Kto zekranizuje Stanisława Lema? „Choć jeden dobry film”

Ekranizacje swoich dzieł uważał za „chały” i „pasztety”. Praktycznie żadna z przeszło 40 książek zmarłego 20 lat temu Stanisława Lema nie stała się wielkim bestsellerem, „mieszającym” w światowej kulturze. Pisarz, zapytany w 1995 roku, czy nie czuje z tego powodu niedosytu, odparł: nie, w ogóle.
Ekranizacje dzieł Stanisława Lema
.„Moje książki sprzedają się równomiernie, przez cały czas” – powiedział Lem w rozmowie z Markiem Oramusem, zatytułowanej „Jestem Casanovą nauki” (1995). Miłośnikom twórczości Lema trudno zatem wybrać te najważniejsze. Marek Oramus, pisarz, krytyk, autor książki pt. „Bogowie Lema”, wymienia na pierwszym miejscu „Kongres futurologiczny” (1971), w którym Lem „przedstawił groteskowy przykład procedowania futurologicznego w warunkach tłumnego zajmowania się tą dyscypliną”. Na tytułowym kongresie naukowcy mają się wypowiadać o przyszłych losach cywilizacji. Ponieważ jednak zgłoszono 198 referatów i nie ma czasu ich wygłaszać – uczestnicy debaty musieli zapoznać się z nimi wcześniej. Kluczowe tezy są ponumerowane, co sprawia, że także dyskusja przebiega w sposób dość osobliwy.
„Stanley Hazelton z delegacji USA zaszokował od razu salę, powtarzając z naciskiem: – 4, 6, 11, z czego wynika 22; 5, 9 ergo 22; 3, 7, 2, 11, skąd wynika znowuż 22!! – Ktoś wstał, wołając, że jednak 5, ewentualnie 6, 18 i 4; Hazelton odparował zarzut błyskawicznie, tłumacząc, że tak czy owak 22. Poszukałem w jego referacie klucza numerycznego i dowiedziałem się, że liczba 22 oznacza katastrofę ostateczną” – relacjonował wysłany przez Lema na kongres Ijon Tichy, występujący również m.in. w „Dziennikach gwiazdowych” (1957) i „Wizji lokalnej” (1982).
– Mamy tu uwypuklone główne wady futurologii: stadne generowanie prognoz, ustalanie konsensu na podstawie tego, za czym opowie się większość, podatność werdyktu na zjawiska socjologiczne spoza pola problemowego, które się bierze pod uwagę – mówi Oramus.
„Kongres futurologiczny” zapowiadał ostateczny rozbrat Lema z futurologią, którą wcześniej pisarz wydawał się być zachwycony. – Nie dość, że nobilitowała ona jego zajęcie, dodając mu nimbu naukowości, to jeszcze sytuowała go w centrum mody naukowej – wyjaśnia autor „Bogów Lema”.
Na początku lat 70. nastąpił światowy kryzys paliwowy – cena ropy naftowej skoczyła z 2 do 35 dolarów za baryłkę. Żaden futurolog oczywiście tego nie przewidział. W 1974 r. Lem opublikował w warszawskiej „Kulturze” artykuł pt. „Sonda w niebo i piekło przyszłości”, w którym wykazywał, że futurologów mianuje potrzeba, a nie kompetencje, ekspertem w tej dziedzinie może zostać byle kto, i to na całe życie.
Futurologia i Stanisław Lem
.Futurologia z konfliktu z Lemem wyszła jednak bez większego szwanku – nadal istnieje. – Zajmują się nią poważne, w sensie – dobrze finansowane – instytuty. I póki pieniędzy nie zabraknie, póty futurologów będzie pełno, bo każdy lubi wziąć pieniądze za nic – podsumowuje Marek Oramus.
