
Niemieckie uprowadzenie Europy?
Niejako z przyzwyczajenia akceptowana jest hegemonia Niemiec w Europie, choć ich gospodarka się sypie, a popularność rządu zjeżdża po równi pochyłej. Przy remilitaryzacji Niemiec, a zwłaszcza ich próbach zdobycia broni atomowej, u niektórych się już zapala czerwona lampka, choć nie w Warszawie – pisze Jan ŚLIWA
.Szukanie korzeni jednoczącej się Europy w nazistowskich Niemczech i w podbitych przez nie krajach wydaje się herezją. Idea europejska istniała przedtem i została zrealizowana potem, ale czas wojny i okupacji wydaje się tragiczną pauzą, podczas której idea ta była martwa.
Tak to wygląda z perspektywy polskiej – Polska była obszarem do zagospodarowania przez niebieskookich blondynów po usunięciu Polaków i Żydów w taki lub inny sposób. Gospodarka sprowadzała się wtedy do zasady, że co Niemcy zechcą ukraść, to ukradną, a kogo zagonią do pracy niewolniczej, tego zagonią. Jeżeli coś planują i między sobą prowadzą jakieś rozliczenia, to nam nic do tego. Prawo zaś mówi, że nic nie wolno, a za wszystko grożą surowe kary, do kary śmierci włącznie – stosowanej według uznania. I tu się historia kończy. Trzeba tylko jakoś przeżyć, chyba że się okaże, że nie ma nawet na co czekać.
Polska rzeczywiście była europejską czarną dziurą. Ale nie wszędzie tak było. Przede wszystkim – istnieli sojusznicy Niemiec, niepodległe państwa. Nawet na Wschodzie istniały niepodległe Węgry, Rumunia i Bułgaria. Utrzymywały stosunki dyplomatyczne i wymianę handlową. Normalne relacje miały Hiszpania, Portugalia i Szwajcaria, no i sojusznikiem Niemiec były Włochy.
Organizacja polityczna nowej Europy – oferty zwycięzców
Po zaskakująco szybkim podboju zachodniej Europy pojawiło się pytanie: co dalej? Występowały różne poglądy – od twardego trzymania niemieckiego jarzma po jakieś ułożenie sobie stosunków z podbitymi narodami.
Już we wrześniu 1939 r. powstało w Dreźnie Towarzystwo Europejskiego Planowania Gospodarczego i Ekonomii Wielkich Obszarów. Termin „wielki obszar” (Großraum) sugeruje inspirację teorią wielkich obszarów Carla Schmitta. Należy odrzucić powersalską ideę tworzenia małych państw narodowych (Kleinstaaterei). Wielkie obszary mają być zarządzane przez dominujące mocarstwa, w Europie mają to być Niemcy. Inni mają się trzymać z daleka, co odpowiada amerykańskiej doktrynie Monroe, tyle że w zastosowaniu do Europy. Niezbędnym elementem niemieckich planów jest też przestrzeń życiowa (Lebensraum). Promotorem tej idei był naczelny geopolityk III Rzeszy Karl Haushofer. Z jego to powodu w Europie geopolityka długo się źle kojarzyła.
.Co konkretnie ma zawierać europejski wielki obszar, w praktyce zależy od tego, co się uda zdobyć i utrzymać.
Najambitniejsza chyba jest koncepcja Rzeszy Wielkogermańskiej, której pełna nazwa brzmi: Wielkogermańska Rzesza Narodu Niemieckiego (Großgermanisches Reich der Deutschen Nation). Nawiązuje ona do nazwy Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Hitler, choć Austriak i katolik, nie lubił tej I Rzeszy. Zdecydowanie bardziej odpowiadała mu bismarckowska II Rzesza, pruska i zdyscyplinowana. Nowa rzesza miałaby obejmować zachodnią Europę o regionach traktowanych stosownie do jakości ich ras, z Niemcami i innymi Germanami, takimi jak Skandynawowie, Holendrzy i belgijscy Flamandowie, stojącymi najwyżej. Francja, mimo że odwieczny wróg, była szanowana, choćby z uwagi na koniaki i kabarety. Jej część wschodnia (Alzacja i Lotaryngia) została przyłączona do Niemiec, część północna była okupowana, a południowa („Strefa wolna” – Zone libre) została przekształcona w zależne państwo ze stolicą w uzdrowisku Vichy, z marszałkiem Pétainem, bohaterem poprzedniej wojny, na czele. Kraje bałkańskie, powstałe po rozpadzie cesarstwa austro-węgierskiego, niższe rasowo, lecz silnie powiązane z kulturą niemiecką, miały być państwami satelickimi, całkowicie zależnymi wasalami. Polska i tereny dalej na wschód, do Uralu, miały być nową przestrzenią życiową, stopniowo opróżnianą z krajowców. 30 milionów Słowian miało zostać przegnanych za Ural lub wyeliminowanych w inny sposób. Szczegóły kolonizacji definiował osławiony Generalplan Ost.
