Pomysły na upały. Inspiracje sprzed wieku

Amerykańskie lodówki kosztowały tyle, ile robotnik zarabiał w ciągu dziesięciu miesięcy. Luksusem była też klimatyzacja. Mieszkańcy przedwojennej Polski mieli jednak swoje sposoby na upał.
Sposoby na upał
.Podczas letnich upałów podstawowym problemem było zabezpieczenie żywności. Wiedziano, że niska, najlepiej minusowa temperatura może w tym pomóc. Funkcję, którą dziś pełnią lodówki i zamrażarki spełniały piwnice.
„Najprostszą formą była ziemianka, czyli wykopany w sadzie zadaszony dół (…). W najzamożniejszych zagrodach istniały piwnice ceglane ze sklepieniem. W takich obszernych obiektach oprócz płodów rolnych istniało miejsce dla mleka i jego przetworów, a także mięsa. Warunkiem właściwego zabezpieczenia produktów (…) była utrzymywana w niej odpowiednia temperatura, dlatego nie można było zostawiać otwartych drzwi” – tak opisał przechowywanie żywności na wsi Robert Rumiński z Działu Etnograficznego Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.
W warunkach miejskich przechowywanie produktów latem nie było prostsze – jeszcze w latach 30. powszechną praktyką było codzienne robienie zakupów, aby żywność nie ulegała zepsuciu. Podczas wysokich temperatur sposoby konserwacji zapasów żywności bez użycia lodu bywały nieraz bardzo kreatywne. Autor poradnika wydanego we Lwowie w 1917 roku zaleca chociażby, aby jaja przechowywać w wodzie z dodatkiem nadmanganianu potasu, wodzie wapiennej lub w płynie ze szkłem wodnym.
„Mięso przechowujemy w lecie w czystym płótnie namaczanym w silnym occie” – takie zalecenie można z kolei odnaleźć wśród porad dla gospodyń z 1933 roku.
Przed wojną w Polsce istniały lodówki (nazywane również lodowniami pokojowymi), ale najczęściej nie były to urządzenia elektryczne, lecz swego rodzaju niewielkie szafy termoizolacyjne, chłodzone za pomocą systematycznie dostarczanego lodu.
Tego rodzaju urządzenia były w stanie utrzymywać żywność i napoje w niskich temperaturach, ale nie posiadały możliwości mrożenia. Zawsze wyposażano je w niewielki kranik, który odprowadzał wodę ze stopionego lodu. Domowe lodownie były wytwarzane przez wiele firm w kraju, pod markami takimi jak choćby „Ideał”, czy „Eskimos”. Z wyglądu przypominały proste, drewniane meble, ale również eleganckie, emaliowane szafy w nowoczesnych, modernistycznych kształtach – zależało to od ceny i modelu.
Większość takich urządzeń była jednak tak droga, że na ich posiadanie mogło sobie pozwolić niewielu. Poza wysoką ceną mankamentem była też obsługa, bo żeby „domowa lodownia” działała, trzeba było sprowadzić do niej lód. Sprzedażą i dostawą zajmowały się wyspecjalizowane firmy, które zapas lodu gromadziły podczas mroźnej zimy. Wycięte w tym czasie na zamarzniętych stawach i rzekach bryły przechowywały w głębokich piwnicach albo specjalnie w tym celu wykopanych jamach, w których nawet latem utrzymywała się minusowa temperatura.
Piwnice lodowe
.Pierwsze „piwnice lodowe” powstawały przy rezydencjach arystokratycznych i majątkach ziemskich. Później przerodziły się w niezależne przedsiębiorstwa. W latach 20. i 30. metodę pozyskiwania lodu z zamarzniętych zimą zbiorników wodnych uważano już jednak za przestarzałą i niehigieniczną. „Lód naturalny nigdy nie jest dostatecznie czysty, zawsze zawiera on szczątki organiczne, które w trakcie topnienia w lodowni napełniają powietrze stęchlizną; Prócz tego wilgotne powietrze (…) zawiera też szkodliwe drobnoustroje powstające w trakcie topnienia lodu (…)” – tak sytuację opisywała w 1928 roku jedna z książek branżowych o lodowniach mleczarskich.