Sam Lem okazał się całkiem niezłym futurologiem – wymyślił przecież m.in. współczesny zalew informacyjny. W jednej z bajek w „Cyberiadzie” (1965) występuje pazerny na wszelką informację zbójca Gębon. – Trurl z Klapaucjuszem załatwili go w ten sposób, że mu dostarczyli informacji śmieciowych, które go utopiły w tonach wydruków. Z czymś takim mamy przecież do czynienia dziś, wystarczy wejść do internetu – przypomina autor „Bogów Lema”.
Jego zdaniem, para mechanicznych konstruktorów Trurl i Klapaucjusz, jest odbiciem Lemowej osobowości. – Pierwszy – raptus, piekielnie zdolny, biegły w swoim fachu, lecz porywczość bez przerwy pakuje go w kłopoty. Drugi – chłodny sceptyk, do wszystkiego podchodzący z rezerwą – wyjaśnia Oramus. – Choć na co dzień Lem zachowywał się bardziej jak Klapaucjusz, dla mnie zawsze miał w sobie coś z Trurla, upartego, nieznośnego, za wszelką cenę dążącego, by postawić na swoim – dodaje.
Do kanonu światowej fantastyki należy bez wątpienia „Solaris” (1961), pierwszy utwór, w którym „poznawczy pesymizm Stanisława Lema dochodzi do głosu tak intensywnie” – ocenił poeta, krytyk, grafik i programista Paweł Kozioł (Culture.pl, 2011).
„W swoim gatunku zajmuje ona miejsce, jakiego nie dostąpiło bodaj żadne inne polskie dzieło literackie: uważana jest za wzór klasyczny, wymieniana w najbardziej podstawowych kompendiach dotyczących literatury science fiction – obok dzieł Wellsa, Stapledona czy Dicka. Bibliografia prac krytycznych poświęconych tej powieści liczy ogromną ilość pozycji – we wszystkich ważniejszych językach, na które Lem był tłumaczony” – napisał o „Solaris” prof. Jerzy Jarzębski, autor „Wszechświata Lema” (2002). Dodał, że książka „zawdzięcza zapewne swoje powodzenie niezwykle udatnemu zespoleniu potraktowanej serio problematyki Kontaktu z pełną emocji, romantyczną akcją”.
„Solaris” to jedno z niewielu dzieł Lema, w którym występuje pełnowymiarowa postać kobieca. „Kobieta wchodzi na scenę dopiero wtedy, kiedy jest niezbędna” – wyjaśnił pisarz Oramusowi. „Korzystam z kobiecych bohaterów w taki sposób, jaki mam za stosowny. Political correctness gówno mnie obchodzi” – podkreślił.
Izraelski reżyser Ari Folman, który zrealizował film „Kongres” (2013), luźno nawiązujący do „Kongresu futurologicznego”, w jednym z wywiadów nazwał Lema geniuszem, a „Solaris” – „najwybitniejszą powieścią wszechczasów”.
„Solaris” doczekała się nawet wersji baletowej wystawionej w 1990 r. przez Państwowy Teatr Opery i Baletu w Dniepropietrowsku. „Myśl o tym, że „Solaris” zostało odtańczone, wydaje mi się prosto z Kobierzyna, z domu wariatów. Na szczęście Dniepropietrowsk jest na końcu świata” – skomentował ten fakt Lem w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim pt. „Święty spokój” („Kino”, 2000).
„Techniki informacyjne utworzyły sytuację raju, w który rzekomo każdy, kto by tego chciał, może poznać wszystko, lecz jest to kompletna fikcja” – czytamy z kolei w powieści „Głos Pana” (1968). Próba odczytania sygnałów wyłapywanych z Kosmosu staje się „zwodniczą pułapką na czytelnika: przeglądem współczesnych teorii naukowych wraz z historią rozwoju wielu dziedzin wiedzy, choć głównie groteską – o uwikłaniu uczonych w politykę oraz o absurdzie wyścigu zbrojeń” – ocenił tę książkę Janusz R. Kowalczyk (Culture.pl, 2016). „W obliczu obecnych wydarzeń światowych, przypominających obłąkańczy pęd ludzkości ku autodestrukcji, sceptycyzm Lema co do przyszłości planety Ziemia wpisuje się na listę tych jego przepowiedni, które się, niestety, spełniają wprost na naszych oczach” – napisał Kowalczyk. „Stanisław Lem, entuzjasta nowych technologii, niejednokrotnie ostrzegał, że biosfera naszej planety nie przyjmie ich w nadmiarze” – dodał.