Założeniem była całkowita swoboda przesuwania narodów, forsownego rozmnażania lepszych (Lebensborn) oraz eksterminacji gorszych, stopniowej lub natychmiastowej. Dla zwolnienia przestrzeni życiowej na Wschodzie konieczne byłoby „wyeliminowanie” dziesiątek milionów krajowców poprzez deportacje, zagłodzenie, morderczą pracę i bezpośrednią eksterminację. Około roku 1952 w dawnej Polsce powinny pozostać 3–4 miliony niezgermanizowanych Polaków. Powinien ich obowiązywać zakaz małżeństw, odmowa pomocy lekarskiej oraz masowa sterylizacja. Kraj ma być zasiedlony przez dzielnych rolników-żołnierzy, gotowych go bronić przed obcą inwazją. Przy tych planach stara, poczciwa Mitteleuropa Friedricha Naumanna z roku 1915 wygląda jak opis pieszczot.
Na Zachodzie jednak miała być stworzona Nowa Europa, Neues Europa, Nouvelle Europe. Wielu widziało w niej szansę na odświeżenie cywilizacji. Problemem w ocenie zamiarów Niemiec jest istnienie wielu ośrodków koncepcyjnych i decyzyjnych. Niektóre jako tako akceptowalne warianty mogły być stworzone przez stare kadry w ministerstwach i instytutach nawet w dobrej wierze, efektywnie były jednak raczej wykorzystywane do mydlenia oczu. I tak po podbiciu wszystkich sąsiadów ministerstwo spraw zagranicznych ma mniej do roboty, może się zająć tworzeniem wizji przyszłości. W 1943 MSZ wydało pracę zbiorową o koncepcjach Nowej Europy, z przedmową Ribbentropa. Dyplomata Ulrich von Hassell pisał tam nawet o polityce opartej na wartościach chrześcijańskich.
Kolaboracja jako realizm (i cynizm)
Narody podbite przez Niemców musiały podjąć decyzję, jak się zachować w nowej sytuacji. Nasz obraz tego czasu ukształtowany jest przez sytuację Polski. Nigdzie jednak okupacja tak nie wyglądała. We Francji kwitło życie kulturalne. Oczywiście cenzurowane, ale zawsze. Francuscy aktorzy wyjeżdżali na wymianę do Berlina i Wiednia. W Danii odbyły się nawet (w 1943 r.) wybory. Dlatego też kolaboracja wydawała się po prostu uznaniem realiów. Spójrzmy też na mapę. Jeszcze w końcu roku 1942 terytorium opanowane przez Niemców sięgało po Stalingrad.
W koncepcjach europejskich można wyróżnić trzy etapy. Pierwszy to błyskawiczny podbój Zachodu (bez Wielkiej Brytanii) i okres względnego spokoju. Mogło się wydawać, że wszystko idzie dobrze i można spokojnie pracować nad ambitnymi koncepcjami. 22 czerwca 1941 r. następuje operacja Barbarossa, inwazja na Związek Sowiecki, bardzo kosztowna i ryzykowna. Nikt dotąd jeszcze Rosji całkowicie nie ujarzmił. Wojna się robi coraz bardziej totalna, bieżące interesy dominują nad wielkimi planami. Wreszcie w lutym 1943 r. pada Stalingrad, pojawia się perspektywa przegranej, choć nie wolno o tym mówić. Sytuacja się brutalizuje, odpadają sojusznicy, w niektórych krajach bezpośrednią władzę przejmują Niemcy. Możliwym ratunkiem dla nich jest konflikt między aliantami – kapitalistyczną Ameryką i Anglią a bolszewicką Rosją – oraz stworzenie wielkiego frontu antybolszewickiego pod hasłami ratowania Europy od barbarzyństwa. Pojawiły się nawet propozycje wykorzystania Polski jako bastionu przeciwko Armii Czerwonej. Polacy wiedzieli, co ich czeka, a poeta pisał: „Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci”. Jednak po wszystkim, co się stało, taka współpraca była niemożliwa. Interes się zwija, a co bystrzejsi myślą o ratowaniu tego, co się da, i przejściu do nowej egzystencji po prawdopodobnej klęsce.
