Rozgrzebane mrowisko w Davos [Maciej RUCZAJ]

rozgrzebane mrowisko

Każdy z nas chyba kiedyś widział świeżo rozgrzebane mrowisko; zorganizowana całość dotknięta nieoczekiwanym szokiem, zdezorientowane owady biegające szybko we wszystkie strony. Być może to tylko chaos, a być może tworzy się już zalążek nowego mrowiska. Tak właśnie wygląda ostatnio światowa polityka. Nie pomogło nawet to, że w ostatnich dniach większość światowych przywódców zebrała się w jednym miejscu – na Światowym Forum Ekonomicznym w szwajcarskim Davos. Amerykańska analityk Zineb Ribuoa opisała swoje wrażenia z forum jako biblijną Wieżę Babel tuż po tym, jak Bóg „pomieszał ludziom języki”.

Ameryka Trumpa wciąż nadaje tempo wydarzeniom

.Nagłówki mediów brzmiały apokaliptycznie: „świat, jaki znaliśmy, już nie istnieje”, międzynarodowy „porządek oparty na wartościach” zniknął, nadchodzi era brutalnej siły i gry mocarstw – co uwypukliła eskalacja sporu o Grenlandię tuż przed rozpoczęciem Forum. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz rozpoczął swoje przemówienie od wizji „ruchów tektonicznych” na arenie światowej i „starego porządku, który rozpada się w zawrotnym tempie”.

Chyba jedyna jednoznaczna obrona dotychczasowego porządku międzynarodowego i globalizacji wybrzmiała z ust wicepremiera Chińskiej Republiki Ludowej. „Świat nie może powrócić do prawa dżungli, gdzie silniejszy pożera słabszego” – oświadczył. Chiny są zadowolone ze świata takim, jakim jest – co nie jest zaskakujące, ponieważ są one największym beneficjentem globalizacji. Świadczy o tym również ich nadwyżka handlowa za ubiegły rok, która osiągnęła historyczny, rekordowy poziom 1,2 biliona dolarów.

Amerykanie i Europejczycy mówili o zmianie i nowej rzeczywistości, ale zupełnie innym tonem. Z głosu „nie-trumpowskiego Zachodu” dało się wyczuć niepokój, a nawet strach, choć maskowany wezwaniami do jedności i deklaracjami odwagi w stawianiu czoła wyzwaniom. Natomiast ze strumienia świadomości Trumpa, którego nie powstydziłby się James Joyce, wyłoniła się wyraźnie wyrażona nadzieja: „Żyjemy w niesamowitych czasach, czasach zmian. I musimy wykorzystać ten czas”.

Nic dziwnego. Pomimo pozornego chaosu i karuzeli zmian nastrojów i opinii, Ameryka Trumpa nie tylko zdecydowała się rozgrzebać mrowisko, ale także nadal nadaje tempo wydarzeniom. Trump nie ukrywa również celów swoich działań, sformułowanych w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego i skonkretyzowanych w Strategii Obrony Narodowej, opublikowanej przez Pentagon tuż po zakończeniu Forum. Jest to wizja świata, w którym Stany Zjednoczone muszą wziąć pod uwagę pojawienie się na scenie globalnej pierwszego od upadku Związku Radzieckiego konkurenta, jakim są Chiny.

Magicznym słowem-kluczem nowej strategii, jak wskazuje analityk Wess Mitchell w Foreign Policy, jest „konsolidacja”. Na froncie wewnętrznym konsolidacja oznacza, oprócz ogromnych inwestycji w zbrojenia, przede wszystkim koniec globalizacji, koniec świata, który charakteryzował się wiarą, że sukces osiąga się poprzez „import towarów i migrantów” oraz „eksport” własnych zdolności przemysłowych do krajów poza światem zachodnim. Na zewnątrz charakteryzuje się potwierdzeniem dominacji na półkuli zachodniej (Kanał Panamski, Wenezuela, Grenlandia, jutro być może Kuba) oraz ograniczeniem zobowiązań w obszarach mniej istotnych z punktu widzenia głównego konfliktu, czyli na przykład w Europie.

Kiedy popychasz zbyt mocno

Ograniczenie zobowiązań wiąże się z koniecznością „konsolidacji sojuszników” – „Sojusznicy mają zasadnicze znaczenie dla powodzenia całej strategii nie tylko dlatego, że biorą na siebie większą część ciężaru bezpieczeństwa w swoich regionach, ale także ze względu na konieczność agregacji populacji, bogactwa i innowacji w długoterminowym wyścigu technologicznym i przemysłowym” z Chinami, pisze Mitchell. Kroki administracji Trumpa wobec krajów sojuszniczych charakteryzuje następnie jako „mocne popchnięcie” w kierunku pożądanej zmiany polityki, która ostatecznie ma wzmocnić pozycję całego Zachodu, oczywiście pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych.