„Nie jest to »powieść akcji«, ale przygód intelektualnych więcej tu niż awantur w westernie. I jak to często bywa z podobnymi przygodami, ich przeżycie może głęboko wpływać na osobę czytelnika, zmieniać jego wizję świata, pogląd na poznanie i wartości” – ocenił prof. Jarzębski.
Ekranizacje a brak finansów
.W epoce cywilizacji obrazkowej niewątpliwą miarą znaczenia książki jest jej ekranizacja – tu Lem, na pierwszy rzut oka, miał wielkiego pecha. Do realizacji filmu według „Kongresu futurologicznego” w reżyserii Andrzeja Wajdy w latach 70. nie doszło z powodów finansowych. Podobnie rzecz się miała z wcześniejszą próbą ekranizacji „Powrotu z gwiazd” (1961), podjętą przez Aleksandra Forda. „Bardzo chciał ten film realizować, ale jeszcze bardziej chciał na nim zarobić. Ponieważ musiałaby to być droga, duża produkcja, Ford liczył na zachodnich partnerów z workami pieniędzy. Jak wiadomo – nie doczekał się” – tłumaczył Lem Maciejewskiemu.
Stosunkowo wcześnie, ale bez efektu, proza Lema trafiła do Hollywood. „Tych ofert była cała masa, Disney chciał na przykład realizować pierwsze opowiadania z cyklu »Przygód Ijona Tichego«. Najlepszy interes z Amerykanami zrobiłem na przełomie lat sześćdziesiątych. Wówczas Michael Rudesone kupił ode mnie prawa do realizacji »Niezwyciężonego«. Uważam, że »Niezwyciężony« jest utworem, który bardzo dobrze mógłby sprawdzić się na ekranie. Jest widowiskowy, ma niesamowitą scenerię: latające chmury insektów. Realizacja takiego filmu musiałaby jednak kosztować fortunę, a byłby to jednak projekt komercyjnie dosyć ryzykowny. Dlatego Rudesone przez cztery lata bezskutecznie szukał producentów, przy okazji płacąc mi należne, niebagatelne tantiemy za przedłużanie opcji. Film w końcu nie powstał, a byłby zapewne okropny, za to ja sporo zarobiłem. Miłe wspomnienia” – opowiadał Lem Maciejewskiemu.
Zawiedzeni takim obrotem sprawy fani „Niezwyciężonego” (1964) zasilili prawdopodobnie szeregi wielbicieli „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa (1977).
„Wszystkie ekranizacje swej prozy, poza »Przekładańcem« (1968) Andrzeja Wajdy, uważał za nieudane. O znakomitej adaptacji »Szpitala Przemienienia« (1978) Edwarda Żebrowskiego, o cenionym przez miłośników fantastyki oryginalnym »Solaris« (1972) Andrieja Tarkowskiego wyrażał się z zadziwiającym lekceważeniem, bo reżyser z jego fascynacji tajemnicami kosmosu zrobił liryczną przypowieść o tęsknocie za Ziemią. O socrealistycznej »Milczącej gwieździe« (1959) Kurta Maetziga wg »Astronautów« źle mówi Lem i krytyka, choć miłośnicy sentymentalizują tę ekranizację” – przypomniał Maciej Parowski w artykule pt. „Lem w kinie” (2006).
