Prof. Chantal DELSOL: Francja pędzi ku katastrofie

Francja pędzi ku katastrofie

Photo of Prof. Chantal DELSOL

Prof. Chantal DELSOL

Historyk idei, filozof polityki. Założycielka Instytutu Badań im.Hannah Arendt. Szefowa Ośrodka Studiów Europejskich na Uniwersytecie Marne-la-Vallée. Publicystka "Le Figaro". Określa się jako liberalna neokonserwatystka. Najnowsza jej książka to "Insurrection des particularités".

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autorki

To nie model egalitarny ciągnie nas na dno, ale ideologia egalitarystyczna. Francja tonie, gdyż pozostaje ostatnim krajem socjalistycznym na świecie – pisze prof. Chantal DELSOL

.Nasz model społeczny sprawia, że Francja jest najbardziej egalitarnym krajem świata. Krajem, w którym podstawowe usługi są darmowe i w którym ponad połowa gospodarstw domowych nie płaci podatku od dochodu, podczas gdy druga połowa płaci najwyższe podatki na świecie. A jednak w większości Francuzi, nie bacząc na pogłębiający się kryzys finansów państwa, skarżą się na nierówności, domagając się jeszcze więcej usług za darmo i niższych podatków. Nie powinniśmy z tego wyciągać wniosku, że egalitarny model społeczny jest nie do utrzymania na dłuższą metę: kraje skandynawskie udowadniają, że może to być trwały kierunek, pod warunkiem jednak, że państwo zachowuje środki ostrożności, a przede wszystkim nie przeistacza się w ogromne okienko kasowe przybierające formę beczki Danaid. To nie model egalitarny ciągnie nas na dno, ale ideologia egalitarystyczna. Z ekonomicznego punktu widzenia Francja tonie, gdyż pozostaje ostatnim krajem socjalistycznym na świecie.

Kraj socjalistyczny, jak widzieliśmy w XX wieku, nieuchronnie zmierza do upadku, a jeśli udaje mu się jakimś cudem chwilę przed tym uchronić, to tylko dzięki zamknięciu granic. Francuska mentalność, czy to prawicowa, czy lewicowa (od Zjednoczenia Narodowego po lewicę Mélenchona), czułaby się dobrze jedynie w Zamkniętym państwie handlowym Fichtego, w którym granice są zaryglowane i z którego pieniądze nie mogą wypływać. Pamiętamy, że jedną z pierwszych propozycji wprowadzonych w życie przez François Mitterranda w 1981 roku było drastyczne ograniczenie transferów środków za granicę – co byłoby jedynym rozwiązaniem tej palącej kwestii, która nie daje nam spokoju, odkąd uświadomiliśmy sobie wielkość długu: jak skłonić bogatych do płacenia większych podatków, jednocześnie powstrzymując ich od opuszczenia kraju z ich fortunami?

Dziś bardzo ciężko uciec przed globalizacją, a Francja, która przez dłuższy czas unikała konfrontacji z innymi modelami, dumna z nadnaturalnej wyjątkowości swojego własnego, została dzisiaj prześcignięta na każdym polu. Stało się tak dlatego, że nie wdrożyła reform niezbędnych dla kraju na miarę XXI wieku – kraju będącego pod stałą presją konkurencyjną z każdego niemal kierunku i niezdolnego już do finansowania swojego komfortu jak w latach Trente Glorieuses. Nagląca jest reforma systemu służby zdrowia, literalnie dogorywającego pod ciężarem rozrośniętej biurokracji, która pochłania większość jego substancji. Nagląca jest kompleksowa reforma szkolnictwa, na przykład poprzez wprowadzenie bonu szkolnego, pozwalającego na rozwój szkół autonomicznych, kontrolowanych przez państwo. Oba te podstawowe systemy utrzymują się na powierzchni tylko dzięki niesamowitemu poświęceniu pracowników, wciąż niedocenianych i niewystarczająco opłacanych. Ale ich degradacja postępuje z dnia na dzień.