Przypomnijmy jednak, że od września 1939 do czerwca 1941 r. imperium nazi-bolszewickie rozpościerało się po Władywostok, najpierw od Renu, a od upadku Francji w 1940 r. od Bordeaux. Potem odpada ZSRS, ale Niemcy szybko podbijają jego część. Od Bordeaux do Stalingradu (grudzień 1942) jest 4240 km – dużo, robi to przygniatające wrażenie. Wydawało się, że bogów wojny mają po swojej stronie Niemcy i że to oni będą budować przyszłość Europy.
Szczególny jest przypadek komunistów, którzy musieli się jakoś dopasować do układu Ribbentrop-Mołotow, a potem do jego nagłego przerwania. W roku 1940 gazeta komunistów „L’Humanité” krytykowała wojnę imperialistyczną – podczas inwazji imperium nazi-bolszewickiego na Francję powinni oni trzymać stronę swojej ojczyzny ideowej. Mogę sobie wyobrazić wyczyny retoryczne sekretarzy na zebraniach partyjnych.
Oczywiście kolaboracja z Niemcami wymagała też milczącej zgody na ich zbrodnie. Wywózki Żydów widzieli wszyscy, brutalne też były reżimowe milicje, zwalczające antyniemiecki ruch oporu, związany z brytyjskimi aliantami i generałem de Gaulle’em. Prawdopodobnie przedstawiano to jako „walkę z bandami”, godzenie w sojusze i zdradę. Najgorsze zbrodnie dokonywane były jednak daleko, na „Dzikim Wschodzie”, dotyczyły mało lubianych grup etnicznych. Ludzie mają zdolność do selektywnego spojrzenia. Na zbrodnie Stalina przymknięto oko bez chwili wahania. I z ręką na sercu: czy w latach 60. ktoś zrezygnował z wycieczki do Paryża z powodu tortur w Algierii?
Europejska Wspólnota Gospodarcza (zanim to było modne)
Już 25 lipca 1940 r., miesiąc po kapitulacji Francji, niemiecki minister gospodarki Walther Funk wygłosił mowę na temat nowego porządku gospodarczego Europy. W 1942 r. ukazała się pod jego redakcją książka Europejska Wspólnota Gospodarcza (Europäische Wirtschaftsgemeinschaft). Jest tam wiele pięknych słów o dobrowolnej współpracy suwerennych narodów i wspólnym dążeniu do dobrobytu. Oszustwo, marzenie, mydlenie oczu sobie i innym?
Gospodarka ma to do siebie, że nie deklaracje się liczą, ale konkrety. Gospodarka podbitych krajów została podporządkowana niemieckim celom, również sojusznicy się do ich realizacji przyczyniali. Rolnicza Francja dostarczała znaczną część produkcji, co spowodowało istotne zmniejszenie racji żywnościowych dla Francuzów. Ciężarówki Renault i Citroën w wielkich liczbach trafiały na front wschodni. Niemcy jednak narzekali na ich jakość. Awarie były po części spowodowane sabotażem.
Nie zapominajmy, że niemieckie błyskotliwe plany miały podtekst złodziejski i ludobójczy. Wspomniany Walther Funk, wizjoner nowej Europy, jako minister gospodarki zarządzał rabunkiem dóbr i organizacją morderczej pracy niewolniczej. Przekazywał na przykład złoto z zębów Żydów zamordowanych obozach do Reichsbanku, stąd epitet „bankier od złotych zębów”. W Norymberdze dostał dożywocie.