„»Milcząca gwiazda« była okropną chałą, bełkotliwym socrealistycznym pasztetem. Dla mnie to bardzo smutne doświadczenie. Jedynym pożytkiem wynikającym z realizacji tego knota była możliwość obejrzenia zachodniej strony Berlina. Mur dzielący Berlin na dwie części jeszcze nie istniał, zatem w przerwach pomiędzy ciągłym awanturowaniem się z reżyserem, wymykałem się na stronę zachodnią” – wspominał Lem.
Spodobał mu się spektakl telewizyjny „Wyprawa profesora Tarantogi” (1991) w reżyserii Macieja Wojtyszki. „Odnalazłem u Wojtyszki pełne pokrewieństwo duchowe z moim własnym spojrzeniem na ten tekst, który jest przecież satyryczny, a nawet groteskowy” – wyjaśnił.
Światowego kina fantastycznego Lem zdecydowanie nie cenił, dostrzegając w nim jedynie gry banałami i eksplozje efektów. Jedynym reżyserem wymienionym w dwóch grubych tomach „Fantastyki i futurologii” (1970) jest Stanley Kubrick – twórca „Mechanicznej pomarańczy” (1971), „Doktora Strangelove’a lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę” (1964) i „2001: Odysei kosmicznej” (1968). Tym ostatnim filmem pisarz nie był jednak zachwycony. „Moim zdaniem komputer, który opanowuje statek kosmiczny, musi mieć jednak trochę poważniejsze motywacje od potrzeb twórczych. Chciałbym się dowiedzieć, z jakich pobudek to robi, jaki jest sens artystyczny, poznawczy, etyczny, czy moralny podobnych działań” – mówił Lem.
„Lema pisarza, intelektualistę, wizjonera, filozofa… interesowały idee, byty kosmiczne, postępy technologii, pułapki cywilizacji, konfrontacje kosmicznych inteligencji, olśniewające wielopoziomowe gry językowe — film zdawał się nie dysponować dla tych spraw językiem ani stanowić dla nich areny. W odwrotną stronę magia działała znakomicie — reżyserzy marzyli o filmowaniu jego dzieł — ale ten fakt mało dla pisarza znaczył” – napisał Maciej Parowski. „Także kino wysokie, kino w ogóle, właściwie nie funkcjonuje w Lemowej eseistyce jako system kulturowych odwołań” – dodał.
„Być może powstają na świecie bardzo wybitne filmy, do których nie mam dostępu. Ale też nie mam ochoty siedzieć ranki i wieczory przed ekranem telewizora w poszukiwaniu arcydzieła. Mówiąc prawdę, ja to olewam” – opowiadał Lem Maciejewskiemu. Wspominał, jak na przy pracy nad scenariuszem „Solaris” wściekły tupał nogami i krzyczał do Andrieja Tarkowskiego – „wy, durak!”.
„Lem chciał kina wielkiego, mądrego, wręcz dosłownie wiernego swojej prozie, a wszystko to okazywało się niemożliwe” – napisał Maciej Parowski. „Powtarzające się konflikty Lema z filmowcami, z Tarkowskim, z Żebrowskim (skrytykowaną przez Lema wersję »Szpitala Przemienienia« wielu uważa za znakomitą), sprowadzają się do jednego: Lem uważa, że pisarz jest właścicielem swych przesłań i puent, że co zostało napisane, powinno być sfilmowane. Tymczasem kino, jak chciał Tarkowski, jest procesem wtórnej kreacji, jest przekształcaniem sztuki przez sztukę. Nie prostą obrazkową repliką prozy” – wyjaśnił. „Kultura jest jednością, dziedzina wyobraźni jest tworem zbiorowym, wielki pisarz udziela owej sferze swego ducha, a ten krąży, kędy chce. Niefilmowość Lema nie jest faktem — jest metaforą, kryptonimem, żartem, paradoksem. To znaczy — także faktem” – ocenił Parowski.