Do przeprowadzenia reform potrzebni są ludzie odważni, zdolni realizować prawdziwe i wielkie zmiany. Czy to nie dziwne, że od przełomu wieków żaden rząd nie wprowadził rozwiązań w systemie emerytalnym, które pozwoliłyby na wdrożenie emerytur kapitałowych – jako odpowiedzi na deficyt dzietności – i próbę prognozy na krótszą i dłuższą metę? Stało się tak dlatego, że ten typ emerytury nie jest poważany przez kraj socjalistyczny (a Francja takim jest), a jedynymi beneficjentami tego rozwiązania są pracownicy edukacji narodowej (głosujący zresztą na Mélenchona). Ideolodzy organizują się, aby nie ponieść uszczerbku od konsekwencji własnej ideologii… Nasi rządzący – z umiarkowanej prawicy czy lewicy – wiedzą doskonale, że kraj wciągany jest w wir ideologii typu socjalistycznego, która we Francji nosi znamiona przypadłości chronicznej i niebawem pogrąży nasze państwo na dobre. Nawiasem mówiąc, ci sami rządzący ulegają wpływom także innych ideologii, np. globalistycznych, którym jednak narody jako takie nie ulegają. Teraz jednakże największym zagrożeniem jest ludowy socjalizm, nieodpowiedzialny zarówno na skrajnej prawicy, jak i na skrajnej lewicy.

.Nasi rządzący powinni więc wykazać się odwagą i subtelnością: wykorzystać te rzadkie chwile stanu łaski, aby zaproponować reformy – Emmanuel Macron, jak pamiętamy, napisał przed wyborami książkę zatytułowaną Révolution. Dlaczego nie wykorzystał nadarzających się okazji?

Jest to bowiem pewna stała: wszyscy nasi rządzący bez wyjątku pięknie perorują o tym, jak wywrócą stolik, a jak przychodzi co do czego, to przesuwają tylko paru urzędników z miejsca na miejsce albo dodają jedną godzinę matematyki czy proponują (szybko się z tego wycofując) likwidację jednego dnia wolnego. Nie takimi quasi-reformami, podlanymi niekończącą się gadaniną, wyciągniemy kraj z kryzysu.

Dlaczego nie objawił się żaden odważny rządzący, odporny na inwektywy (których by nie brakowało), gotowy pogodzić się ze swoją niepopularnością, skłonny swoim nazwiskiem firmować szeroko zakrojony plan reform? Dlatego, że dysponujemy klasą polityczną nurzającą się przez 70 ostatnich lat prosperity w swoim własnym komforcie, niezdolną do najmniejszej śmiałości. Chodzenie na łatwiznę, frywolność, światowość. A jednocześnie przemowy pełne złotych myśli, wygłaszane z marsowymi minami, co ma świadczyć o „pokorze” (modne słowo u polityków), opisujące nie konkretne reformy, które należałoby podjąć (to zbyt niebezpiecznie rzucałoby się w oczy), ale spodziewane ich efekty, które miałby przynieść sam dyskurs mający właściwości – tak się przecież sądzi – performatywne. I tak jak nasz naród skorumpowały dziesięciolecia ideologii socjalistycznej, tak nasza klasa polityczna literalnie przegniła dziesięcioleciami odkładania na później, próżności i niestałości.

Nasi rządzący bardzo dobrze wiedzą, co należy zrobić: wymagać od uczniów, aby uczyli się naprawdę, a nie rozdawać dyplomy wszystkim w duchu egalitaryzmu; zredukować do minimum biurokrację w służbie zdrowia, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekazywać tam, gdzie są realnie potrzebne; stosować prawo, a nie produkować co chwilę nowe regulacje, które nigdy nie są stosowane (dotyczy to sfery bezpieczeństwa, ale także imigracji); nałożyć kaganiec na finanse państwa, tak by w końcu zaczęło liczyć pieniądze, które rozdaje. A generalnie należałoby stawić czoło ideologiom socjalistycznym (na prawicy i na lewicy), które stały się de facto bastionami reakcji. Jedno jest pewne: jakkolwiek bylibyśmy nostalgiczni, czasy Trente Glorieuses już nie wrócą.

.Żaden rządzący nie ma odwagi powiedzieć tego na głos: strukturalne reformy są niezbędne. Wszyscy boją się ulicy, inwektyw, strajków. W zaciszu gabinetów szepcze się, że z takim krajem nic się nie da zrobić, że przydałaby się instytucja konsula. Marzenie de Gaulle’a, Bonapartego, typowe dla kraju od dawna tak scentralizowanego i tak mało demokratycznego – że jedynie wybitny polityk, człowiek twardej ręki, może dokonać nieuniknionych zmian. Marzenie niebezpieczne dla kraju, który tak charakteryzował Tocqueville: „Bardziej zdolny do heroizmu niż do cnoty, do geniuszu niż zdrowego rozsądku, potrafiący nakreślać wielkie plany, ale nie doprowadzać do końca wielkie przedsięwzięcia; najwspanialszy i najniebezpieczniejszy pośród narodów Europy”. I tak oto, w glorii naszego geniuszu, pędzimy ku katastrofie.

Chantal Delsol

Tekst ukazał się w nr 73 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 29 stycznia 2026