Dlatego w okresie międzywojennym zakłady coraz częściej zaczynały wytwarzać lód metodami sztucznymi, zaś w 1934 roku na mocy rozporządzenia ministra opieki społecznej w ogóle zakazano używania skuwanego naturalnie lodu do celów spożywczych.
Własne duże chłodziarki przemysłowe posiadały zazwyczaj duże zakłady takie jak mleczarnie, browary lub rzeźnie, a niektóre z nich świadczyły usługi sprzedaży lodu zainteresowanym. Przykładem może być Rzeźnia Miejska w Zduńskiej Woli – w 1938 roku zakład dostarczał zainteresowanym lód do domu w cenie 50 groszy za 15 kilogramów, łącznie z dowozem.
Dla większości ludzi zakup lodowni i wykupowanie abonamentu na lód były jednak zbyt dużym obciążeniem finansowym. Latem radzili sobie z chłodzeniem żywności za pomocą domowych sposobów. Czasopismo „Dom i Szkoła” donosiło w 1931 roku, że: „Nawet latem, w największe upały, jeżeli nie mamy lodówki pokojowej, niestety, dla ludzi niezamożnych niedostępnej ze względu na drogi abonament lodu, można wyroby, ułożone w gliniany garnek, wstawiony w większe naczynie z zimną wodą doskonale z dnia na dzień przechować”.
W II RP istniały jednak również lodówki elektryczne, podobne do współcześnie używanych. Należały jednak do dóbr bardzo luksusowych – poza zakładami przemysłowymi, czy restauracjami, mogli sobie na nie pozwolić tylko nieliczni. Jednym z najbardziej spektakularnych (jak na owe czasy) modeli, jakie można było kupić w Polsce, była lodówka „Frigidaire” wytwarzana przez amerykański koncern General Motors.
Duże, dwudrzwiowe urządzenie nie różniło się w zasadzie od współczesnych lodówek, posiadało również wbudowaną zamrażarkę. „Lśniąco biała, o estetycznym wyglądzie, automatyczna chłodnia domowa wytwarza suchy chłód nawet podczas najgorętszych dni lata (…). Można w niej również przyrządzać znakomite desery mrożone oraz krystalicznie czysty lód do potraw i napojów chłodzących” – wieściła bogato ilustrowana reklama z 1929 roku zamieszczona w czasopiśmie „Teatr i życie wytworne”. Reklamodawcy podkreślali również, że „Frigidaire”, chłodząc żywność, zapobiega powstawaniu w jedzeniu groźnych dla zdrowia drobnoustrojów. Mniej spektakularne, choć wciąż niezwykle luksusowe lodówki elektryczne były wytwarzane w kilku krajowych fabrykach, Polacy mogli też zaopatrzyć się w zagraniczne modele (choćby Electrolux).
Niektóre lodówki automatyczne były zasilane gazem. Jednak nawet niewielka automatyczna lodówka stanowiła ogromny wydatek – podstawowe modele kosztowały ponad tysiąc złotych, czyli tyle co dziesięć miesięcznych pensji robotnika lub pięć – nauczyciela.
Niektóre luksusowe mieszkania wyposażano w lodówki centralne, instalowane jako domyślny element wyposażenia kuchni. Takie urządzenia miały choćby mieszkania gdyńskiego „Bankowca” przy zbiegu ulic 10 Lutego i 3 Maja, uważanego za sztandarowy przykład polskiego modernizmu. Agregaty tamtejszych lodówek ukryto pod ziemią, aby nie narażać mieszkańców na hałas. Podobne urządzenia zachowały się w blokach BKG przy ul. Fabrycznej w Warszawie, ukończonych na kilka miesięcy przed wybuchem wojny.
Lodówki – czy to automatyczne, czy chłodzone lodem – cieszyły się uznaniem również z powodu popularności mrożonych deserów, napojów i koktajli. Świeży lód był również konieczny do przyrządzania lodów, do których produkcji używano specjalnych domowych maszynek.