Jego zdaniem, „najcelniejsze utwory Lema właściwie doczekały się ekranizacji”. „Dzienniki gwiazdowe”, a zwłaszcza najważniejszą „Podróż jedenastą” sfilmował Jean-Luc Godard, dając filmowi „dla niepoznaki” tytuł „Alphaville” (1965). „Filmowa wersja kilku wątków »Cyberiady« to wypisz wymaluj… »Matrix«. Ekranizację »Głosu Pana« tylko dla zmyłki nazwał Zemeckis »Kontaktem« według Karla Sagana. Niektóre przetworzone partie »Niezwyciężonego« rozpoznamy przy odrobinie dobrej woli w pierwszym »Alienie« Scotta. »Dyskretny urok burżuazji« Bunuela ewidentnie rozwija motyw »Doskonałej próżni« (…). Wiele momentów »Pamięci absolutnej« ze Schwarzeneggerem przypomina niepokojące motywy Lemowego »Powrotu z gwiazd«. Z kolei zanim Lem napisał »Solaris« (1961), to Fred M. Wilcox już przeniósł trawestację tej powieści na ekran pod tytułem »Zakazana planeta« (1956)” – zsumował, z właściwym sobie poczuciem humoru, Maciej Parowski listę najważniejszych pozycji w dorobku literackim Stanisława Lema. „Mnie by zupełnie wystarczyło, gdyby na podstawie mojej książki powstał jeden dobry film” – powiedział Lem Maciejewskiemu.
Miłego końca świata! Czytając Stanisława Lema
.Nasza samotność w kosmosie wydaje się faktycznie lepszym rozwiązaniem, choćby dlatego, że niełatwo sobie wyobrazić „zaawansowaną” cywilizację, bardziej zbrukaną dziedzictwem wojen, agresji i morderstw – pisze Peter SWIRSKI.
Czy możliwe jest ostateczne poznanie procesów, które doprowadziły do powstania życia na Ziemi? Czy nauka zapewni człowiekowi nieśmiertelność? Czy jesteśmy sami we wszechświecie? Czy istnieje szansa na spotkanie z cywilizacją pozaziemską? Czy natura ma monopol na ewolucję? Jaką przyszłość zapowiadają techniki klonowania i inżynierii genetycznej? Czy ludzie stworzą sztuczną inteligencję? Jakie będą konsekwencje błyskawicznego rozwoju technologii informacyjnych? Pytania, z którymi konfrontuje nas ostatnia strona okładki zbioru Okamgnienie z roku 2000, wydają się zapowiadać książkę autorstwa fizyka, biologa lub ewentualnie informatyka. Stanisław Lem nie jest jednak przedstawicielem żadnego z tych zawodów. Autor tej niewielkiej objętościowo pozycji zdobył przecież światową sławę jako powieściopisarz, i to sławę tak wielką, że niektóre z jego powieści fantastycznonaukowych – w tym Solaris, Dzienniki gwiazdowe, Bajki robotów, Cyberiada, Opowieści o pilocie Pirxie oraz powieść realistyczna z czasów II wojny światowej Szpital Przemienienia – znalazły się na liście szkolnych lektur w wielu krajach na całym świecie.
Choć Lem porzucił beletrystykę po wydaniu Fiaska (1986) i Pokoju na Ziemi (1987), przez następne dwadzieścia lat swojego życia pozostał wziętym krytykiem literatury i kultury, filozofem, futurologiem i, co nie mniej istotne, naukowym polemistą. I oto u progu nowego internetowego i biotechnologicznego millenium Lem dostarczył nam Okamgnienie: zbiór diagnoz i prognoz na rozpoczynające się tysiąclecie i dalszą przyszłość. Dzisiaj mija 15 lat od śmierci Stanisława Lema i 100 lat od jego urodzin. Spoglądając na karty jego życia, warto zapoznać się z kapitałem wiedzy i doświadczeń, który pozostawił nam ten wybitny Polak.
