Elon Musk ujawnia rządowe ograniczenia na platformie X

Elon Musk wolność słowa

Platforma X ujawniła kod pokazujący, w jaki sposób brazylijskie przepisy wyborcze wpływają na widoczność publikacji w zakładce „Dla Ciebie”. Nie chodzi o całkowite usuwanie kont, lecz o znacznie mniej widoczną formę ingerencji: ograniczanie możliwości dotarcia do użytkowników, którzy wcześniej nie obserwowali danego nadawcy. Elon Musk nie rozwiązał problemu władzy platform cyfrowych, ale ustanowił zasadę, której powinno przestrzegać każde państwo: cenzura i ograniczanie zasięgu nie mogą pozostawać niewidzialne.

.Współczesna cenzura nie potrzebuje urzędu, który przed publikacją skreśla zdania czerwonym ołówkiem. Nie wymaga konfiskowania nakładu, zamykania redakcji ani oficjalnego zakazu wypowiadania określonych poglądów. W świecie platform cyfrowych wystarczy przesunąć publikację niżej, usunąć ją z rekomendacji, ograniczyć możliwość udostępniania albo sprawić, że będzie widoczna wyłącznie dla tych, którzy już wiedzą, gdzie jej szukać.

Dlatego decyzja platformy X o rozszerzeniu dostępu do kodu odpowiedzialnego za zakładkę „Dla Ciebie” ma znaczenie wykraczające poza technologię. Po raz pierwszy tak wyraźnie można zobaczyć w publicznym kodzie mechanizm wprowadzony w związku z przepisami konkretnego państwa. Nie dowodzi to, że Elon Musk stworzył platformę całkowicie neutralną ani że wszystkie decyzje X są odtąd jawne. Ustanawia jednak ważną zasadę: jeżeli państwo wpływa na widoczność legalnych wypowiedzi, obywatele powinni móc zobaczyć ślad tej ingerencji.

Co X ujawnił przed wyborami w Brazylii?

W aktualizacji ogłoszonej 14 sierpnia 2026 roku X poinformował o wprowadzeniu specjalnego filtra związanego z brazylijskimi wyborami. Platforma wykonuje w ten sposób przepisy wyborcze nakazujące systemom rekomendacyjnym wykluczanie ze swoich wyników kanałów i profili zgłoszonych brazylijskiemu wymiarowi sprawiedliwości wyborczej. Ograniczenie obejmuje również publikowane przez nie treści, jeżeli użytkownik sam wcześniej nie zdecydował się obserwować danego konta.

Nie jest to zatem całkowite usunięcie publikacji. Wpisy nadal mogą zobaczyć osoby obserwujące dane konto, a samo konto nie zostaje automatycznie zamknięte. Zmienia się jednak jego zdolność docierania do nowych odbiorców. Materiały pochodzące z kont objętych regulacją nie są wprowadzane do zakładki „Dla Ciebie” użytkowników, którzy wcześniej nie wyrazili zainteresowania danym nadawcą.

W publicznym kodzie umieszczono nazwy kont podlegających temu filtrowi. Znajdują się wśród nich politycy należący do różnych obozów, między innymi Flávio Bolsonaro, Ciro Gomes i Eduardo Paes. Nie ma więc wystarczających podstaw, aby sam mechanizm opisywać jako narzędzie wymierzone wyłącznie w jeden nurt polityczny. Zasadnicze pytanie jest inne: czy państwo powinno móc wpływać na widoczność wypowiedzi, nie pozostawiając obywatelowi jasnej informacji, że właśnie to zrobiło?

Brazylijski Najwyższy Trybunał Wyborczy uzasadnia rozbudowane regulacje potrzebą zapewnienia równych warunków kampanii oraz przeciwdziałania dezinformacji, manipulacjom i materiałom wytwarzanym za pomocą sztucznej inteligencji. Przepisy zobowiązują platformy do podejmowania działań ograniczających rozpowszechnianie treści mogących zagrozić integralności procesu wyborczego. Nakazują również modyfikowanie systemów rekomendacji i upublicznianie rezultatów podejmowanych działań.

