Francja chce „uporządkować media społecznościowe” w celu „ochrony demokracji” [Nathaniel GARSTECKA]

uporządkować media społecznościowe

Francuski minister spraw zagranicznych wezwał do „uporządkowania mediów społecznościowych” w celu „ochrony demokracji” w obliczu zbliżających się wyborów prezydenckich w 2027 roku.

.Nic dziwnego, że nikt rozsądny nie wierzy w „obawy demokratyczne” obozu macronistów. Nikt nie wierzy, że Jean-Noël Barrot ma na sercu walkę o prawdę i „uczciwość debaty publicznej” po prostu dlatego, że do swojej deklaracji dołączył wezwanie do „zapobiegania zakłócaniu uczciwości procesu wyborczego przez międzynarodówkę reakcyjną”.

Samo użycie terminu „międzynarodówka reakcyjna”, który wydaje się pochodzić prosto z podręcznika komunikacji przeznaczonego dla komunistycznych przywódców, powinno wystarczyć, aby trwale zdyskredytować osobę, która go używa. Zamiast szukać rozwiązania konfliktu na Ukrainie, minister spraw zagranicznych stara się zapobiec swobodnemu rozpowszechnianiu krytyki skierowanej pod adresem jego obozu. Jakby 80 proc. nieprzychylnych opinii na temat Emmanuela Macrona wynikało z istnienia mediów społecznościowych, a nie z licznych błędów popełnionych przez prezydenta od czasu jego wyboru w 2017 r. (w tym sposobu, w jaki doszedł do władzy).

.Jean-Noël Barrot obawia się „ingerencji zagranicznej” we francuskie wybory prezydenckie? Ingerencja obozu „europejskiego i demokratycznego” na Węgrzech, w Polsce czy Rumunii byłaby dopuszczalna, ale nie ingerencja obozu konserwatywnego we Francji. Jak zresztą wierzyć w intelektualną uczciwość ministra, jeśli pamięta się o tym, w jaki sposób niemal wszystkie duże media krajowe poparły kandydaturę Emmanuela Macrona w 2017 roku? „Trzeba kontrolować tych, którzy się nam sprzeciwiają” – to wydaje się hasłem przewodnim obecnych „demokratów”.

Prawdziwy pluralizm polega na umożliwieniu wszystkim wyrażania swoich opinii (oczywiście z poszanowaniem prawa) i krytykowania rządzących, nawet jeśli nie podoba się to władzy. Każda próba regulowania tego natychmiast kwalifikuje się jako naruszenie naszych podstawowych wolności i tak należy postrzegać projekt uzależnienia dostępu do sieci społecznościowych od ujawnienia swojej tożsamości.

Im bardziej zmierzamy w tym kierunku, tym bardziej traci na znaczeniu klasyczna linia obrony: „Rosja i Chiny są prawdziwymi dyktaturami. Porównywanie nas do nich nie ma sensu”. Na nieszczęście dla przyszłych pokoleń.

Nathaniel Garstecka
Autor prowadzi cotygodniową autorską kronikę w tygodniku „Gazeta na Niedzielę” [LINK], skąd pochodzi powyższy fragment. Przedruk za zgodą redakcji.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 27 lutego 2026