Margot ROUSSEAU: H.G. Wells, Musk i Onfray. Rzeczy, które nadejdą

H.G. Wells, Musk i Onfray. Rzeczy, które nadejdą

Photo of Margot ROUSSEAU

Margot ROUSSEAU

Filozof i historyk kina. Żyje między Paryżem a Aix-en-Provance. Swoje przemyślenia publikuje w Medium i na Instagramie, tworząc unikalny esej wizualny. Autorka Cinema Margot.

Things to come – rzeczy, które nadejdą, zekranizowane w 1936 roku opowiedanie H.G. Wellsa zadziwiającą dobrze się ogląda podczas lektury najnowszego Front populaire pod redakcją Michela Onfraya – pisze Margot ROUSSEAU 

.W najnowszym numerze Front populaire Michel Onfray mierzy się z postacią Elona Muska. W przeciwieństwie do większości kolegów z lewicy nie redukuje jego postaci do trumpowego pajacyka, wyrośniętego dzieciaka, który pomyka w swojej Tesli i rozmawia z półnagim chatbotem. To już samo w sobie jest znaczące: Onfray odmawia wpisania Muska w łatwy schemat moralnego potępienia, który dominuje dziś w debacie publicznej. Nie — Onfray widzi w nim raczej coś na kształt heglowskiego „rozumu na koniu”, ucieleśnienie tego, co nadchodzi, i docenia jego wizjonerską siłę. To nie jest pochwała człowieka, lecz rozpoznanie funkcji, jaką pełni w historii. Musk nie jest dla Onfraya po prostu człowiekiem, lecz pewną ideą przejścia, które — jego zdaniem — czeka naszą cywilizację, momentem, w którym historia przyspiesza i kondensuje się w działaniu jednostki.

To także złamanie pewnego schematu, bo oto tak znienawidzony przez część lewicy przedsiębiorca staje się symbolem postępu: wyobraźnia i kapitał pozwalają mu snuć długofalowe projekty niedostępne dla polityków demokracji kadencyjnych, którzy muszą nieustannie tłumaczyć się wyborcom. Onfray widzi tu strukturalną przewagę: polityk działa w horyzoncie kilku lat, przedsiębiorca technologiczny — w horyzoncie dekad, a czasem stuleci. Musk nie musi. Nie musi uzasadniać każdej decyzji, nie musi czekać na mandat, nie musi podporządkowywać wizji rytmowi opinii publicznej. W tym sensie staje się figurą postpolityczną, kimś, kto działa obok instytucji, a nie wewnątrz nich.

Wszystkie elementy budujące wizję Muska — rozwój AI, prace nad robotyką humanoidalną (często łączone z perspektywą transhumanizmu), projekty marsjańskie z myślą o długoterminowej obecności człowieka poza Ziemią oraz rozwój własnych systemów informacji i modeli językowych (jak Grok) — składają się na spójny kierunek działania, który wkrótce może zacząć realnie kształtować rzeczywistość. Onfray odczytuje te działania nie jako serię odrębnych przedsięwzięć, lecz jako elementy jednej logiki: rozszerzenia ludzkiej mocy poza jej dotychczasowe granice — biologiczne, polityczne i planetarne. Idą bowiem — według Onfraya — czasy, w których demokracje mogą ustępować miejsca formom technokratycznym, państwa będą coraz silniej zależne od infrastruktury tworzonej przez koncerny technologiczne, a człowieka może czekać nowa forma alienacji wobec narzędzi, które sam stworzył. Nie jest to jednak alienacja w klasycznym sensie marksowskim, wynikająca z relacji pracy i kapitału, lecz raczej głębsze oddzielenie: utrata kontroli nad systemami, które działają szybciej i szerzej niż ludzka świadomość.

W tym sensie Musk jest dla Onfraya figurą ambiwalentną. Z jednej strony ucieleśnia energię, której Zachód zdaje się pozbawiony: zdolność projektowania przyszłości zamiast administrowania teraźniejszością. Z drugiej — zapowiada świat, w którym ta przyszłość wymyka się ludzkiej skali, a wraz z nią wymyka się również klasyczne rozumienie polityki, wspólnoty i odpowiedzialności. Onfray nie proponuje tu prostego sądu, lecz raczej diagnozę: żyjemy w momencie, w którym historia przestaje być domeną państw i ideologii, a zaczyna być domeną technologii i tych, którzy potrafią ją projektować.