Nie mamy więc do czynienia z sekretną operacją brazylijskiego państwa. Regulacje są publiczne, a ich zwolennicy mogą wskazywać, że służą ochronie wyborów. Sprawa pozostaje jednak ważna, ponieważ pokazuje mechanizm, który w innych państwach, pod rządami innych regulacji i wobec innych grup politycznych może działać znacznie mniej przejrzyście.

Cenzura cyfrowa nie usuwa słów, lecz odbiera im zasięg

Tradycyjne rozumienie wolności słowa powstało w epoce druku. Obywatel był wolny, jeśli mógł wydać książkę, opublikować artykuł, wygłosić przemówienie albo rozdawać ulotki bez wcześniejszej zgody państwa. Cyfrowa przestrzeń publiczna zmieniła jednak warunki uczestniczenia w debacie. Formalna możliwość opublikowania wpisu nie oznacza jeszcze rzeczywistej możliwości dotarcia z nim do innych ludzi.

Najważniejsze platformy nie są neutralnymi tablicami ogłoszeniowymi. Każdego dnia podejmują miliardy decyzji o tym, którą publikację komu pokazać, jak wysoko ją umieścić, jak długo pozostawić w obiegu i czy zaproponować ją osobom spoza grona dotychczasowych odbiorców. Władza nad rekomendacją staje się w ten sposób władzą nad zasięgiem, a władza nad zasięgiem coraz częściej decyduje o tym, które poglądy wejdą do publicznej debaty.

Można więc pozostawić człowiekowi prawo do mówienia, odbierając mu jednocześnie prawo do bycia usłyszanym. Nie trzeba usuwać krytycznego wpisu, jeżeli można sprawić, że nie trafi on do osób, które wcześniej nie obserwowały jego autora. Nie trzeba blokować konta kandydata, jeśli algorytm przestanie polecać jego wypowiedzi niezdecydowanym wyborcom. Nie trzeba formalnie zakazywać poglądu, jeśli jego dystrybucja zostanie ograniczona do niewielkiej, już przekonanej grupy.

Nie każde ograniczenie zasięgu jest jednak cenzurą. Użytkownik ma prawo zablokować inne konto, wyciszyć temat albo zdecydować, że nie chce oglądać określonego rodzaju publikacji. Platforma musi usuwać treści nielegalne, chronić nieletnich, przeciwdziałać groźbom, oszustwom, działaniom zorganizowanych grup przestępczych czy publikowaniu materiałów przedstawiających wykorzystywanie dzieci. Spór zaczyna się tam, gdzie legalna wypowiedź zostaje ograniczona nie na podstawie wyboru odbiorcy, lecz w wyniku decyzji platformy, regulatora albo państwa, której użytkownik nie potrafi rozpoznać ani zakwestionować.

Jan Śliwa przewidział najważniejszy spór wokół Twittera

Gdy w 2022 roku Elon Musk przejmował Twittera, Jan Śliwa zwracał na łamach „Wszystko co Najważniejsze” uwagę, że pozornie neutralna platforma stała się potężnym narzędziem wpływania na społeczeństwo. Przypominał usunięcie w styczniu 2021 roku konta urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, które pokazało, że prywatna korporacja może samodzielnie wykluczyć z cyfrowej debaty jednego z najważniejszych polityków świata.

Jan Śliwa odnotowywał jednocześnie dwie zapowiedzi nowego właściciela: przywrócenie wolności słowa oraz upublicznienie algorytmów selekcji informacji. Musk nazywał wówczas Twittera cyfrową agorą, na której dyskutowane są sprawy ważne dla przyszłości ludzkości. Więcej w tekście „Elon Musk – nowy mózg Twittera“.

