Midterm za osiem miesięcy. Ameryka między historią a instynktem władzy [Michał KŁOSOWSKI] 

Wybory połówkowe, nie tylko Waszyngton nimi żyje. Ameryka ostatniej dekady przyzwyczaiła już bowiem świat do życia w stanie permanentnej kampanii. Tym razem jednak stawką listopadowych wyborów połówkowych nie jest tylko arytmetyka mandatów w Kapitolu. W tle jest pytanie subtelniejsze: czy zmiana większości w jednej z izb Kongresu potrafi realnie przestawić kurs amerykańskiej polityki zagranicznej, czy też jest jedynie korektą tonu w ramach tego samego strategicznego kontinuum?

Wybory połówkowe, nie tylko Waszyngton nimi żyje. Ameryka ostatniej dekady przyzwyczaiła już bowiem świat do życia w stanie permanentnej kampanii. Tym razem jednak stawką listopadowych wyborów połówkowych nie jest tylko arytmetyka mandatów w Kapitolu. W tle jest pytanie subtelniejsze: czy zmiana większości w jednej z izb Kongresu potrafi realnie przestawić kurs amerykańskiej polityki zagranicznej, czy też jest jedynie korektą tonu w ramach tego samego strategicznego kontinuum?

Wybory połówkowe i historyczne pytanie o kierunek, który obierze Ameryka

.Patrząc bowiem na historię ostatnich dekad trudno nie zauważyć, że niezależnie czy w Waszyngtonie urzędował Demokrata czy Republikanin Stany Zjednoczone musiały mierzyć się z konkretnymi wyzwaniami na arenie międzynarodowej.

Dominująca prognoza mówi o powrocie „podzielonego rządu” tj. scenariuszu, w którym przynajmniej jedna izba przechodzi w ręce Demokratów. W europejskiej wyobraźni brzmi to jak zapowiedź przesilenia, w amerykańskiej praktyce bywa jednak inaczej. Historia bowiem podsuwa dwie sceny, które warto ze sobą zestawić.

Pierwsza rozgrywa się w 1918 roku. Prezydent Woodrow Wilson, architekt wizji nowego ładu międzynarodowego po I Wojnie Światowej, apeluje do wyborców o utrzymanie demokratycznej większości w Kongresie. Potrzebuje jej, by przeforsować traktat wersalski i wprowadzić Stany Zjednoczone do Ligi Narodów. Amerykanie odpowiadają inaczej, niż oczekiwał. Republikanie przejmują Senat, a jego liderem zostaje Henry Cabot Lodge, człowiek, który do prezydenta Woodrowa Wilsona żywi nie tyle polityczny sceptycyzm, ile osobistą niechęć, a może nawet polityczną nienawiść.

W amerykańskim systemie konstytucyjnym ratyfikacja każdego traktatu wymaga bowiem zgody Senatu. Gdy jej zabrakło, projekt Wilsona rozsypał się jak konstrukcja bez fundamentu. Liga Narodów stała się symbolem niespełnionej ambicji, a izolacjonizm na lata zyskał nową legitymację. To był moment, w którym wybory połówkowe rzeczywiście zmieniły bieg historii bo prezydent bez Kongresu nie mógł zrobić nic.

Irak, oblicze zmęczonej Ameryki

.Druga scena ma miejsce niemal dziewięć dekad później. W 2006 roku Demokraci, korzystając ze zmęczenia wojną w Iraku, odbierają Republikanom kontrolę nad obiema izbami. Wydaje się, że to polityczny wyrok na administrację. A jednak prezydent George W. Bush kilka tygodni później ogłasza „surge” tj. zwiększenie amerykańskiego kontyngentu w Iraku. Kongres protestuje, przyjmuje rezolucje, próbuje ograniczać finansowanie. Ale ostatecznie nie potrafi zebrać większości zdolnej przełamać prezydenckie weto i proceduralne bariery. Strategia Białego Domu wchodzi w życie.

To doświadczenie odsłania kluczową zasadę amerykańskiej gry instytucjonalnej: przewagę ma ten, czyjej zgody tak naprawdę potrzeba. Jeśli prezydent musi uzyskać formalną akceptację, tak jak Woodrow Wilson w sprawie traktatu, to Kongres staje się władzą decydującą. Jeśli jednak działa w ramach szerokich kompetencji wykonawczych, np. w obszarze operacji wojskowych, sankcji czy ceł, to Kongres musi znaleźć sposób, by go zatrzymać. A to w systemie pełnym punktów weta bywa zadaniem niemal karkołomnym.

Dlatego powrót podzielonego rządu w 2027 roku nie musi wcale oznaczać gwałtownego zwrotu w amerykańskiej polityce zagranicznej. To, co tak naprawdę oznacza, to raczej wzrost napięcia. Opozycja zyska możliwość organizowania przesłuchań, inicjowania śledztw, kształtowania agendy medialnej czy nawet bardziej jeszcze oficjalnego i otwartego kontestowania działań administracji prezydenta Donalda Trumpa. Może podnosić polityczny koszt każdej decyzji tej administracji, wystawiać jej rachunki przed opinią publiczną, zmuszać do tłumaczeń, słowem paraliżować w najbardziej amerykańskim tego słowa znaczeniu. A to nie jest mało, choć wciąż, to coś innego niż realna kontrola.

Midterm znaczy i nie znaczy nic

.W epoce głębokiej polaryzacji pytanie brzmi, czy te instrumenty jeszcze „grzeją” opinię publiczną, czy raczej umacniają już istniejące obozy? Ameryka ostatnich lat pokazuje, że spektakularne przesłuchania w Kongresie i medialne grillowanie częściej mobilizują elektoraty niż przekonują niezdecydowanych. Wiele bowiem zależy też od samego prezydenta. Niektórzy, jak Bill Clinton po porażce w 1994 roku, wybierają korektę kursu i polityczne balansowanie. Inni reagują ofensywą, przekonani, że historia nagradza agresywnego i konsekwencję bardziej niż kompromis. Amerykańska prezydentura, szczególnie w sprawach międzynarodowych, od dekad wykazuje jednak skłonność do maksymalizowania swoich kompetencji często przy biernej lub podzielonej reakcji Kongresu. Działania prezydenta Donalda Trumpa nie odbiegają tu od normy.

Świat z zewnątrz, z Europy widziany zwłaszcza, często przecenia znaczenie wyborów połówkowych jako momentu przełomowego dla amerykańskiej polityki wewnętrznej. W praktyce bowiem rzadko są one rewolucją, częściej po prostu zmianą rytmu. Wprowadzają większą nerwowość, więcej komunikatów płynących w różnych kierunkach, ostrzejszą retorykę i chaos.

.Dla sojuszników i rywali oznacza to jedno: po prostu większą nieprzewidywalność. Ale czyż nie zdążyliśmy się już do niej przyzwyczaić?

Michał Kłosowski 

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 marca 2026