Marcin KYDRYŃSKI: O Wschodzie. Indie

O Wschodzie. Indie

Photo of Marcin KYDRYŃSKI

Marcin KYDRYŃSKI

Radiowiec, wędrowiec, fotograf, producent płytowy, organizator koncertów i festiwali. Od 1992 roku podróżuje po Afryce. Publikował m.in. w „National Geographic”, „Vivie” i w „Kontynentach”. Autor książek: „Upadek jest Formą Lotu: Metro Na Broadwayu” (1993), „Chwila Przed Zmierzchem” (1996) „Pod Słońce” (1999) „Lizbona. Muzyka Moich Ulic” (2013).

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Jakkolwiek absurdalną jest próba wyjaśnienia na paru stronach istoty odwiecznych wierzeń i praw rządzących kontynentem, wydaje się potrzebna, by uważniej spojrzeć na nieliczne ocalałe fotografie – pisze Marcin KYDRYŃSKI

.Po raz pierwszy zobaczyłem Indie w Afryce. Ktokolwiek mieszkał w dawnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, zna dobrze tę scenę. Sobotni wieczór nad Oceanem Indyjskim. W lepkim powietrzu Dar es Salaam smuży zapach oceanu i curry, dymu i diesla. Wiatr przynosi je na przemian, splata ze sobą na chwilę i porywa dalej. Wzdłuż wybrzeża zaparkowane setki samochodów. Te wozy bywają nowe, drogie i czyste. Na maskach, bagażnikach i we wnętrzach aut trwa osobliwy, niezmienny od dziesięcioleci rytuał. Nocny piknik afrykańskich Hindusów, którzy gwarząc, paląc, jedząc, a nade wszystko izolując się od innych plemion Afryki, patrzą na swój stary kraj. Ten obraz zostanie w mojej pamięci na zawsze. Mnogość wielobarwnych, motylich postaci w świetle ognia i gasnącego słońca. Stoją na plaży i patrzą na morze, za którym przed laty zostawili swoje domy i rodziny, by przyjechać do Afryki i nadzorować budowę wielkiej kolei. Tej samej, która dziś prowadzi z Mombasy do Ugandy, w krwawe wnętrzności lądu.

– Ciekawa jestem, jak się panu spodoba mój kraj – zagadnęła gdzieś w okolicy Annapurny siedząca obok mnie kobieta.

Lecieliśmy z Londynu do Ćennaju, a pod nami w świetle świtu ogromniały szczyty Himalajów.

– Indie są tak inne – mówiła do mnie dalej Mina, chirurg szczękowy z Filadelfii, rocznik 1962. Leciała na ślub swojego brata.

– Brat z Ćennaju? – pytam.

– My wciąż nazywamy to miasto Madras. Nie, mieszka w Londynie. W Madrasie mamy rodzinę. Ten ślub gromadzi nas ze wszystkich kontynentów. To będzie oszałamiająca uroczystość. Widział pan kiedyś Hindu wedding?

Kiedy w Indiach rodzi się człowiek, w tej samej chwili, u zarania życia, zapada decyzja, która określa jego los. Czy mianowicie jest Hindu. Czy dołącza do kręgu wyznawców hinduizmu lub – by ująć rzecz precyzyjniej – jednego z licznych hinduizmów, a tym samym włącza się w system kastowy.

Ta religia, której historia sięga tysięcznych lat przed narodzeniem Chrystusa, nie ma jednej twarzy. Stąd dla przybysza z daleka nieuchronnie wydaje się chaotyczna, nie do ogarnięcia. Jednocześnie konfrontacja z duchowością subkontynentu jest nieunikniona, bowiem religia przenika tam każdą sferę życia. Mircea Eliade był dwudziestolatkiem, gdy przyjechał do Kalkuty studiować święte księgi. Został trzy lata, przewędrował cały kontynent. I kiedy akurat stawał się jednym z najwybitniejszych indologów dwudziestego stulecia, zanotował w swoim Dzienniku indyjskim:

Gdy czytam Kierkegaarda, Bergsona czy Szestowa, nadążam za nimi swobodnie, jakbym sam już dawno wpadł na ich subtelne i fascynujące przemyślenia. Filozofia indyjska – a, to całkiem inna historia. Obcując z nią, człowiek ma ochotę walnąć pięścią w stół, porzucić wszystko i uciec daleko od świata, mówiąc sobie: zrozum lub zdechnij!