Po ponad czterech latach można ocenić, że przynajmniej część drugiej obietnicy została zrealizowana. W publicznym repozytorium znajduje się kod opisujący pozyskiwanie publikacji, ich klasyfikowanie, filtrowanie i ustalanie kolejności w zakładce „Dla Ciebie”. Można sprawdzić, jakie zachowania użytkownika są przewidywane przez algorytm i jak wpływają one na końcową ocenę publikacji. Można także zobaczyć specjalny filtr wprowadzony w związku z brazylijskimi wyborami.

Nie oznacza to pełnej przejrzystości. X sam przyznaje, że niektóre reguły nie zostały opublikowane, aby utrudnić użytkownikom obchodzenie zabezpieczeń. Sam dostęp do kodu nie dowodzi również, że każda jego wersja działa w środowisku produkcyjnym dokładnie tak, jak opisano w repozytorium. Algorytm jest ponadto na tyle skomplikowany, że przeciętny użytkownik nie będzie w stanie samodzielnie go przeanalizować.

Mimo tych ograniczeń różnica jest zasadnicza. Wcześniej użytkownik musiał wierzyć platformie na słowo, że działa ona zgodnie z własnymi deklaracjami. Teraz przynajmniej część jej działania może zostać sprawdzona przez informatyków, badaczy, organizacje społeczne, dziennikarzy i konkurencyjne przedsiębiorstwa. Przejrzystość nie usuwa władzy platformy, ale pozwala tę władzę obserwować.

Jan Rokita i polityczna natura moderacji

Jan Rokita pisał na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, że spór o moderację nie jest wyłącznie sporem technicznym. Dotyczy fundamentalnego pytania, kto ma prawo określać granice dopuszczalnej debaty oraz które poglądy zostaną uznane za błędne, szkodliwe albo zbyt niebezpieczne, by mogły swobodnie docierać do obywateli.

W tekście „Cud na Facebooku” Jan Rokita opisywał decyzję Marka Zuckerberga o likwidacji dotychczasowego modelu zewnętrznych zespołów weryfikujących fakty. Zwracał uwagę, że właściciel Facebooka przyznał istnienie politycznej stronniczości wśród weryfikatorów, którym powierzono możliwość wpływania na obieg informacji. Instytucje przedstawiane jako bezstronni arbitrzy prawdy w praktyce same uczestniczyły w politycznym sporze.

Problem nie polega na tym, że w przestrzeni publicznej nie istnieją kłamstwa. Istnieją, podobnie jak propaganda, manipulacja, świadome fałszowanie danych i operacje prowadzone przez obce państwa. Nie wynika z tego jednak, że dowolna instytucja powinna otrzymać nieograniczoną władzę odróżniania dozwolonej prawdy od niedozwolonego fałszu, zwłaszcza jeśli jej decyzje pozostają niewidoczne dla odbiorcy.

Jan Rokita przekonywał również, że nowa rzeczywistość zmusza europejskich konserwatystów do zdecydowanej obrony wolności słowa, szczególnie wówczas, gdy niewygodne opinie są wyłączane z debaty za pomocą nieostrych kategorii „mowy nienawiści”. Więcej w tekście „Czy znów mamy się kryć z naszymi przekonaniami?”.

Podobny mechanizm opisywał Jan Śliwa, wskazując, że ustawowe zwalczanie mowy nienawiści może prowadzić do nierównej ochrony poszczególnych grup i selektywnego stosowania ograniczeń. Jeżeli granice dozwolonej wypowiedzi zależą od ideologicznego nastawienia arbitra, prawo przestaje chronić wszystkich obywateli według tych samych zasad. Więcej w tekście „Mowa nienawiści”.

