Zamach w Delhi. Narendra Modi chce znalezienia winnych

Zamach w Delhi

Osoby winne wybuchu samochodu w Delhi, w którym zginęło osiem osób, zostaną pociągnięte do odpowiedzialności – oświadczył premier Indii Narendra Modi. Policja poinformowała, że dochodzenie prowadzone jest na podstawie prawa antyterrorystycznego.

Służby mają „dotrzeć do sedna spisku”

.Narenda Modi, przebywający z wizytą w Bhutanie, oświadczył, że „sprawcy tej zbrodni nie zostaną oszczędzeni” i że władze „dotrą do sedna tego spisku”.

Minister spraw wewnętrznych Amit Shah powiedział, że śledczy analizują wszystkie możliwe scenariusze i wkrótce ustalą przebieg wydarzeń. Według funkcjonariuszy cytowanych przez agencję Associated Press trwa analiza nagrań z kamer monitoringu, a eksperci badają materiały użyte w eksplozji.

Zamach w Delhi miał miejsce 10 listopada

.Policja prowadzi w tej sprawie śledztwo na podstawie ustawy o bezprawnych działaniach, która daje służbom szerokie uprawnienia w przypadkach podejrzenia terroryzmu.

Zamach w Delhi miał miejsce 10 listopada wieczorem w historycznym centrum Delhi, w pobliżu Czerwonego Fortu – jednej z najważniejszych atrakcji turystycznych miasta. Eksplozja spowodowała śmierć co najmniej ośmiu osób i raniła około 20. Siła wybuchu była tak duża, że niektóre pojazdy w okolicy także stanęły w płomieniach.

W reakcji na to zdarzenie wzmocniono środki bezpieczeństwa w stolicy Indii, ale też w innych częściach kraju, w tym w Bombaju, oraz na dworcach kolejowych i lotniskach.

O Wschodzie. Indie

.Jakkolwiek absurdalną jest próba wyjaśnienia na paru stronach istoty odwiecznych wierzeń i praw rządzących kontynentem, wydaje się potrzebna, by uważniej spojrzeć na nieliczne ocalałe fotografie – pisze Marcin KYDRYŃSKI

Po raz pierwszy zobaczyłem Indie w Afryce. Ktokolwiek mieszkał w dawnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, zna dobrze tę scenę. Sobotni wieczór nad Oceanem Indyjskim. W lepkim powietrzu Dar es Salaam smuży zapach oceanu i curry, dymu i diesla. Wiatr przynosi je na przemian, splata ze sobą na chwilę i porywa dalej. Wzdłuż wybrzeża zaparkowane setki samochodów. Te wozy bywają nowe, drogie i czyste. Na maskach, bagażnikach i we wnętrzach aut trwa osobliwy, niezmienny od dziesięcioleci rytuał. Nocny piknik afrykańskich Hindusów, którzy gwarząc, paląc, jedząc, a nade wszystko izolując się od innych plemion Afryki, patrzą na swój stary kraj. Ten obraz zostanie w mojej pamięci na zawsze. Mnogość wielobarwnych, motylich postaci w świetle ognia i gasnącego słońca. Stoją na plaży i patrzą na morze, za którym przed laty zostawili swoje domy i rodziny, by przyjechać do Afryki i nadzorować budowę wielkiej kolei. Tej samej, która dziś prowadzi z Mombasy do Ugandy, w krwawe wnętrzności lądu.

– Ciekawa jestem, jak się panu spodoba mój kraj – zagadnęła gdzieś w okolicy Annapurny siedząca obok mnie kobieta.

Lecieliśmy z Londynu do Ćennaju, a pod nami w świetle świtu ogromniały szczyty Himalajów.

– Indie są tak inne – mówiła do mnie dalej Mina, chirurg szczękowy z Filadelfii, rocznik 1962. Leciała na ślub swojego brata.

– Brat z Ćennaju? – pytam.

– My wciąż nazywamy to miasto Madras. Nie, mieszka w Londynie. W Madrasie mamy rodzinę. Ten ślub gromadzi nas ze wszystkich kontynentów. To będzie oszałamiająca uroczystość. Widział pan kiedyś Hindu wedding?

Kiedy w Indiach rodzi się człowiek, w tej samej chwili, u zarania życia, zapada decyzja, która określa jego los. Czy mianowicie jest Hindu. Czy dołącza do kręgu wyznawców hinduizmu lub – by ująć rzecz precyzyjniej – jednego z licznych hinduizmów, a tym samym włącza się w system kastowy.

Ta religia, której historia sięga tysięcznych lat przed narodzeniem Chrystusa, nie ma jednej twarzy. Stąd dla przybysza z daleka nieuchronnie wydaje się chaotyczna, nie do ogarnięcia. Jednocześnie konfrontacja z duchowością subkontynentu jest nieunikniona, bowiem religia przenika tam każdą sferę życia. Mircea Eliade był dwudziestolatkiem, gdy przyjechał do Kalkuty studiować święte księgi. Został trzy lata, przewędrował cały kontynent. I kiedy akurat stawał się jednym z najwybitniejszych indologów dwudziestego stulecia, zanotował w swoim Dzienniku indyjskim:

Gdy czytam Kierkegaarda, Bergsona czy Szestowa, nadążam za nimi swobodnie, jakbym sam już dawno wpadł na ich subtelne i fascynujące przemyślenia. Filozofia indyjska – a, to całkiem inna historia. Obcując z nią, człowiek ma ochotę walnąć pięścią w stół, porzucić wszystko i uciec daleko od świata, mówiąc sobie: zrozum lub zdechnij!

Ryszard Kapuściński swoje pierwsze spotkanie z Indiami ujął lapidarnie: rozpacz ignorancji, bezbronność niewiedzy, kalectwo nieznajomości języka. Reporter chodził ulicami miast i czuł się przytłoczony ciężarem nadmiaru. W każdej dziedzinie nieskończoność bogów, mitów, wierzeń i języków, ras i kultur. We wszystkim i wszędzie, gdzie spojrzeć i o czym pomyśleć zaczyna się ta o zawrót głowy przyprawiająca nieskończoność – pisał w Podróżach z Herodotem. Zanotował jeszcze jedną uwagę, którą ja, na lata zanim mistrz napisał tę książkę, usłyszałem od Tomasza Tomaszewskiego, Nauczyciela, myśliciela fotografii. Powiedział mi, gdy wyjeżdżałem do Indii:

– Niech pan się przygotuje możliwie jak najlepiej. Zobaczy pan bowiem tylko to, co będzie pan umiał nazwać.

Nie miałem czasu. Pospiesznie robiłem notatki z paru książek, ale cokolwiek przeczytałem w dniach nerwowych przygotowań do wyprawy, nie przygotowało mnie na to spotkanie. Ignorant, którym byłem, nie skłonił głowy w pokorze. Nie wszedł w głąb. Raczej odniósł wrażenie – i naumyślnie piszę o sobie, dwudziestoparoletnim, w trzeciej osobie, z rezerwą i współczuciem – że otaczają go dzieci. Był przekonany, że świat, w który przeniknął, został wieki temu dotknięty epidemią nieuleczalnego infantylizmu. Widział, jak dorośli ludzie składają ofiary wizerunkom wielorękich efebów o błękitnej skórze, jak biją pokłony przed ołtarzem uczłowieczonego słonia, jak oddają hołd małpie w królewskiej szacie. Zaiste, umiałem to nazwać: dziecinada. Zabrakło mi wiedzy, ale i wyobraźni.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/marcin-kydrynski-o-wschodzie-indie/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 listopada 2025