Oprócz chłodzenia żywności eksperymentowano również, choć na małą skalę, z chłodzeniem budynków i mieszkań. Klimatyzacja była wówczas sporą nowinką techniczną – w Stanach Zjednoczonych systemy klimatyzacyjne wykorzystywane w przemyśle istniały co najmniej od początku XX wieku, zaś pierwszy klimatyzator okienny trafił tam na rynek w 1932 roku pod marką „Frigidaire” (tą samą, pod którą sprzedawano lodówki, również w Polsce). Pierwsze domowe systemy klimatyzacyjne były jednak na tyle drogie, że nawet w Stanach Zjednoczonych należały do rzadkości.
Jednym z pionierów klimatyzacji w II Rzeczpospolitej był prezydent Ignacy Mościcki. Zaprojektowany przez siebie klimatyzator umieścił w swojej siedzibie, na Zamku Królewskim w Warszawie.
Mościcki, jako chemik z bogatym dorobkiem naukowym, zajmował się również zagadnieniami ochładzania i jonizowania powietrza w zamkniętych pomieszczeniach. Tak to opisał w 1934 roku: „Jako miejsce prób wybrany został mój gabinet na zamku, gdzie prawie stale przebywam i pracuję (…). Rozwiązanie zadania dla omawianego celu jest oryginalne, i daje powietrze wolne od wszelkich zawiesin, nawet bakteriologicznych, a również uwolnione od różnych zanieczyszczeń fazowych”.
Mościcki pracował również nad zagadnieniem klimatyzowania szpitali, jednak większość jego wynalazków nie weszła do powszechnego użycia. Udało mu się zaadaptować swój wynalazek tylko do jednego szpitala w Wilnie. Jak pisał inżynier Zygmunt Dobrowolski na łamach „Inżynierii i budownictwa” w 1938 roku:
„W Polsce mamy znikomo małą ilość instalacyj do klimatyzowania powietrza. Posiada je gmach Sejmu, schron telekomunikacji w Wilnie, Adria w Warszawie. Nie mamy zupełnie prac doświadczalnych z tej dziedziny. Mamy natomiast oryginalną polską aparaturę do klimatyzacji powietrza. Jest to aparat do wytwarzania warunków atmosferycznych, własnościami swymi zbliżonych do powietrza górskiego. Pomysł i konstrukcja aparatu należą do Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Profesora Ignacego Mościckiego. Aparatura ta została zainstalowana na oddziale wewnętrznym szpitala OWar [Obszaru Warownego] Wilno”.
Inżynier Dobrowolski wysunął też postulat zainstalowania klimatyzacji w szkołach, biurach i innych lokalach użyteczności publicznej. „Tam gdzie nie możemy klimatyzować powietrza, należy przeprowadzać celową wentylację sztuczną” – pisał.
Jedne z nielicznych, jeśli nie jedyne w Polsce mieszkania klimatyzowane znajdowały się w Krakowie – w budynku „Feniksa” wzniesionym w 1932 roku przy Rynku Głównym. Kamienica, istniejąca do dziś, wzbudzała w swoich czasach ogromne kontrowersje z uwagi na jej modernistyczną architekturę, nieprzystającą do zabytkowego otoczenia.
Las wiatraków
.Lasy Państwowe zamierzają postawić w lasach w całej Polsce 2,5 tys. turbin wiatrowych do produkcji energii elektrycznej. Będą to duże systemy o mocy zainstalowanej 6-7 MW każdy. Ich maszty będą miały wysokość 250 m, same wiatraki będą pracować 50 m nad koronami drzew. W trzech nadleśnictwach powstaną pilotażowe farmy mające do dziesięciu takich turbin każda. Inwestycje są realizowane w ramach projektu „Las Energii”, zainicjowanego przez Lasy Państwowe jeszcze w 2021 r.