Ryszard Kapuściński swoje pierwsze spotkanie z Indiami ujął lapidarnie: rozpacz ignorancji, bezbronność niewiedzy, kalectwo nieznajomości języka. Reporter chodził ulicami miast i czuł się przytłoczony ciężarem nadmiaru. W każdej dziedzinie nieskończoność bogów, mitów, wierzeń i języków, ras i kultur. We wszystkim i wszędzie, gdzie spojrzeć i o czym pomyśleć zaczyna się ta o zawrót głowy przyprawiająca nieskończoność – pisał w Podróżach z Herodotem. Zanotował jeszcze jedną uwagę, którą ja, na lata zanim mistrz napisał tę książkę, usłyszałem od Tomasza Tomaszewskiego, Nauczyciela, myśliciela fotografii. Powiedział mi, gdy wyjeżdżałem do Indii:

– Niech pan się przygotuje możliwie jak najlepiej. Zobaczy pan bowiem tylko to, co będzie pan umiał nazwać.

Nie miałem czasu. Pospiesznie robiłem notatki z paru książek, ale cokolwiek przeczytałem w dniach nerwowych przygotowań do wyprawy, nie przygotowało mnie na to spotkanie. Ignorant, którym byłem, nie skłonił głowy w pokorze. Nie wszedł w głąb. Raczej odniósł wrażenie – i naumyślnie piszę o sobie, dwudziestoparoletnim, w trzeciej osobie, z rezerwą i współczuciem – że otaczają go dzieci. Był przekonany, że świat, w który przeniknął, został wieki temu dotknięty epidemią nieuleczalnego infantylizmu. Widział, jak dorośli ludzie składają ofiary wizerunkom wielorękich efebów o błękitnej skórze, jak biją pokłony przed ołtarzem uczłowieczonego słonia, jak oddają hołd małpie w królewskiej szacie. Zaiste, umiałem to nazwać: dziecinada. Zabrakło mi wiedzy, ale i wyobraźni.

Elektryczny wróżbita,
Madras, Indie,
18 lutego 1997
Osian, pustynia Thar, Indie, 28 marca 1997
Fabryka glinianych figurek Ganeśi,
Kalkuta, Indie,
21 lutego 1997
Mahabalipuram, Indie, 17 lutego 1997
Rybak na swojej sieci,
Madras, 18 lutego 1997
Dźajpur, Indie,
marzec 1997
Madras, 18 lutego 1997
Pasja krykieta, Madras,
14 lutego 1997
Święto Holi, Udajpur, Indie, marzec 1997
Madras, luty 1997

.Od początku zatem. Jakkolwiek absurdalną jest próba wyjaśnienia na paru stronach istoty odwiecznych wierzeń i praw rządzących kontynentem, wydaje się potrzebna, by uważniej spojrzeć na nieliczne ocalałe fotografie.

To my nazwaliśmy duchowość Indii hinduizmem. W sanskrycie opisuje je sformułowanie sanatana dharma, co można przełożyć jako „wieczna prawość”. W odróżnieniu od innych wielkich religii hinduizm nie został stworzony przez postać historyczną, jak Chrystus czy Mahomet. Nie zna proroków. Półtora tysiąca lat przed pojawieniem się pierwszego ze wspomnianych przewodników duchowych lud Ariów z Bliskiego Wschodu przywędrował na tereny dzisiejszych Indii. Społeczność agresywna i bitna, by się skonsolidować, wzrosnąć w siłę i skutecznie zwyciężać miejscowe rozproszone plemiona, potrzebowała wewnętrznej hierarchii. Nie tyle siłą argumentu, co argumentem siły wykształcili Ariowie we własnych szeregach struktury porządkujące ich życie i losy. Nazwali je warnami.

Cztery warny, które (co zarazem zdumiewające i znamienne, przetrwały do czasów współczesnych) to kolejno, w pewnym uproszczeniu: śudrowie – słudzy; wajśjowie – rzemieślnicy i rolnicy; kszatrijowie – wodzowie armii i, powiedzielibyśmy dziś, politycy. Wreszcie na szczycie hierarchii, co nietrudno przewidzieć i zrozumieć: bramini – duchowieństwo, kapłani, najbliżsi świętości. Ci, którzy ustanawiają moralne prawa, decydują o potępieniu. Jedyni, którym dostępna jest Wiedza. Jedyni, którzy godni są sprawować kult bogów. Po prawdzie to nawet bogowie powinni być im posłuszni, a co dopiero władcy ziemscy.

Stworzono system sprawowania trwałej władzy, który sprawdza się doskonale do dzisiaj, przecież nie tylko w Indiach, czego dowodem na przykład pozycja polskiego kleru. Każda z warn dzieli się na trudne do zliczenia liczby kast. Poszukując odpowiedników w kulturze Zachodu, można je przyrównać do cechów rzemieślniczych.