„Chcemy silnego i zjednoczonego Zachodu” – oświadczył Trump w Davos. Nie można jednak nie zauważyć, że jak dotąd wyniki „konsolidacji” prowadzonej w niepowtarzalnym stylu Trumpa i MAGA są dość dwuznaczne. Tak, to Trump, a nie Obama czy atak Rosji na Ukrainę, zmusiły resztę NATO do poważnego potraktowania kwestii bezpieczeństwa. Jednak jeśli spojrzymy na euforyczne przyjęcie, z jakim spotkało się przemówienie kanadyjskiego premiera Marka Carney‘a w Davos (i w całym liberalnym świecie), w którym domagał się wspólnego odrzucenia dyktatu mocarstwa (nie wymienił USA, ale wszyscy zrozumieli), oczywiste jest, że „twarde popchnięcie” przeradza się w coraz większą alienację Ameryki i reszty „kolektywnego Zachodu”.

.„Przemówienie, na które czekał świat”, „przemówienie, które przejdzie do historii” – tak brzmiały nagłówki mediów od Warszawy po Toronto. Polski lewicowy eurodeputowany Krzysztof Śmiszek wyraził ten dominujący nastrój liberalnej publiczności w następujący sposób: „Odważne przemówienie, bez chowania głowy w piasek w obliczu Trumpa, który niszczy dorobek naszej cywilizacji”. Premier Kanady zrobił bowiem to, czego wszyscy z niecierpliwością oczekiwali: przeciwstawił się imperialnej bezlitosności Trumpa, pokazał, że mamy nie tylko swoją godność, ale także siłę i nie damy sobie dyktować warunków. Wszystko to poparte moralnym autorytetem Václava Havla, którego esej „Siła bezsilnych” Carney umieścił w centrum swojej refleksji na temat konieczności „porzucenia życia w kłamstwie”. Stary liberalny porządek być może zniknął, ale jesteśmy wystarczająco silni, aby zbudować w świecie rywalizujących mocarstwami „elastyczne sojusze” oparte zarówno na wartościach, jak i pragmatyzmie, żeby uratować przynajmniej miniaturę dawnego liberalnego porządku, bańkę, w której nadal będziemy cieszyć się dobrym samopoczuciem wynikającym z moralnej wyższości.

W rzeczywistości przemówienie Carney‘a było dalekie od naiwności wielu jego liberalnych zwolenników. Wygląda raczej na część gry politycznej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami – państwami UE, Wielką Brytanią, Kanadą. W tej grze mamy teraz wiele mocnych słów i teatralnych gestów, które skrywają walkę o to, jak będą wyglądały stosunki transatlantyckie w przyszłości. Najlepszym atutem, jakim dysponują „mocarstwa średniej wielkości” – Kanada, Francja, Niemcy, Wielka Brytania – jest pokazanie Amerykanom, że nie są od nich zależne. Stąd gorączkowa aktywność na scenie dyplomatycznej: naciski Berlina i Brukseli na zawarcie za wszelką cenę umowy z Mercosurem, pielgrzymki do Chin, europejscy przywódcy stojący w kolejce do gabinetu prezydenta Modiego w New Delhi i umowa UE z Indiami. Sam Carney przyleciał do Davos z Pekinu, gdzie celebrował „strategiczne partnerstwo” Kanady z Państwem Środka.

Chiny wysyłają bowiem jasną ofertę w kierunku Europy i nie-trumpowskiej części Zachodu. Organ Komunistycznej Partii Chin, portal China Daily, opublikował podczas Forum artykuł redakcyjny, w którym stwierdza, że administracja Trumpa „obraża europejskie zdolności i ignoruje potencjał kontynentu do odgrywania roli niezależnej potęgi na arenie światowej”. Europa musi wykorzystać okazję, aby „wzmocnić swoją strategiczną autonomię” i – jakżeby inaczej – „zdywersyfikować partnerstwa”, aby osiągnąć zasłużone miejsce wśród wielkich tego świata. Tak więc przywołanie Havla w Davos było raczej przykrywką dla gry o władzę, której celem jest udowodnienie Waszyngtonowi, że „my też mamy alternatywę” – możliwość „zamiany sojuszów”, w której zamiast z USA będziemy współpracować z jego głównym rywalem, Pekinem.

Bezsilność bezsilnych

Według komentatorów ostatnich wydarzeń, takich jak Zineb Ribuoa, Velina Tchakarova czy znany historyk Niall Ferguson, kluczowa różnica w podejściu dwóch skłóconych części Zachodu polega na tym, że podczas gdy Stany Zjednoczone rozważają już powrót do pewnej formy zimnej wojny między dwoma supermocarstwami, a tym samym widzą konieczność „konsolidacji Zachodu”, to mocarstwom europejskim i Komisji Europejskiej nadal chodzi o świat globalizacji, w którym „porządek międzynarodowy” obejmuje również Chiny i ich sojuszników.

