Francuska polityka coraz bardziej przypomina oderwany od rzeczywistości spektakl teatralny grany przy pustej widowni [Jérôme FOURQUET]

Jérôme Fourquet jest francuskim politologiem, dyrektorem działu opinii publicznej i strategii korporacyjnej w Institut français d’opinion publique (Ifop), autorem książek, m.in. „L’archipel français”. W wywiadzie dla dziennika „Le Figaro” analizuje kryzys polityczny we Francji.
Jak ocenia Jérôme Fourquet, upadek rządu François Bayrou „stanowi jedynie kolejny etap w trwającym kryzysie, przez który przechodzi Francja”. „Kryzys ten ma dwa źródła. Pierwsze, obecne od dawna, to nieprzerwane narastanie ogromnego długu publicznego od…1973 r. Od 52 lat, budżet państwa francuskiego co roku notuje deficyt. Skala zaciągniętego długu jest dziś tak duża, że jego spłata jest dziś największym wydatkiem państwa. Niczym zaciskająca się pętla, sytuacja ta systematycznie ogranicza możliwości działania kolejnych rządów i sprawia, że propozycja budżetu staje się coraz trudniejszym zadaniem. To właśnie kwestia budżetu leży u podstaw obecnego kryzysu instytucjonalnego” – tłumaczy.
„Obok ciężaru zadłużenia i jego konsekwencji, drugim źródłem kryzysu, którego doświadczamy, jest zmiana układu sił na scenie politycznej. Prezydent Republiki Francuskiej ma bardzo niskie poparcie (zgodnie z ostatnim sondażem Ifop-JDD, poparcie wyraża zaledwie 24 proc. osób, co jest bliskie poziomowi poparcia prezydenta w okresie kryzysu żółtych kamizelek), jednak w latach 80. i 90. XX wieku niektórzy prezydenci również doświadczali silnego spadku poparcia i przegrywali wybory parlamentarne. Zasadnicza różnica polega na tym, że niegdyś niepopularność prezydenta automatycznie przekładała się na większość parlamentarną zjednoczonej opozycji, która była zdolna do rządzenia – tak wyglądały kohabitacje w latach 1986-1988, 1993-1995 i 1997-2002. Dziś ten mechanizm wydaje się już nie działać, ponieważ naprzeciw obozu prezydenckiego, znajdującego się w wyraźnej mniejszości, stoi nie jedna, ale dwie opozycje: lewicowy Nowy Front Ludowy i prawicowe Zjednoczenie Narodowe. Połączenie bardzo silnych ograniczeń budżetowych i podziału sceny politycznej na trzy bloki sprawia, że sytuacja jest praktycznie bez wyjścia” – stwierdza.
„Niezdolność kolejnych rządów do zajęcia się podstawowymi sprawami obywateli (kryzys systemu zdrowia i edukacji, wzrost przestępczości w całym kraju, spadek siły nabywczej), stale zmieniający się ministrowie (od początku drugiej kadencji Emmanuela Macrona resort edukacji miał już sześcioro ministrów), blokada instytucjonalna będąca konsekwencją rozwiązania Zgromadzenia Narodowego w 2024 r. i pozorowane działania czołowych polityków wywołały wśród Francuzów nie tylko frustrację, ale i głębokie zniechęcenie” – zauważa politolog.
Jak zaznacza, zniechęcenie Francuzów objawia się „obojętnością wobec życia politycznego, które coraz bardziej przypomina oderwany od rzeczywistości spektakl teatralny grany przy pustej widowni”. Frustracja obywateli przejawia się natomiast w wynikach sondaży poparcia dla polityków. Zgodnie z sondażem Ifop-Fiducial, w 2012 r., 21 spośród 50 czołowych polityków cieszyło się ponad 50-procentowym poparciem wśród społeczeństwa. W 2017 r., jedynie 8 spośród 50 polityków osiągnęło ponad 50 proc. poparcia wśród opinii publicznej. Obecnie, żaden z francuskich polityków nie cieszy się poparciem powyżej 50 proc.
„Dla zdecydowanej większości Francuzów (63 proc.) naturalną konsekwencją po głosowaniu nad wotum nieufności byłoby ponowne rozwiązanie Zgromadzenia Narodowego. Jednak biorąc pod uwagę obecny układ sił politycznych oraz obowiązujący system wyborczy, nie ma szans na to, aby którykolwiek z trzech bloków zbliżył się do uzyskania większości mandatów. A w przypadku kolejnego Zgromadzenia Narodowego bez większości absolutnej, 68 proc. ankietowanych, według sondażu Ifop dla LCI, uznałoby, że prezydent Republiki Francuskiej powinien podać się do dymisji” – tłumaczy Jérôme Fourquet w „Le Figaro”.
oprac. JD