Krucjata antybolszewicka
Obecna lewica stara się przedstawić strach przed bolszewizmem jako bajki o żelaznym wilku. Jednak takie stanowisko świadczy o nieznajomości historii. W istocie komunizm był morderczy od samego początku. Feliks Dzierżyński, nasz niesławny rodak, stworzył machinę ciągłego mordowania. Przy wybuchu II wojny światowej Związek Sowiecki miał za sobą miliony ofiar głodu na Ukrainie i wielką czystkę lat 1937–1938. Zamordowanie w tym czasie przez NKWD ponad 100 tys. Polaków spowodowało, że wszelkie pomysły o przemarszu Armii Czerwonej przez Polskę do zajmowanej przez Hitlera Czechosłowacji były szaleństwem. Mimo to jest ten temat regularnie podnoszony dla udowodnienia, jak to oporna (nacjonalistyczna, faszyzująca, antyeuropejska) Polska uniemożliwiła stworzenie koalicji antyfaszystowskiej, a przez to przyczyniła się do wybuchu wojny. Układ Ribbentrop-Mołotow był już tylko naturalną konsekwencją. Na ówczesną ocenę komunizmu wpłynęły też próby siłowego przejęcia władzy, takie jak podczas rewolucji w Niemczech i na Węgrzech. Wyśmiewany dziś „strach przed czerwonym” (red scare) był jak najbardziej uzasadniony.
Wojna domowa w Hiszpanii była prologiem konfliktu międzynarodówki faszystowskiej (Niemcy, Włochy) i komunistycznej (brygady międzynarodowe). Po okresie dziwnego sojuszu nazizmu i komunizmu konflikt rozgorzał z całą siłą. Autorzy podają długą listę sojuszników Hitlera, są to armie (Finlandia, Rumunia, Węgry, Słowacja, Włochy, Chorwacja), ochotnicy (Hiszpania, Holandia, Dania, Belgia, Francja, Norwegia) i obywatele ZSRS (Litwini, Łotysze, Estończycy i Rosjanie). Można powiedzieć – Waffen-SS, pierwsza prawdziwie europejska armia. Wyliczam ich wszystkich, żeby podkreślić, że brakuje tu jednego kraju, mianowicie Polski. I nie jest to przypadkowe pominięcie. Pokazuje to też, że wszyscy inni widzieli dla siebie u boku Niemiec jakąś przyszłość, choćby jako poniżani wasale. Nie dotyczyło to Polaków, Polacy mieli po prostu zniknąć.
Francja Vichy a PRL, marszałek Pétain a Wanda Wasilewska
Czy można się obrażać na takie planowanie „wspólnego europejskiego domu”? Problemem Europy było to, że była skonfrontowana z dwoma totalitaryzmami, a nikt nie miał siły, by pokonać oba. Trzeba było wybrać, który jest lepszy, a który gorszy. I uzasadnić swój wybór ze sporą dozą hipokryzji. Dla tamtej strony Hitler, Onkel Adolf, bronił europejskiej cywilizacji przed bolszewizmem, dla naszej – Stalin to był pogromca faszyzmu, uśmiechnięty, wąsaty Wujaszek Joe. Najtrudniej zachować cnotę (i przeżyć) było chyba w krajach bałtyckich, gdzie totalitaryzm co dwa lata przełączał się na przeciwny.
Polska współpracy z hitlerowskimi Niemcami na koncie nie ma, ale też nikt nam nie składał takich propozycji. Wytrwaliśmy wiernie – i zostaliśmy rzuceni czerwonemu niedźwiedziowi na pożarcie. Bici ze wszystkich stron. Jak jednak ocenić tworzenie Polski Ludowej? Sytuacja była analogiczna – potężny dominator, chcący narzucić swoje porządki, stosujący mordercze metody. Po wojnie wpadliśmy w szpony imperium rozciągającego się od Łaby po Władywostok, wysuwającego swoje macki na cały świat. Polska była wymęczona po sześciu latach niemieckiej okupacji, gotowość do oporu była ograniczona. Ale wielu przystąpiło też entuzjastycznie do budowy nowego systemu. Po części byli otumanieni ideologią, zapowiadającą powszechne szczęście. Byli wśród nich bezrolni chłopi, ale byli też intelektualiści, tacy jak Wanda Wasilewska. Ci ostatni robili to ze szczególnym zapałem, pisali żarliwe wiersze na cześć Stalina i Armii Czerwonej. Wielu robiło to dla kariery. Prześladowanie „wstecznych klas społecznych” i dawnej inteligencji otworzyło wielkie możliwości dla nowych grup, ale też dla ambitnych karierowiczów. Podobnie w nazistowskich Niemczech wyrzucenie żydowskich profesorów, lekarzy i adwokatów stworzyło nowe opcje dla miernych, ale wiernych. Dołączenie do nowego systemu wymagało też akceptacji jego zbrodni albo przynajmniej nakazywało milczenie. Dawne mniejszości pragnęły pewnie też odegrać się na Polakach za uprzednie gorsze traktowanie. W nowym systemie mogły sobie na wiele pozwolić, z łamaniem charakterów i kości włącznie. To wszystko są grzechy pierworodne powojennej Polski. Co ciekawe, z powodu tych mrocznych czasów nikt nam nie stawia zarzutów.