W tej grze Europa najwyraźniej nie gra jednak w jednej drużynie. Emmanuel Macron, zgodnie z francuską tradycją antyamerykanizmu, surfował na „chińskiej fali” i otwarcie ogłosił konieczność „jak największego otwarcia Europy na chińskie inwestycje”. Friedrich Merz był jednak znacznie bardziej umiarkowany; z zadowoleniem przyjął oznaki porozumienia w sprawie Grenlandii, a w swoim przemówieniu podkreślił wartość NATO i ogromną przewagę, jaką w grze mocarstwowej daje USA zaufanie i wsparcie sojuszników. Nieprzypadkowo zaraz po zakończeniu forum portal Politico ogłosił, że miejsce tradycyjnej osi Paryż–Berlin, która decydowała o kierunkach europejskiej polityki, zajmuje obecnie współpraca Merza z Giorgią Meloni. Oboje polityków łączy świadomość, że w konflikcie z Trumpem Europa może więcej stracić niż zyskać. Dla Merza fakt ten podkreśla z jednej strony zależność niemieckiej gospodarki od eksportu do Stanów Zjednoczonych a z drugiej – destrukcyjny wpływ, który na niemiecki przemysł wywierają w ostatnich latach Chiny. Przemówienie Merza było ponadto bardzo krytyczne wobec obecnego kształtu UE: „staliśmy się mistrzami świata w regulacjach” – stwierdził i wezwał do europejskiej wersji „wewnętrznej konsolidacji”.  

Jednak największy cios Europie zadał w Davos Wołodymyr Zełenski. Podczas gdy wielu Europejczyków w ostatnim roku zainwestowało sporo moralnego oburzenia do deklaracji o „zdradzie Ukrainy” przez Trumpa, Zełenski w swojej bezlitosnej krytyce europejskiej bezsilności był znacznie ostrzejszy niż amerykański prezydent i jego ludzie. Poszczególne cytaty nie wymagają zasadniczo komentarza. „Europa chętnie dyskutuje o przyszłości, ale unika podejmowania działań teraz”. „Dlaczego prezydent Trump może zatrzymywać tankowce (rosyjskiej) floty cieni, a Europa nie może?”. „NATO istnieje dzięki temu, że wszyscy wierzą, iż Stany Zjednoczone interweniują w razie potrzeby”. „Po co wysyłacie 40 żołnierzy na Grenlandię? Jakie przesłanie poprzez ten gest otrzymuje Putin, Chiny a przede wszystkim Dania, wasz sojusznik?”.

Oczywiście – również prezydent Ukrainy gra tutaj swoją grę. Nigdy nie miał problemu z dość obcesowym porzucaniem sojuszników w momencie, gdy ich nie potrzebował, jak się jakiś czas temu boleśnie przekonała Polska. W tej chwili Kijów najwyraźniej stawia na Stany Zjednoczone, ponieważ, jak to zwięźle ujął: „Europa potrzebuje jeszcze czasu, aby się wzmocnić. Ameryka jest bardzo silna teraz”.

Wszyscy grają na czas

Czas jest kluczową wartością, o którą toczy się gra w obecnym zamieszaniu na arenie międzynarodowej. Zełenski nie ma czasu, bowiem w przeciwieństwie do europejskich wirtualnych wojowników o Grenlandię – prowadzi prawdziwą wojnę i nie może czekać na zbudowanie „europejskigo mocarstwa”. Donald Trump w pewnym sensie również się spieszy – chce zmienić jak najwięcej, zanim dogonią go okoliczności wewnętrzne, czy to w postaci wyborów do Kongresu, czy coraz bardziej odczuwalnej polaryzacji społecznej w USA. Jednak sama strategia konsolidacji wymaga czasu – zbrojenie lub reindustrializacja to projekty na lata. Dlatego też prawdopodobne jest, że w najbliższym czasie będzie on szukał jakiejś formy napiętego modus vivendi ze swoim głównym przeciwnikiem, która zapewni Stanom Zjednoczonym przestrzeń na wewnętrzne i zewnętrzne wzmocnienie.

Na czas gra również Europa: z jednej strony chodzi oczywiście o czas potrzebny na uzupełnienie zaniedbanych przez dziesięciolecia zdolności wojskowych. Jak pisał niedawno Andrzej Krajewski, Friedrich Merz musi jednak również pilnie szukać natychmiastowego ratunku dla niemieckiego przemysłu, który po okresie długotrwałej stagnacji wszedł w fazę szybkiego spadku. Stąd bezpardonowość Niemiec w forsowaniu umowy z Mercosurem, nawet kosztem obejścia standardowych procedur, stąd pośpiech w zawieraniu kolejnych umów handlowych – przede wszystkim z Indiami. Warto zauważyć, że z te same powody, aby dać niemieckiej gospodarce chwilę wytchnienia, będą dyktować konieczność deeskalacji w stosunkach transatlantyckich.