Dharma znaczy prawo, powinność. Ale też jedyny właściwy sposób, porządek życia. Duchowieństwo nie życzy sobie, żeby władca przejmował kompetencje i przywileje kapłana. Dowódcy armii nie pozwolą, by im rolnik zabronił obozowania na jego polu. Obszarnik, by zebrać plon, potrzebuje pracowników, sług. W tej tradycji, od tysięcy lat do dzisiaj, każdy ma swoje miejsce. Istnieje wyższa konieczność, w myśl której człowiek winien wiernie pełnić obowiązki swej warny. Swojej kasty.

Księga, która dla mieszkańców kontynentu stanie się świętym pismem, powie o tym wprost: Lepsza własna powinność, choć niedoskonała, od cudzej powinności, choć wspaniałą się zdaje. Na własnej drodze nawet śmierć jest dobrem, a cudza droga pełna jest niebezpieczeństw. Innymi słowy: nie ma ucieczki od losu, którego doświadczyłeś, przychodząc na świat w precyzyjnie ustalonym systemie. Jeśli bowiem urodziłeś się jako syn przyszywacza guzików, to z radością i dumą będziesz te guziki przyszywał całe swoje życie, ty i twoje potomstwo aż po kres czasu.

W końcu jednak nawet i przyszywacz guzików musi mieć kogoś, kto mu opróżni latrynę, kto mu podwórko oczyści z padliny, kto jego zafajdane pludry upierze. Najeźdźcy, w swoim pojęciu nadludzie, i o tym pomyśleli, tworząc system. Po prostu wykluczyli z niego ludy podbite. Ciemnoskórych, rdzennych mieszkańców regionu, Drawidów. Wyrzucono ich poza nawias społeczny. Stali się niedotykalni. Tak dalece, że nawet ich cień nie może musnąć ciała bramina.

V.S. Naipaul, jakkolwiek sam urodzony na Trynidadzie w rodzinie zamożnych braminów, podczas wędrówek po kraju przodków doświadczał podobnych sytuacji. Pisał później w Indie. Miliony zbuntowanych, że system kastowy jeszcze w końcu dwudziestego stulecia był tak skostniały, iż cień osoby z niższej warny nie powinien paść nawet na talerz z jedzeniem osoby z warstwy wyższej. Gdyby tak się zdarzyło, biesiadnik musiał natychmiast wstać i nie kończąc posiłku, opuścić wnętrze.

Jeszcze w czasach moich wędrówek po Indiach kasty wyższe kąpały się w górze rzeki, jako pierwsze. Kasty niższe później, w dole rzeki. Chłopcy z niższych kast nie mogli siedzieć w klasie, tylko na zewnątrz. Nauczyciel, chcąc ich ukarać, nie mógł dotknąć ich ciała, co właściwie powinno napawać otuchą. Kary jednak wymierzano i polegały na obrzucaniu ciężkimi przedmiotami, swoistym, na szczęście nie śmiertelnym, kamienowaniu. Nie można było jeść posiłku przygotowanego przez kogoś z niższej kasty. Bramin mógł podejmować w swym domu jedynie szlachetnych gości. Lista postaci wykluczonych z biesiady, jaką podaje święty traktat Manusmryti ciągnie się na wielu stronach. Zrozumiałe zatem, że do stołu nie siądzie:

Jednooki i kto w domu
Toleruje gacha żony. (…)
I podpalacz i truciciel
Oraz ten, którego żywi syn kobiety, co niewierna.

Wyjątkowo niemile widziany jest ten:

Kto ma psiarnię i sokolnik
I ten, co dziewice gwałci.

Trudno się nie zgodzić zwłaszcza z ostatnią z tych decyzji, ale Manu nakazuje także, aby:

Epileptyk i cierpiący
Na skrofuły i białaczkę,
Donosiciel i lunatyk,
Ślepiec oraz krytyk Wedy
Oby byli wykluczeni.

Zestawienie obok siebie donosiciela z chorym na białaczkę, podobnie jak gwałciciela dziewic z sokolnikiem wydaje się cokolwiek niesprawiedliwe. Ale nie ma czasu, by dłużej rzecz tę rozważać, bo już należy baczyć, aby wśród gości nie znalazł się przypadkowo:

Ten, kto z astrologii żyje
Także ten, co tuczy ptaki,
I kto wojowania uczy. (…)
Kto na słoniowatość cierpi (…)
Mąż rozwódki, karawaniarz –
Trza się wszystkich tych wystrzegać dokładając wszelkich starań.

Obowiązują restrykcyjne przepisy dotyczące tego, o jakiej porze można wieczerzać, w którą stronę się zwrócić podczas jedzenia i kto komu może usługiwać.