Interesująca byłaby analiza stopnia suwerenności Francji Vichy oraz Polski w jej różnych formach: przedrozbiorowej, Księstwa Warszawskiego, Królestwa Kongresowego, PRL-u i III RP w sfederalizowanej UE. Ale to już inny temat.
Ciągłość systemów, recyklowanie kadr
W czasie wielkich zawirowań ludzie żyją dłużej niż polityczne reżimy. Stąd niektórzy są aktywni w wielu reżimach, o pewnych epizodach woleliby zapomnieć. Jednym się to wypomina, innym życiorysy się czyści.
Walter Hallstein, pierwszy przewodniczący Komisji Europejskiej (1958–1967), był narodowo-socjalistycznym oficerem prowadzącym (czyli odpowiednikiem sowieckiego politruka) w związku docentów. Wstąpił do Wehrmachtu, dostał się do amerykańskiej niewoli, gdzie został reedukowany. Dyskutuje się, czy był prawdziwym nazistą, czy tylko miał pecha żyć w tych czasach. Według niektórych źródeł należał do NSDAP, według innych nie. Zajmował jednak dość eksponowane stanowiska. No i czy w całej Europie nie mieli innego, czy musiał to być Niemiec? Teutońska subtelność wystawia partnerów na próbę. W 2020 r. ambasadorem w Polsce został Arndt Freiherr Freytag von Loringhoven, syn Bernda, wiernego adiutanta Hitlera, prawie do końca w berlińskim Führerbunkrze. Innym przykładem tych dziwnych manier był Rolf Pauls, który w roku 1965 został pierwszym ambasadorem RFN w Izraelu – weteran Wehrmachtu, bez ręki, którą stracił pod Moskwą. Powitany został gwałtownymi demonstracjami. Czy nikt nie pomyślał, że takie nominacje są prowokacją?
Nie tylko Hallstein ma problematyczny życiorys. Robert Schuman, jeden z ojców założycieli UE, był ministrem w rządzie Pétaina, głosował za oddaniem mu pełnej władzy. François Mitterrand, jedyny prezydent Francji, który zaliczył dwie 7-letnie kadencje, był urzędnikiem reżimu Pétaina. Był osobiście przyjęty przez marszałka, zachowało się z tego zdjęcie. Co ciekawe, żaden z jego przeciwników (de Gaulle, Pompidou, Giscard i Chirac) nie wykorzystał tego do celów politycznych.
Szczególny przypadek to Maurice Lagrange, pierwszy rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich (1958–1964). W rządzie Pétaina redagował brutalne statuty dotyczące Żydów. Piękna referencja. Krótka biografia na stronie Unii ma lukę między rokiem 1934 a 1945. Aktywny antysemita twórcą prawa europejskiego. Czyli prawnik to prawnik, dobry specjalista.
Po Stalingradzie wiara w niemieckie zwycięstwo musiała się załamać. Ale walka jeszcze trwała długo. Tyle razy odwracane sojusze mogły się odwrócić jeszcze raz. Niemcy mogli liczyć na to, że zachodni alianci uznają komunistyczne zagrożenie za większe. Zamach Stauffenberga, 20 lipca 1944 r., mógł spowodować, że uwolnione od Hitlera Niemcy uznano by za „nowe Niemcy”, partnera do walk z Sowietami, co byłoby oczywistą następną rundą. Cynizm? Nie takie rzeczy widzieliśmy. Taki Reinhard Gehlen i jego ludzie z SS i Gestapo zbudowali powojenny niemiecki wywiad, a esesman Wernher von Braun wysłał z Przylądka Kennedy’ego człowieka na Księżyc.