Na książkę Okamgnienie składa się Wstęp i dwadzieścia jeden krótkich rozdziałów zawierających się w 5–10 stronach, a niekiedy zaledwie w trzech. W Hollywood na określenie takiego skondensowanego streszczenia użyto by określenia treatment, gdyby nie to, że precyzyjna myśl Lema, jego erudycja i namacalne zainteresowanie nierzadko piekielnie złożonymi problemami sytuują go na antypodach wszystkiego, co Hollywood ucieleśnia. W Okamgnieniu, książce kompaktowej i złożonej dużą czcionką, znajdziemy właściwie destylat i koncentrat przemyśleń autora, a wrażenie to jest tym większe, że nasycone treścią akapity potrafią zająć całą stronę. Inspiracją większości rozdziałów i zazwyczaj ich początkiem jest polemiczne nawiązanie do jakiejś publikacji naukowej lub raportu, które staje się przyczynkiem do dalszych refleksji. Charakterystyczne jest to, że publikacje te pochodzą z całego świata i powstały we wszystkich głównych językach (z których kilka Lem znał czynnie). Ewolucja biochemiczna, ewolucja całego Kosmosu, potencjalna ewolucja przyszłych pokoleń robotów i komputerów, mózg jako zapis procesów ewolucyjnych, ewolucja życia i inteligencji oraz mnóstwo innych tematów przeplata się ze sobą w tym podręcznym minileksykonie technologiczno-naukowych wyzwań na nowy rok, nowy wiek i nowe tysiąclecie.
Niewielkich rozmiarów książkę otwiera polemiczny atak na Technologie XXI stulecia, futurologiczną pracę opublikowaną pod egidą niemieckiego ministerstwa nauki.
Zastrzeżenie Lema jest proste: pomimo swojego szumnego tytułu Technologie XXI stulecia nawet nie wspominają o dwóch technologiach, które mają stać się motorem innowacji w nadchodzących dziesięcioleciach, to jest globalnych sieciach komunikacyjnych (których przykładem jest internet) oraz badaniach w dziedzinie biologii, a dokładniej badaniach biomolekularnych i bioinżynieryjnych.
Pierwsza technologia daje nam dostęp do coraz większej mocy obliczeniowej i kolosalnych zasobów informacji. Druga przynosi codziennie niewiarygodne doniesienia o próbach klonowania ludzkich embrionów, tworzenia małp i królików świecących w ciemności, genetycznej modyfikacji odmian bionicznego ryżu i pszenicy oraz innych cudach. Lem przedstawia swoje stanowisko sprawnie i przekonująco. Dziwiąc się krótkowzroczności niemieckich futurologów, nie możemy jednak nie zauważyć podobnej cechy połączonej z wybiórczością u samego Lema, który opiera swój osąd wyłącznie na tej jednej publikacji, będącej zresztą, jak z lubością dowodzi, publikacją przeciętną. A przecież w czasie, kiedy Lem pisał swoją polemikę, książek i blogów na temat szans i zagrożeń związanych z internetem oraz niebezpieczeństw i korzyści płynących z odkrywania tajemnicy naszych genów było mnóstwo.
Być może Lem chciał sobie ustawić futurologicznego przeciwnika w ten sposób, aby móc spojrzeć wstecz na własne futurologiczne wysiłki, które do czasu publikacji książki podejmował od prawie pół wieku. Z uporem bowiem przypomina czytelnikowi, że Okamgnienie to kryterium trafności jego własnych przewidywań zawartych we wcześniejszych arcydziełach: Dialogach i Summa technologiae. Te nawiązania do intelektualnych pratekstów i wydawniczych pretekstów zbioru z roku 2000 pozwalają przynajmniej zrozumieć, dlaczego, nie będąc powieścią, Okamgnienie ma jednak bohatera i to iście epickich rozmiarów: ewolucję.
