Dwie drogi Demokratów do zwycięstwa. Lewica i kandydaci niezależni przeciw establishmentowi

Amerykańska Partia Demokratyczna testuje dwie strategie, które na pierwszy rzut oka prowadzą w przeciwnych kierunkach. W prawyborach rośnie znaczenie progresywnej lewicy, budującej tysiące wolontariuszy wokół wyrazistych postulatów. W stanach zdominowanych przez Republikanów demokraci rezygnują z własnego szyldu i wspierają kandydatów niezależnych, gotowych odrzucić część partyjnego programu. W obu przypadkach źródłem politycznej energii okazuje się bunt przeciw establishmentowi, którym obecnie jest środowisko skupione wokół administracji prezydenta Donalda Trumpa.

Dwa opublikowane niemal równocześnie materiały „The New York Times” pokazują partię, która coraz wyraźniej przestaje wierzyć, że do zwycięstwa wystarczą pieniądze, reklamy telewizyjne i sprawnie działający aparat. Pierwszy opisuje serię sukcesów demokratycznych socjalistów i ich sojuszników w prawyborach. Drugi przedstawia eksperyment prowadzony w Nebrasce, gdzie demokraci popierają kandydata otwarcie deklarującego, że demokratą nie jest i nie zamierza nim zostać. Te strategie dzieli niemal wszystko: stosunek do ideologii, partyjnej tożsamości, kwestii kulturowych oraz granic politycznego kompromisu. Łączy je jednak przekonanie, że marka Partii Demokratycznej przestała wystarczać, a w niektórych częściach Stanów Zjednoczonych stała się wręcz obciążeniem. Kandydat musi dziś zaoferować wyborcom nie tylko program, lecz także wiarygodną opowieść o tym, dlaczego występuje przeciwko dotychczasowemu porządkowi.

Tysiące wolontariuszy zamiast milionów na reklamy

.Symbolem pierwszej strategii stała się Francesca Hong, demokratyczna socjalistka, restauratorka i członkini legislatury stanowej Wisconsin. Jej kampania przed prawyborami na urząd gubernatora zgromadziła około 7 tys. wolontariuszy, zorganizowała mniej więcej 500 akcji bezpośredniego docierania do wyborców i zapukała do setek tysięcy drzwi. W ostatnich dniach przed głosowaniem sztab chciał zwiększyć całkowity zasięg kampanii do pół miliona gospodarstw domowych. Wolontariusze Hong pojawiali się więc tam, gdzie gromadzili się rozczarowani i zmobilizowani wyborcy: na protestach, spotkaniach społecznych, lokalnych wydarzeniach i ulicach miast. Nie ograniczali się do rozdawania ulotek. Zbierali numery telefonów i adresy poczty elektronicznej, zapraszali kolejne osoby do współpracy, a następnie powierzali im odpowiedzialność za następne działania. Kampania stawała się nie tyle strukturą obsługującą kandydatkę, ile ruchem, którego uczestnicy czuli się współwłaścicielami politycznego przedsięwzięcia.

Ostatecznie Hong nie wygrała prawyborów 11 sierpnia. David Crowley, szef władz hrabstwa Milwaukee i kandydat postrzegany jako bardziej umiarkowany, uzyskał około 39,8 proc. głosów, podczas gdy Hong zdobyła około 39,3 proc. Różnica wyniosła niecałe 4 tys. głosów. Jej porażka nie unieważnia jednak znaczenia zastosowanej metody. Kandydatka demokratycznych socjalistów, dysponująca ogromną siecią ochotników, znalazła się o krok od nominacji w jednym z najważniejszych stanów wahających się. Przypadek Wisconsin pokazuje zarazem granice polityki oddolnej. Bezpośredni kontakt z wyborcami może zrównoważyć finansową przewagę przeciwnika, ale nie zawsze przezwycięża obawy o szanse kandydata w wyborach powszechnych. W ostatniej fazie kampanii wokół Crowleya skupiła się znaczna część partyjnego establishmentu, a kluczowe stało się pytanie nie o to, kto potrafi mocniej poruszyć lewicowych wyborców, lecz kto będzie miał większą szansę pokonać republikanina w listopadzie.

Lewica odkrywa siłę rozmowy twarzą w twarz

.Hong nie była przypadkiem odosobnionym. W Michigan Abdul El-Sayed, progresywny lekarz i były urzędnik odpowiedzialny za zdrowie publiczne, pokonał w prawyborach do Senatu reprezentantkę Haley Stevens, mimo jej olbrzymiej przewagi finansowej. Kampania El-Sayeda zaczynała się od czterech osób przemierzających stan samochodem, a zakończyła z niemal 15 tys. wolontariuszy. Skala nierówności finansowej była uderzająca. Grupy zewnętrzne wspierające Stevens, w tym organizacje związane z proizraelskim lobby, wydały około 53 mln dolarów. Po stronie El-Sayeda zewnętrzne wydatki wyniosły około 6 mln dolarów. Telewizja, płatne przesyłki i kosztowne kampanie negatywne nie zdołały jednak zastąpić społecznej energii.