.W tym właśnie momencie przychodzi mi na myśl H.G. Wells, tak — ten sam, który w Wehikule czasu wysłał ludzi w przyszłość, a gdy podróżnicy wracają, przez pozostałych są pytani, jak wygląda ten socjalizm przyszłości, bo przecież — jak można się domyślać — socjalizm jest koniecznością. Tym razem już nie socjalizm, ale w przypadku Onfraya i Muska — dystopia technologiczna.

Ale jeszcze lepszym materiałem do analizy jest opowiadanie zekranizowane w 1936 roku jako Things to Come — rzeczy, które nadejdą. Bo Wells nie lubił hipotez, on uwielbiał mówić tonem pewnym o tym, co nadejdzie. I — co trzeba przyznać — przynajmniej w pierwszych scenach filmu było to rzeczywiście prorocze. Gdy oglądamy te obrazy nakręcone w 1936 roku, które pokazują, jak nad miasto — bardzo przypominające Londyn, ale będące tu miastem uniwersalnym — nadlatują eskadry bombowców i niszczą je (tu od razu przypomina się zrównana przez Niemców z ziemią Warszawa), widzimy Wellsa przerażająco proroczego.

I ci bohaterowie, którzy rozmawiają jeszcze przed nalotem, że wojny nie będzie, że jest niemożliwa — dziś czujemy dreszcz, słysząc dokładnie te same słowa w naszym otoczeniu. A potem pojawia się myśl, że wojna musi być, że przynosi technologiczny postęp — a potem bombardowanie, po którym zostaje pustka, zaraza, dzikie i zdeformowane państwo rządzone przez wojskowego watażkę, cofnięcie niemal do średniowiecza. To jednak Wells, więc to cofnięcie musi być przejściowe. Oto bowiem po drugiej stronie morza ocaleli naukowcy i lotnicy tworzą nową cywilizację. To ona ostatecznie zdobędzie świat ze swoimi hasłami postępu i rozumu.

To już moment, w którym Wells przestał być prorokiem, a zaczął być ideologiem. Bo on naprawdę wierzył, że technologia zwycięży, że ludzie nauki będą rządzić — już nie swoją wolą, ale jako przekaziciele rozumu — i że będzie to humanitarny świat pokoju. W ostatnich sekwencjach filmu widzimy ten świat białej — jak to nazywa sam Wells — utopii. Tak, świat białego człowieka, wykształconego, mającego dostęp do najwyższych technologii, świat rządzony technokratycznie i — przynajmniej w deklaracji — bez przemocy.

W tym świecie pracuje się nad lotem w kosmos — przedsięwzięciem, które przeraża wielu obywateli. Podburzeni przez jednego z mówców (figura ta sama co wojskowy watażka z pierwszej części filmu) szturmują działo, które ma wystrzelić rakietę w kosmos. Nie zdążą. Pierwsi ludzie lecą, bo postępu nie można zatrzymać.

Wells przedstawił utopię. Bo postęp nie jest nieunikniony; po drugie, nie jest koniecznie czymś dobrym; po trzecie, nie musi prowadzić do świata lepszego, bardziej ludzkiego i bardziej pokojowego. Onfray aż tak naiwny nie jest. Patrząc na Muska, wierzy on w nieuchronność pewnych procesów, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że nie należy oczekiwać, by nowy świat był bardziej pokojowy i sprawiedliwy — a już na pewno nie wierzy, że będzie bardziej ludzki. To zderzenie Wellsa z Onfrayem jest dobrą diagnozą naszych czasów. Dziś widzimy — i podobnie jak Onfray — nie wierzymy już w technokrację jako rozwiązanie. Dla Wellsa była ona koniecznością, dla Onfraya jest rzeczywistością, w której zaczynamy żyć. Wells miał nadzieję, że technokracja będzie rozwiązaniem problemów tego świata, a Onfray widzi w niej raczej źródło nowych problemów.

.Ale jeśli porównamy obie te wizje, uderzy nas coś bardzo mocno. W utopii Wellsa w nowym świecie człowiek panuje nad technologią. Onfray zdaje sobie sprawę, że będzie odwrotnie: to technologia zacznie wyznaczać ramy, w których człowiek będzie musiał się poruszać.

Margot Rousseau

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 21 marca 2026