W Niemczech dokonano cichej amnestii. Również we Francji została zachowana ciągłość. Reżim Vichy tworzył szkoły kadr, najbardziej znana była w Uriage koło Grenoble. Jej absolwenci odegrali ważne role w powojennej Francji. Hubert Beuve-Méry założył gazetę „Le Monde”, Paul Reuter współtworzył Europejską Wspólnotę Węgla i Stali, François Perroux założył instytut nauk matematycznych i ekonomicznych. Również o łagodne przejście do nowej sytuacji zadbali przemysłowcy. Przedsiębiorcy niemieccy, francuscy i belgijscy mieli ze sobą kontakty przed wojną, współpracowali potem dla niemieckiej machiny wojennej, a pod koniec wojny zadbali, by dyskretnie się dostosować do nowych czasów. Przemysł operuje na materii, nie na ideologii, dlatego też ludzie ci nie są tak fanatyczni jak politycy i wojskowi.
Eurafryka i kompleks wyższości
Jądro organizacji europejskich stanowią te same kraje Zachodu, które flirtowały z opcją budowy niemieckiej Europy. Wszystkie one mają też przeszłość kolonialną, przy czym mały Luksemburg nie posiadał własnych kolonii, dostarczał tylko kadr i robił na tym interesy. Może stąd u Luksemburczyków takie poczucie wyższości wobec innych, którzy nie należą do tego klubu dżentelmenów. I dziś słyszy się: „Jak wstępujesz do klubu, dostosuj się do jego reguł”. Kraje Europy Środkowej i Wschodniej formalnie należą do klubu już ponad 20 lat, ale wciąż stoją w przedsionku.
Już idee integracji europejskiej z okresu międzywojennego zakładały zachowanie kolonii afrykańskich, które by wzmocniły pozycję Europy jako niezależnego supermocarstwa. Plany te silnie wspierał Richard von Coudenhove-Kalergi, przedwojenny twórca idei Paneuropy, pierwszy laureat Nagrody Karola Wielkiego w roku 1950, co podkreśla ciągłość koncepcji i czynów. Również wielu „ojców założycieli” Unii promowało tę ideę. Zwłaszcza dla Francji i Belgii miało to znaczenie. W efekcie tego Traktat Rzymski (1957) uwzględniał terytoria zamorskie jako stowarzyszone. Patrząc na to w ten sposób, musimy stwierdzić, że w roku 1958 ponad 90 proc. terytorium Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej leżało w Afryce.
Pozytywny przekaz głosił, że dzięki Europejczykom Afrykanie przenoszeni są z nocy prehistorii do światła cywilizacji. Pewne sytuacje kłócą się jednak z obecnym sposobem myślenia i nie chodzi tu o przesadną polityczną poprawność, lecz o zwykłą przyzwoitość. Myślę tu o „ludzkich zoo”. Gdy w 1958 r. w Brukseli otwarto wystawę światową, centralną atrakcją było Atomium, model struktury atomowej złożony z dziewięciu 18-metrowych kul. Ale inną atrakcją był model afrykańskiej wioski z czarnoskórymi mieszkańcami. Byli oni uwięzieni w marnych barakach, bez możliwości opuszczenia terenu. Uśmiechnięci goście rzucali im monety, czekoladki i banany, obserwując ich reakcje. Ostatni przykład ludzkiego zoo to wioska Bamboula koło Nantes we Francji. Zbudowana w 1994 r., przetrwała kilka miesięcy.
Imperia kolonialne rozpadły się w latach 60., choć Francja do dziś usiłuje utrzymywać swoje wpływy w Afryce, Ameryce (Gujana) i na Pacyfiku, konkurując z Rosją i Chinami.
W pewnym sensie takim zapleczem gospodarczym, jakim miała być Eurafryka, są obecnie dla Niemiec kraje Europy Środkowej, gdzie Niemcy dość otwarcie budują swoje wpływy polityczne i gospodarcze. Ich mieszkańcy są biali, ale idea jest podobna. Przypomina to też starą koncepcję Mitteleuropy, choć oczywiście nie pod tą nazwą. Wszystko to pokazuje, że nasi zachodni przyjaciele mają pewien problem psychiczny i trudno jest im się zniżyć do nas, prostych ludzi. Niemcy partnerski stosunek nazywają „auf Augenhöhe” – na (równej) wysokości oczu. To nie proste. W roku 1929 francuski ekonomista Francis Delaisi opublikował książkę Les Deux Europes (Dwie Europy). Po stu latach problem ten jest otwarty.