Również Chiny nie widzą chyba potrzeby do pośpiechu, choć oczywiście nie widać zbytnio, co dzieje się „wewnątrz” reżimu, a świat jest obecnie zaniepokojony doniesieniami o szeroko zakrojonej czystce w kierownictwie armii. Pekin ma w ręku wiele atutów – przede wszystkim w dziedzinie gospodarki, gdzie bez problemu może szantażować zarówno Stany Zjednoczone, jak i Europę, co w ostatnim roku pokazywał coraz bardziej ostentacyjnie, zwłaszcza w kwestii metali ziem rzadkich. Jednocześnie musi kontynuować budowanie swoich zdolności wojskowych.

A co na to Europa Środkowa?

Natomiast nie ma czasu Rosja – która od czterech lat krwawi na Ukrainie i traci pozycje wybudowane na świecie, od Afryki przez Syrię po Kaukaz Południowy, a ponadto jest pod presją sytuacji gospodarczej i widma katastrofy demograficznej, która dotknie ją wcześniej niż jej rywali.  

To oczywiście otwiera pole do rozważań, jak w tej sytuacji powinny zachować się państwa wschodniego skrzydła NATO i UE. Spośród przedstawicieli wschodniego skrzydła NATO na Forum bardziej widoczni byli jedynie prezydenci Finlandii i Polski, Alexander Stubb i Karol Nawrocki. W przeciwieństwie do Carney‘a, którego Kanada przez długi czas była „czarnym pasażerem” NATO, z wydatkami na obronę często spadającymi poniżej 1% PKB, Finlandia i Polska podchodzą do bezpieczeństwa w sposób odpowiedzialny, a Stubb podkreślił nawet, że Finlandia jest gotowa poradzić sobie z ewentualną agresją Rosji. Dlatego żaden z nich nie podjął retoryki „rozwodu ze Stanami Zjednoczonymi”.

Nie chodzi tylko o racjonalną ocenę zdolności wojskowych Stanów Zjednoczonych i Europy, ale także o świadomość, że odejście „arbitra” w postaci Stanów Zjednoczonych natychmiast spowodowałoby wzrost wewnętrznej rywalizacji w Europie. Kluczowe zdanie z przemówienia Carney‘a: „Nie możemy żyć w kłamstwie wzajemnych korzyści płynących z integracji, jeśli integracja staje się źródłem naszej podległości” brzmi zupełnie inaczej, gdy wypowiada je premier Kanady lub prezydent Francji, a zupełnie inaczej na peryferiach Unii Europejskiej, które coraz bardziej niepokoi status podwykonawcy niemieckiego regionalnego hegemona.

Nie Havel, ale Tukidydes

W polskiej debacie ostatnich tygodni szczególną popularnością cieszy się fraza „strefa zgniotu” – pojęcie z dziedziny technologii motoryzacyjnej, które oznacza tę część karoserii, która w razie zderzenia ma ulec deformacji, aby ograniczyć uszkodzenia istotniejszych części pojazdu. Spojrzenie ze „strefy zgniotu” Europy na oburzenie wywołane polityką Trumpa jest zupełnie inne niż spojrzenie z bezpiecznego wnętrza pojazdu.

Pomimo czeskiego entuzjazmu związanego z „aktualizacją” myśli Václava Havla podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, znacznie ważniejszym „duchowym patronem” spotkania był ostatecznie Tukidydes. Carney rozpoczął swoje przemówienie właśnie cytatem z ateńskiego historyka: „silni robią, co mogą, słabi znoszą, co muszą znosić”. Warto przypomnieć również inny fragment słynnego dialogu z Melos, w którym Ateńczycy przekonują mieszkańców wyspy Melos, że nie pozostaje im nic innego, jak tylko podporządkować się silniejszym. Mieszkańcy Melos powołują się na swoją neutralność w trwającym konflikcie, a gdy to nie zadziała, na więzy rodzinne ze Spartą, która z pewnością przyjdzie im z pomocą. „Wydaje nam się, że jesteście jedynymi ludźmi na świecie, którzy bardziej polegają na przyszłości niż na teraźniejszości, kierują się własnymi pobożnymi życzeniami i traktują rzeczy niepewne jako rzeczywistość” – odpowiedzieli Ateńczycy. „Tym większe będzie wasze rozczarowanie”.

Maciej Ruczaj
Tekst ukazał się pierwotnie w czeskim tygodniku „Echo”.

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 4 lutego 2026