Państwo musi ujawniać, kiedy wpływa na debatę

Nie można przyjąć zasady, że państwo nigdy nie ma prawa ingerować w treści publikowane w internecie. Prawo musi reagować na groźby, nawoływanie do przemocy, materiały przestępcze, oszustwa oraz inne precyzyjnie zdefiniowane czyny. Władza publiczna może również ustanawiać reguły prowadzenia kampanii wyborczej, jeżeli stosuje je jednakowo wobec wszystkich uczestników i zapewnia możliwość odwołania się od decyzji.

Każda taka ingerencja powinna jednak spełniać kilka warunków. Musi mieć jednoznaczną podstawę prawną, określony zakres i czas obowiązywania, wskazanego autora decyzji oraz dostępną drogę zaskarżenia. Obywatel powinien też wiedzieć, czy określonej wypowiedzi nie widzi dlatego, że sam ją wyciszył, ponieważ ograniczyła ją platforma, czy dlatego, że taki obowiązek nałożył urząd, regulator albo sąd.

Najbardziej niebezpieczny jest system, w którym odpowiedzialność zostaje rozproszona. Rząd twierdzi wówczas, że nie cenzuruje, lecz jedynie oczekuje od platformy „odpowiedzialności”. Platforma odpowiada, że nie podejmuje decyzji politycznej, lecz wyłącznie przestrzega prawa albo realizuje zalecenia regulatora. Regulator wskazuje natomiast, że nie usuwa konkretnych publikacji, lecz tylko tworzy standardy bezpieczeństwa. W rezultacie wypowiedź znika z obiegu, ale żadna instytucja nie przyznaje się do podjęcia decyzji.

Jawny kod może częściowo przerwać ten łańcuch anonimowej odpowiedzialności. Jeżeli w algorytmie pojawia się filtr nazwany od konkretnego państwa, wyborów i regulacji, wiadomo przynajmniej, że ograniczenie nie jest naturalnym skutkiem zainteresowań użytkowników. Jest rezultatem decyzji politycznej przełożonej na język oprogramowania.

Ta zasada powinna dotyczyć każdej platformy i każdego rządu. Nie może zależeć od sympatii wobec Elona Muska, Donalda Trumpa, brazylijskiej prawicy, europejskiej lewicy czy któregokolwiek kandydata. Wolność słowa jest prawem tylko wtedy, gdy przysługuje również tym, których poglądy uznajemy za błędne, niesprawiedliwe albo odpychające.

Czy należy bezwarunkowo ufać Elonowi Muskowi?

Elon Musk jest właścicielem jednej z najważniejszych platform politycznych świata, a jego poglądy i interesy mogą wpływać na sposób jej funkcjonowania. X nie jest neutralny, podobnie jak neutralne nie są Facebook, TikTok, tradycyjne stacje telewizyjne, gazety ani portale informacyjne. Każde medium wybiera tematy, ustala hierarchię treści i kształtuje uwagę odbiorców.

Dlatego otwarcie kodu nie powinno być traktowane jako dowód moralnej doskonałości właściciela X. Jest narzędziem kontroli, którego skuteczność trzeba dopiero sprawdzać. Publiczny kod może być niepełny, trudny do interpretacji albo różnić się od systemu rzeczywiście działającego w danym momencie. Platforma nadal zachowuje znaczną władzę nad konfiguracją algorytmu, moderacją treści i egzekwowaniem własnego regulaminu.

Nie zmienia to oceny samej zasady. Informacja o tym, że dane ograniczenie wynika z przepisów konkretnego państwa, jest lepsza od systemu, w którym identyczna interwencja pozostaje ukryta przed użytkownikami. Dostęp do części kodu jest lepszy niż całkowita tajemnica. Możliwość publicznej kontroli jest lepsza niż obowiązek bezwarunkowego zaufania korporacji albo państwu.

Właśnie tutaj znajduje się najważniejsze znaczenie decyzji X. Musk nie rozwiązał problemu politycznej władzy platform cyfrowych. Pokazał jednak, że ingerencja państwa w algorytm może zostać ujawniona i opisana w sposób pozwalający społeczeństwu ją ocenić.