W 2021 r., jeszcze za rządów PiS, w Lasach Państwowych zainicjowano projekt rozwojowy „Las Energii”. Jego deklarowanym celem jest przeciwdziałanie zmianom klimatu poprzez redukcję emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Ma to się odbyć poprzez produkcję energii ze źródeł odnawialnych (OZE) i doprowadzenie do samowystarczalności energetycznej Lasów Państwowych. Nie jest to pierwszy romans LP z OZE, bo wcześniej, w latach 2017–2020 realizowano projekt „Odnawialne źródła energii podstawą zaopatrzenia w energię elektryczną budynków i środków transportu PGL Lasy Państwowe”. W jego ramach przeprowadzono termomodernizacje budynków LP, ale także zakupiono flotę drogich samochodów elektrycznych, nieprzeznaczonych do jazdy w terenie. Spotkało się to z głosami krytyki, szczególnie jeśli chodzi o koszty. W ramach projektu „Las Energii” LP rozbudowują flotę samochodów elektrycznych, w tej chwili użytkują ich już kilkadziesiąt. Planowana jest także budowa ponad czterystu stacji ładowania, a także farm wiatrowych i fotowoltaicznych. W 2023 r. produkcja energii we własnych instalacjach LP, przede wszystkim fotowoltaicznych, wyniosła 3,3 GWh.
Zgodnie z porozumieniem paryskim Polska musi wypełniać cele międzynarodowej polityki klimatycznej. Istotnym elementem tzw. budżetu węglowego kraju jest wielkość pochłaniania węgla przez polskie lasy. Niestety, najnowsze wyniki inwentaryzacji lasów wskazują, że możliwości lasów pod tym względem maleją i już niedługo z pochłaniacza węgla staną się one jego emitentem netto. Użycie gruntów leśnych jako lokalizacji dla farm wiatrowych jest pomysłem na alternatywny sposób, w jaki lasy mogłyby się przyczynić do osiągania celów polityki klimatycznej. Szacunki LP mówią, że 1 ha lasu jest w stanie pochłonąć 5 ton CO2 w ciągu roku, a jedna turbina wiatrowa pozwala uniknąć rocznie takiej emisji, jaka musiałaby być pochłaniana przez ok. 2,5 tysiąca hektarów lasów przez 12 miesięcy.
Pierwszy projekt pilotażowy energii wiatrowej ma doprowadzić do zainstalowania w lasach 240 MW mocy. Docelowo mówi się o 2,5 tysiąca turbin wiatrowych o mocy 6-7,2 MW każda, co dałoby moc zainstalowaną 15-18 GW. Projekt ma być realizowany z firmą Eurowind Energy, instalowane mają być wiatraki produkcji Vestas lub Siemens Gamesa.
Turbina wiatrowa o mocy podobnej do planowanych w polskich lasach ma spore rozmiary. Pojedyncza łopata ma ponad 75 metrów długości i waży 25 ton. Gondola z generatorem, przekładniami i serwomechanizmem kierunkującym waży przynajmniej 130 ton. Jest ona zawieszona na wieży o wysokości 250 m. Turbiny wiatrowe instalowane na terenach leśnych mają szczególnie wysokie wieże, gdyż wirniki muszą pracować znacznie ponad koronami drzew.
W systemach o mocy planowanej do instalacji w Lasach Państwowych całkowita masa turbiny sięga 1,5 kilotony. Jest ona zbudowana w około 80 proc. ze stali, reszta to polimery zbrojone włóknami węglowymi i szklanymi, aluminium, miedź oraz płyny i smary. Fundament jest zwykle okrągły lub ośmiokątny, o średnicy 25-35 m, z betonu zbrojonego. Trzeba nań zużyć 4 do 6 tysięcy metrów sześciennych betonu, może ważyć od 9 do 14 kiloton. Na słabszych glebach stosuje się dodatkowe pale wspierające.
Poza zestawem turbin typowa lądowa farma wiatrowa wymaga szeregu dodatkowych inwestycji. Budowane są drogi dojazdowe do transportu elementów turbin, ciężkich maszyn i sprzętu konserwacyjnego, a także wzmocnione platformy pod dźwigi w bezpośredniej bliskości wieży. Infrastruktura elektryczna składa się z lokalnej podstacji transformatorowej, kabli podziemnych oraz linii wysokiego napięcia łączących z siecią energetyczną. Instalowane są też systemy sterujące turbinami oraz stacje meteorologiczne mierzące prędkość wiatru, kierunek, temperaturę i inne czynniki środowiskowe, używane do optymalizacji wydajności turbin.
Link do tekstu: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/andrzej-talarczyk-las-wiatrakow-las-energii/
PAP/ LW