Podobny mechanizm zadziałał w Kolorado, gdzie 29-letnia Melat Kiros pokonała wieloletnią członkinię Izby Reprezentantów Dianę DeGette różnicą niemal 15 punktów procentowych. Kampania Kiros zgromadziła około 6,5 tys. wolontariuszy, którzy odwiedzili ponad 115 tys. domów. Krajowe struktury Demokratycznych Socjalistów Ameryki przeprowadziły dodatkowo około 200 tys. rozmów telefonicznych. W Filadelfii Chris Rabb, również związany z demokratycznym socjalizmem, zwyciężył w konkurencyjnych prawyborach do Izby Reprezentantów. Inspiracją dla tych kampanii była między innymi wcześniejsza kampania Zohrana Mamdaniego w Nowym Jorku. Jej ważnym elementem była zdecentralizowana organizacja: wolontariusze nie pozostawali wykonawcami poleceń zawodowego sztabu, lecz szybko uczyli się kierowania zespołami, prowadzenia rozmów i organizowania wydarzeń. Kampanie otwierały się również na osoby niezwiązane formalnie z Demokratycznymi Socjalistami Ameryki. Nowością nie jest samo chodzenie od drzwi do drzwi. To jedna z najstarszych technik politycznych. Nowe jest raczej odrzucenie przekonania, że wolontariusz powinien jedynie powtarzać przygotowany przez konsultantów tekst. Organizatorzy zachęcają sympatyków, by własnymi słowami wyjaśniali, dlaczego popierają konkretnego kandydata. Osobiste doświadczenie kosztów leczenia, trudności mieszkaniowych, sytuacji pracowników czy sprzeciwu wobec wojny staje się częścią przekazu wyborczego.

Progresywni kandydaci łączą tę autentyczność z prostymi i jednoznacznymi postulatami: powszechnym dostępem do ochrony zdrowia, ograniczeniem wpływu wielkiego kapitału na politykę oraz sprzeciwem wobec amerykańskiego wsparcia dla działań Izraela w Strefie Gazy. Wyborca nie musi domyślać się, o co walczą. Wyrazistość programu pomaga zamienić sympatyków w aktywistów, choć może także utrudnić późniejszą walkę o głosy centrum.

Demokraci bez demokratycznego szyldu

.Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Nebrasce. Republikanie mają tam niemal dwukrotnie więcej zarejestrowanych wyborców niż demokraci. Zwycięstwo kandydata występującego pod szyldem Partii Demokratycznej jest więc niezwykle mało prawdopodobne, niezależnie od ogólnokrajowych nastrojów. Dlatego stanowa Partia Demokratyczna popiera Dana Osborna – weterana marynarki wojennej, mechanika przemysłowego i byłego działacza związkowego, który konsekwentnie przedstawia się jako niezależny. Osborn krytykuje obie partie, odrzuca pieniądze od korporacyjnych komitetów politycznych i przekonuje, że republikański oraz demokratyczny establishment w większym stopniu reprezentują swoich darczyńców niż obywateli.

Nie jest to wyłącznie zabieg wizerunkowy. Osborn nie ukrywa różnic dzielących go od Demokratów. Jego stanowiska w sprawie broni, migracji, wydatków publicznych i aborcji mogą wywoływać sprzeciw progresywnego skrzydła partii. Łączy jednak lewicowe postulaty gospodarcze, krytykę korporacyjnego finansowania polityki i związkową tożsamość z umiarkowanym podejściem do części sporów kulturowych. W konserwatywnej Nebrasce taka kombinacja daje mu szansę dotarcia do wyborców, którzy nie zagłosowaliby na oficjalnego kandydata Demokratów. Osborn sprawdził ten model już w 2024 r. W starciu z republikańską senator Deb Fischer przegrał zaledwie o siedem punktów procentowych – znacznie mniej, niż spodziewano się po niezależnym kandydacie w tak republikańskim stanie. Dwa lata później mierzy się z senatorem Pete’em Rickettsem, synem miliardera i twórcy TD Ameritrade. Sztab Osborna sprowadza wybór do czytelnego kontrastu: mechanik z hali fabrycznej przeciw dziedzicowi wielkiej fortuny. Kandydatura zyskała poparcie stanowej federacji związków zawodowych oraz Nebraska Farmers Union. Ta ostatnia organizacja w 2024 r. poparła Fischer, ale obecnie – wskazując na kryzys dotykający rolników i hodowców – stanęła po stronie Osborna. Demokraci, którzy dwa lata temu odnosili się do jego kampanii z nieufnością, tym razem nie wystawili własnego kandydata i próbują zbudować wokół niego możliwie szeroką koalicję.