Uprowadzenie Europy
Ostatnio Unia Europejska zintensyfikowała kampanię propagandową, wspierającą ideę federalizacji. Główne argumenty to to, że razem będziemy silni, a przecież wszyscy jesteśmy w Unii równi, więc nie ma problemu. Kampania jest nachalna i bezkrytyczna, jak transparenty na pochodzie pierwszomajowym głoszące „Sojusz z ZSRR gwarancją pokoju”. Na plakatach widać czasem wojowniczkę w błękitnej szacie, z włócznią i tarczą, która nas wszystkich obroni. Na innym widzimy błękitnowłosą kobietę, chroniącą swoje dziatki w koszulkach o barwach narodowych. Niby nic, ale przypomina to kartkę świąteczną z 1942 r., na której biała kura z napisem „Notre mère l’Europe” chroni swoje pisklęta. Kompozycja jest podobna, identyczny jest również pewien szczegół: na obu w prawym rogu jest mały Anglik. W starej wersji wchodzi do pudełka z flagą amerykańską i gwiazdą Syjonu, w nowej jest tylko naburmuszony, obrażony na wszystkich. Inny plakat pokazuje Unię między dwoma drapieżnymi ptakami: amerykańskim i rosyjskim – pełna symetria. I znowu skojarzenie: Europa pomiędzy bolszewikami i plutokratami z Wall Street. Trudno wymyślić coś naprawdę nowego.
Te tendencje suwerenistyczne, po wypchnięciu Wielkiej Brytanii i przy zamiarze wypchnięcia Stanów zjednoczonych, budzą niepokój. Bezpośrednio po wojnie było to zamiarem państw niedawnej Osi – Niemiec i Włoch. Ale wtedy wszystkim się to nieprzyjemnie kojarzyło z sytuacją sprzed kilku lat. Było oczywiste, że zwłaszcza Niemcom trzeba patrzeć na ręce. Od tego czasu minęły dwie generacje i mapy mentalne zostały przeorane. Dziś Niemcy 8 maja świętują „wyzwolenie” – od czego, przez kogo? Wszyscy bezwiednie przyzwyczaili się do tożsamości „Europa = UE = Niemcy”. Stąd takie potworki logiczne, jak „Co Europa zrobi z Polską?”. Można podobnie zapytać: „Co Francja zrobi z Burgundią?”, ale nikomu to nie przyjdzie do głowy. Z przyzwyczajenia akceptowana jest hegemonia Niemiec, choć ich gospodarka się sypie, a popularność rządu zjeżdża po równi pochyłej. Przy remilitaryzacji Niemiec, a zwłaszcza ich próbach zdobycia broni atomowej, u niektórych się już zapala czerwona lampka, choć nie w Warszawie.
W Unii Europejskiej tradycyjna jest też niechęć do demokracji. Jean Monnet nie lubił parlamentów, tylko przeszkadzają ekspertom w pracy. Unia lubi władzę wykonawczą (własną) i sądowniczą. Walter Hallstein stwierdził, że Europa nie ma armii, nie ma policji, ale ma prawa. Widzieliśmy, jak te rządy prawa potrafią obalać rządy, likwidować przemysł i doprowadzać ludzi do nędzy. Co z tego wszystkiego wyjdzie – nie wiem.
.Jak podaje mitologia, przepiękną Europę uwiódł jurny Zeus i uprowadził na Kretę. Jaki Zeus uprowadził Unię Europejską? Skądinąd powiadają, że wszyscy Kreteńczycy kłamią. Czy przerzuciło się to na piękną Europę? Natręctwo działań instytucji europejskich, bez chwili zastanowienia, bez dyskusji, bez pytania, co o tym myślą obywatele (poddani?), jest niepokojące.
Jan Śliwa
Literatura
Georges-Henri Soutou „Europa ! Les projets européens de l’Allemagne nazie et de l’Italie fasciste”, 2021
Antonin Cohen „De Vichy à la Communauté européenne”, 2012
Julien Prévotaux „Un européisme nazi”, 2010
Pascal Ory „La France allemande (1933-1945)”, 1977/1995
François Perroux „Les mythes hitlériens à l’europe allemande”, 1940
Reinhard Höhn „Frankreichs demokratische Mission in Europa und ihr Ende”, 1940
Walter Post „Hitlers Europa: Die Europäische Wirtschaftsgemeinschaft 1940 – 1945”, 2011
Ghislain Benhessa „Nos vrais maîtres”, 2025
David Stahel (red.) „Joining Hitler’s crusade”, 2018
Gino Cucchetti „Italia Germania”, 1940
Hans Kundnani „Eurowhiteness: Culture, empire and race in the European project”, 2023