Wolność słowa staje się osią sporu między Europą a Ameryką

Spór o cyfrową cenzurę coraz wyraźniej dzieli Stany Zjednoczone i Europę. Jan Rokita w tekście „Weto, któregośmy wyczekiwali…” przekonywał, że prawica przejęła obecnie klasycznie liberalną obronę wolności słowa, podczas gdy europejska lewica i środowiska nazywające się liberalnymi coraz częściej uzasadniają ograniczenia potrzebą walki z dezinformacją, nienawiścią i zagrożeniami dla demokracji.

Szczególnie wyraźnie widać to przed wyborami prezydenckimi we Francji w 2027 roku. Pojawiają się tam propozycje czasowego wyłączania platform społecznościowych, wzmacniania państwowego nadzoru nad informacją i zwalczania nie tylko zagranicznych operacji wpływu, lecz również nieprecyzyjnie definiowanych „ingerencji wewnętrznych”. Więcej w analizie: „Czy Emmanuel Macron chce kontrolować debatę publiczną we Francji?”.

Najdalej idące koncepcje zakładają możliwość czasowego zawieszenia działania X podczas kampanii wyborczej. Byłoby to nie tylko ukaranie właściciela platformy, ale również odcięcie milionów obywateli od wybranego źródła informacji oraz ograniczenie kandydatom możliwości bezpośredniego kontaktu z wyborcami. Więcej w tekście: „Francuskie elity boją się wyborców bardziej niż rosyjskich trolli?”.

Brazylijski filtr pokazuje mniej spektakularny, ale być może ważniejszy mechanizm. Państwo nie musi wyłączać całej platformy. Może wpływać na jej system rekomendacyjny i w ten sposób decydować, które konta zachowają prawo do poszukiwania nowych odbiorców. Właśnie dlatego przejrzystość algorytmów staje się jednym z podstawowych warunków wolnych wyborów.

Cenzura nie może pozostawać niewidzialna

Demokracja nie polega na zapewnieniu obywatelom dostępu wyłącznie do informacji uznanych przez władzę za prawdziwe, odpowiedzialne i bezpieczne. Polega na stworzeniu przestrzeni, w której ścierają się argumenty, ujawniane są błędy, a ostateczna decyzja należy do ludzi. Państwo chroniące obywateli przed każdą fałszywą opinią bardzo szybko zaczyna chronić samo siebie przed opiniami niewygodnymi.

Nie można zagwarantować całkowicie neutralnego algorytmu, ponieważ każda metoda selekcji treści opiera się na określonych wyborach. Można jednak żądać jawności. Obywatel ma prawo wiedzieć, kto ograniczył zasięg wypowiedzi, na jakiej podstawie to uczynił, jak długo ograniczenie będzie obowiązywać i w jaki sposób można je zakwestionować.

Decyzja X nie kończy sporu o wolność słowa w internecie. Przenosi go jednak na bardziej konkretny poziom. Zamiast debatować wyłącznie o deklarowanych intencjach rządów i korporacji, możemy analizować zapisane w kodzie reguły, wskazane konta i rzeczywiste konsekwencje dla obiegu informacji.

Elon Musk napisał, że cenzura wymagana przez rząd staje się odtąd widoczna. Na razie jest to zapowiedź szersza niż przedstawione dowody, ponieważ potwierdzony przykład dotyczy brazylijskich wyborów i konkretnego filtra rekomendacji. Sama zasada zasługuje jednak na obronę: państwo może działać na podstawie prawa, ale nie powinno po cichu wpływać na to, które legalne poglądy dotrą do obywateli.

Wolność słowa nie wymaga wiary w nieomylność Elona Muska. Wymaga nieufności wobec każdej skoncentrowanej władzy nad informacją, zarówno państwowej, jak i korporacyjnej. Pierwszym warunkiem jej kontrolowania jest wiedza o tym, że została użyta.

Sebastian Nizio

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 16 sierpnia 2026