Czy niezależni rozsadzą system dwóch partii?

.Nebraska nie jest jedynym miejscem takiego eksperymentu. W Idaho demokratyczny kandydat do Senatu wycofał się, pozostawiając walkę z republikańskim senatorem Jimem Rischem niezależnemu Toddowi Achillesowi. Podobna sytuacja miała miejsce w Dakocie Południowej, gdzie demokrata ustąpił miejsca niezależnemu Brianowi Bengsowi. W Montanie część najważniejszych polityków Partii Demokratycznej popiera niezależnego Setha Bodnara, choć oficjalna kandydatka partii nie zrezygnowała, co grozi podziałem głosów przeciwników Republikanów.

Trend próbuje wykorzystać także Joe Manchin, były demokratyczny senator z Wirginii Zachodniej, który powołał organizację wspierającą niezależnych kandydatów do Kongresu. Przy niewielkich różnicach między liczbą mandatów obu partii nawet kilku senatorów lub członków Izby Reprezentantów niezwiązanych partyjną dyscypliną mogłoby uzyskać wyjątkowo silną pozycję. Strategia niesie jednak ryzyko dla samych Demokratów. Popierając kandydatów, którzy odrzucają ich nazwę i część programu, partia przyznaje, że w znacznej części prowincjonalnej Ameryki jej marka stała się politycznie toksyczna. Jeśli model okaże się skuteczny, może pomóc ograniczyć republikańską większość, ale jednocześnie osłabić system dwupartyjny, którego Partia Demokratyczna jest jednym z dwóch głównych beneficjentów. Istnieje także ryzyko przeciwne: rezygnacja z własnych kandydatów może zostać odczytana jako ostateczne porzucenie wyborców z mniejszych miejscowości i obszarów wiejskich. Koalicja budowana wokół niezależnego kandydata może przynieść mandat, nie musi jednak odbudować trwałych struktur partii ani zmienić jej społecznego wizerunku.

Dwie odpowiedzi na ten sam kryzys

.Progresywna lewica i kandydaci tacy jak Dan Osborn proponują Demokratom dwa przeciwne kierunki. Pierwszy mówi: należy wyostrzyć program, nazwać konflikt interesów i zbudować ruch ludzi gotowych walczyć o zmianę. Drugi odpowiada: trzeba rozluźnić ideologiczne granice, odłożyć partyjne ego i zaakceptować kandydatów, którzy w konserwatywnych stanach nie będą demokratami z nazwy ani we wszystkich sprawach z programu.

Oba nurty wyrastają jednak z tego samego kryzysu zaufania. Wyborcy nie chcą kolejnego polityka wyglądającego jak produkt konsultantów, finansowanego przez wielkich darczyńców i komunikującego się głównie za pośrednictwem reklam. Oczekują kogoś, kto potrafi pokazać własne doświadczenie, wyrazić gniew wobec systemu i przekonać ludzi, że ich osobiste zaangażowanie ma znaczenie. Najważniejsza lekcja nie musi więc dotyczyć tego, czy przyszłość Demokratów należy do demokratycznych socjalistów, czy do niezależnych populistów. Może dotyczyć odbudowy samej polityki jako relacji między ludźmi. Pieniądze nadal mają znaczenie, podobnie jak reklama, poparcie znanych polityków i zdolność do obrony przed kampanią negatywną. Nie zastępują jednak rozmowy prowadzonej na progu domu przez człowieka, który poświęcił swój czas, ponieważ naprawdę wierzy w kandydata.

Porażka Franceski Hong przypomina, że sprawna organizacja oddolna nie gwarantuje zwycięstwa. Jej wynik pokazuje zarazem, jak blisko zwycięstwa może znaleźć się kandydat stojący poza głównym nurtem, jeśli potrafi zamienić niezadowolenie w działanie. Dan Osborn dopiero spróbuje udowodnić, że podobną energię można zbudować także bez partyjnego szyldu. Jeżeli oba eksperymenty pozostawią po sobie trwały ślad, amerykańska polityka może stać się jednocześnie bardziej ideologiczna w metropoliach i bardziej koalicyjna na prowincji. Dla Partii Demokratycznej oznaczałoby to konieczność pogodzenia się z paradoksem: drogą do odzyskania znaczenia może być rezygnacja z pełnej kontroli nad tym, kto i w jaki sposób występuje w jej imieniu.

Michał Kłosowski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 sierpnia 2026