Z uwagi na wszechobecny biochemiczny żargon, nie wspominając o złożonych dyskusjach na temat przyszłych technologii – od zastosowania mikromolekuł w komputerach po wykorzystanie zdolności wyszukiwania bakterii przez fagi w terapii medycznej – Okamgnienie nie jest książką dla ludzi o słabej woli czy mało sprawnym neuroprocesorze cerebrobiałkowym (tj. mózgu). Terminy takie jak „technogenna”, „ksenogenna”, „prokarionty”, „eukarionty”, „psychozoiczna”, „orograficzna”, „cytochromy”, „teropody”, „zoocydy”, „polimery”, „priony”, żeby wymienić tylko kilka, wymagają od nawet najbardziej zagorzałych fanów Lema dodatkowego wysiłku intelektualnego. Cóż zatem powstrzymuje ich przed tym, aby cisnąć Okamgnieniem o ścianę i spędzić resztę popołudnia z jedną ze świetnych powieści pisarza? Mianowicie to, że nawet w wieku osiemdziesięciu lat Lem był nadal mistrzem obrazowania, porównań i metafor, co przekłada się na niebywałą zdolność przybliżania najbardziej abstrakcyjnych koncepcji. Tak na przykład opisuje ludzki mózg: „Jesteśmy raczej poskładanymi z różnoczasowo zaimprowizowanych procesualnych fragmentów tworami, tak jakby ktoś tonący najpierw uratował się dzięki zetknięciu z pływającym pniem, a potem, po trosze, z rozmaitych, chwilowo przydatnych, miotanych falami części utworzył po wielu niepowodzeniach i mękach wielki statek”.
Powyższa uwaga ma związek z kolejnym oczywistym pytaniem: po co szukać pomocy u literata zamiast u prawdziwego naukowca lub przynajmniej zawodowego filozofa, zmagając się z tak poważnymi i wielkimi problemami? Odpowiedź narzuca się przy lekturze każdej strony któregokolwiek z miniaturowych rozdziałów książki. Sytuujące się często na krańcach konceptualnych możliwości naszej epoki, poruszane w książce kwestie są nierzadko zbyt filozoficzne, aby pozostawić je naukowcom, i zbyt naukowe, aby mogli się nimi zajmować wyłącznie filozofowie. Przypomina mi to jedną z naszych rozmów składających się na książkę A Stanisław Lem Reader, kiedy to Lem zauważył ze śmiechem: „Jeśli chodzi o różne szkoły filozoficzne, jestem w dużej mierze po stronie sceptyków. Raczej nie padam na kolana przed naukami przyrodniczymi i często odnosiłem się do nich w moich powieściach dość lekceważąco”.
Jako sceptyk i ostrożny wizjoner Lem wzywa w Okamgnieniu do wydania nowej Encyklopedii ignorancji, sprzeciwiając się gorliwości różnej maści techno-proroków i naukowych nałogowców, którzy najchętniej wybrukowaliby drogę ku przyszłości ciałami swoich przeciwników utopijnych scenariuszy wykorzystania sprawczej siły w służbie sprawiedliwości społecznej. Mimo to kusząco lakoniczne opisy awangardowych współczesnych badań, które ożywiają Okamgnienie, wydają się nawet dzisiaj nie z tego świata. „Liny tak lekkie i mocne, że pojazd kosmiczny mógłby na orbitę, jak windą, podnosić ciężary”, „elementarne jednostki układów komputerowych, tak zwane bramki logiczne, [zbudowane] z jednej molekuły” oraz chyba najbardziej zapadający w pamięć, ale i najobrzydliwszy smaczek z odległych rejonów medycznych badań terapeutycznych: w groteskowym fragmencie przypominającym twórczość Lindsaya Andersona lub Wyspę doktora Moreau H.G. Wellsa Lem donosi o wielu próbach uzyskania krzyżówki człowieka i małpy podejmowanych przez sowieckich naukowców. Na szczęście nic z tego nie wyszło, stwierdza w końcu.
PAP/ Paweł Tomczyk/ LW






