodaków, którzy zdobywają doktoraty w zachodnich uczelniach, nierzadko bardzo dobrych. Rankingi naszych uniwersytetów nie odzwierciedlają naszej pozycji jako członka G20. Bez uczynienia skoku w tym zakresie nie ma mowy o wyjściu z tak zwanej pułapki średniego rozwoju, w której naszym zdaniem tkwimy. 

Trzecim jest uświadomienie sobie, że polityka to sztuka osiągania tego, co w danej sytuacji jest możliwe, a nie dążenie do osiągania stanów idealnych. Dotyczy to zarówno polityki wewnętrznej, jak i międzynarodowej.

W polityce krajowej oznacza to na przykład zaprzestanie walki o „zjednoczenie” prawicy. Zjednoczona Prawica rządziła przez długie osiem lat i trudno ten okres zapisać jako czas przezwyciężania spadku po minionej epoce i budowania fundamentów pod świetlaną przyszłość, choćby w zakresie wspomnianej powyżej sprawy nakładów na szkolnictwo wyższe i ich efektywności. Natomiast „zjednoczenie” prawicy scementowało system „naczelnikowski”, układ ze wszech miar szkodliwy. Należy skupić uwagę na tych obszarach, w których pomiędzy istniejącymi stronnictwami panuje zgodność poglądów, i tu ochoczo współpracować, a w innych zawierać sensowne kompromisy. Natomiast podkładanie nogi rywalom z tej samej strony politycznego spectrum tylko otwiera możliwości przed przeciwnikami.

.To samo podejście – osiągać to, co jest możliwe – należy stosować w polityce zagranicznej. Pomysł Trójmorza stanowi oszałamiającą perspektywę, ale na ile jest on realny? Jakie interesy gospodarcze i wojskowe ma na przykład Chorwacja czy Słowenia nad Bałtykiem, a Polska nad Adriatykiem? To, co w tej chwili leży w naszych możliwościach, to jest osiągnięcie ścisłej współpracy z członkami Grupy Wyszehradzkiej (V4), co najwyżej poszerzenie jej o Rumunię. Jeśli w tym zakresie osiągniemy poważne sukcesy, to wówczas można myśleć o bardziej ambitnych przedsięwzięciach, ale nie wcześniej. Oprócz utrzymywania ścisłych i bliskich związków politycznych, wojskowych i gospodarczych z USA oczywistością jest poszerzenie współpracy w tych dziedzinach z Francją.

Czwartym koniecznym elementem jest przezwyciężenie paraliżującego strachu przed Rosją. Obawy przed nieuchronnym najazdem ze wschodu – które, jak podkreśliliśmy powyżej, mają słabe podstawy – powodują skupienie uwagi na jednym czynniku, amerykańskiej pomocy wojskowej, co z kolei czyni nas „biorcą obronności netto”. Tymczasem USA potrzebują sojuszników, którzy w tym zakresie mają nadwyżki.

Czas najwyższy przystąpić do uprawiania prężnej, zgodnej z naszym potencjałem, aktywnej polityki zagranicznej, w tym wojskowej. Dzisiaj mamy Trójkąt Lubelski, brygadę polsko-ukraińsko-litewską, która istnieje na papierze, a Niemcy bazę na Litwie i liczne umowy o współpracy wojskowej z Ukrainą. Na Litwie i Ukrainie wielkimi właścicielami ziemskimi byli Polacy i tamte państwa nieustannie mają to w pamięci. Ale na przykład na Łotwie taką rolę odgrywali Niemcy i tam zapewne chętnie widziano by polską obecność wojskową, więc może byśmy wystąpili z taką inicjatywą?

Szansa dla prezydenta?

Prezydent Karol Nawrocki cieszy się dobrą opinią w Waszyngtonie. Jest to duży atut, ale należy pamiętać, że od dawna żyjemy w epoce instytucji. Owszem, jednostki miewają wpływ na rozwój wydarzeń, aczkolwiek ten wpływ może być przemijający. Na myśl przychodzą takie postaci, jak Aleksander Macedoński, Karol I Wielki (Charlemagne) czy Napoleon. Stąd dobre stosunki pomiędzy przywódcami Polski i USA muszą mieć instytucjonalne wsparcie.

Oczywistym rozwiązaniem jest powołanie do życia polsko-amerykańskiego trustu mózgów. Prezydent nie dysponuje funduszami do podjęcia tego kroku, ale gdyby właśnie wyszedł poza utarte schematy, to na przykład zgromadziłby grupkę polskich i amerykańskich majętnych ludzi, którzy taki projekt by sfinansowali.

Ogólnie rzecz biorąc, aby poważnie myśleć o uzyskaniu istotnego wpływu na polską politykę, Karol Nawrocki musiałby wyjść z ringu, na którym toczy się wojna polsko-polska. Musiałby roztoczyć program naprawy Rzeczypospolitej, który uczyniłby go osobą stojącą ponad istniejącymi głębokimi podziałami. Piękną ideą jest na przykład opracowanie nowej konstytucji, ale skład powołanej Rady jest wysoce „upartyjniony”. Wyjście poza rodzime opłotki, powołanie renomowanych prawników konstytucjonalistów włącznie z zagranicznymi ekspertami postawiłoby całą sprawę w innym, ponadpartyjnym świetle. Albo prezydent przestanie grać w jednej drużynie, istotnie rozszerzy krąg doradców, szczególnie o tych z poważnym zagranicznym doświadczeniem, albo wielka okazja do przejścia do historii jako przywódca, który zdołał wiele uczynić dla Polski, przejdzie mu koło nosa. 

Trudno jest bowiem oczekiwać od ludzi, którzy już przez długie lata sprawowali władzę i niczym szczególnym się nie zapisali, aby nagle doznali iluminacji i zdołali przestawić Polskę na tory, które utrzymają ją w G20. Prezydent Karol Nawrocki należy do młodszego pokolenia polityków, pokolenia, które, miejmy nadzieję, wyłoni elity na miarę naszych potrzeb i możliwości. Wszystko bowiem wskazuje na to, że przed nami są trudne lata. Wielkiego marginesu na błędy nie mamy.

„Wielkość” – oczywiście wielkość na naszą miarę i nasz potencjał – nie spada z nieba, obcy jej nam w darze nie przyniosą, ale trzeba ją wypracować. To wymaga poświęceń, czego wspomniane wyżej zmiany w niemieckim „socjalu” są dobitnym przykładem. Jeśli mamy odegrać w Europie rolę zgodną z naszymi ambicjami, to podobne zmiany także będą konieczne nad Wisłą. Tylko ugrupowanie, które nie jest obarczone zaszłościami z ubiegłych dekad, będzie w stanie przekonać naród do takich reform.

.Potrzebny jest nam „polski Churchill”, który tak jak brytyjski premier w dniach wielkiego zagrożenia, 13 maja 1940 r., powiedział rodakom, że niczego nie może im obiecać poza „krwią, harówką, łzami i potem”. Nieodległa przyszłość pokaże, czy prezydent Karol Nawrocki jest kandydatem na „polskiego Churchilla”, czy może znajdzie się inny, czy też pogrążeni w potępieńczych swarach ponownie popadniemy w półkolonialną zależność od innych.

Kazimierz Dadak

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 22 maja 2026