Gdy ktoś je z nakrytą głową
Lub zwrócony na południe
Gdy sandały ma na nogach
To demony karmi wtedy.

Ponadto kwestią elementarnej etykiety jest nakaz następujący:

Nietykalny, dzik, pies, kogut
I niewiasta, co ma okres
Oraz eunuch niech nie patrzą
Na braminów ucztujących.

Podczas uczty nie ma wątpliwości, ile komu wolno przełknąć. Święte pisma wyrażają się w tej kwestii jasno. Myśliciele, którzy nie pracują fizycznie, zjeść mogą ledwie kilka ziarenek ryżu.

Szczególne upokorzenie czeka jednak tego, a właściwie przodków śmiałka, który:

(…) jadło zjadł zaduszne
I w tym samym dniu z śudrzynką
Razem legnie w jednym łożu
Niech wie, że przodkowie jego
W kale jej miesiąc przeleżą.

Jaka dokładnie jest logistyka tego długiego, wonnego wypoczynku w zaświatach, pozostaje niejasne.

Ciekawe, że w wyniku takich podziałów w Indiach etyka nigdy nie jest egalitarna. Co bowiem stanowi cnotę bramina – na przykład czytanie świętych ksiąg – jest grzechem dla śudry. Ten z kolei może na przykład napić się alkoholu, co w życiu bramina nie ma prawa się zdarzyć.

Jak każdy najeźdźca, tak i Ariowie niszczyli na swojej drodze dawną kulturę, ale im szli dalej w głąb kraju, wraz z upływem lat sami ulegali wpływom pradawnych wierzeń, niknących w mroku dziejów. Efektem tego przenikania się kultur jest najstarsza postać hinduizmu, wedyzm. Mniej więcej tysiąc lat przed Chrystusem.

Weda to wiedza. Wedy zaś to księgi kodyfikujące tę wiedzę, spisywane rzecz jasna przez braminów, którzy wszelako budowali mity wokół powstawania swych pism. Miały być dyktowane przez boga stworzyciela, co przejęła później tradycja chrześcijańska choćby w micie o dziesięciu przykazaniach czy islam w idei Koranu. Pierwsi bogowie wedyjscy byli nieśmiertelnymi istotami, które uosabiały wielkie siły natury. Z czasem wyodrębniały się w tym panteonie bóstwa niejako metaforyczne, abstrakcyjne.

Tak powstała idea absolutu, Brahmana, sedna wszechświata. I atmana – duszy wspólnej wszystkim istotom, rozumianej jako jaźń, która w każdej żywej postaci jest odwieczna i niezmienna. Jest jakby okruchem Brahmana, boską cząstką, która wciela się we wszystko, co żyje.

Nie tylko w człowieka zatem?, ktoś spyta. Cóż, jakkolwiek hinduizm ma wiele twarzy, w tej kwestii akurat wszystkie jego wersje pozostają zgodne. Atman wciela się w kolejnych cyklach życia w różne ciała. Podlega prawu karmana, czyli przyczyny i skutku, prawa uczynku, który w zależności od tego, czy jest dobry czy zły, determinuje kolejne wcielenie duszy. Więcej, liczą się także intencje. Te ledwie co pomyślane, te najgłębiej skrywane. W zależności od tego, jakie podejmiemy działania, co pomyślimy, prowadzi nas to do nagrody lub kary. W tym lub w kolejnych wcieleniach.

Święte księgi są w tych kwestiach precyzyjne.

Morderca bramina wejdzie do łona psa, świni, osła, wielbłąda, kozy, owcy, jelenia lub ptaka. Bramin, który skradł złoto innemu braminowi (ale już na przykład nie komuś z niższej warny), przejdzie tysiąc razy przez ciało pająka; co jest wprawdzie karą dotkliwą, ale względnie krótkotrwałą. Tysiąc wcieleń w błotnego żółwia to dopiero byłaby niekończąca się udręka.

Ludzie, którzy zadawali rany, staną się mięsożernymi zwierzętami. Ci, którzy jedli zakazane pokarmy, staną się robakami. Złodzieje będą stworzeniami pożerającymi swoje własne dzieci. Za kradzież ziarna człowiek stanie się szczurem. Za kradzież konia będzie tygrysem, co, nawiasem mówiąc, wydaje się kuszące. Za kradzież owoców i korzeni stanie się osłem.

Za kradzież kobiety będzie natomiast niedźwiedziem. To chyba zanadto nie hańbi i wynika z niskiej pozycji kobiety w hinduizmie, czym zresztą ta religia nie różni się od katolicyzmu, judaizmu, a zwłaszcza islamu. Status kobiety bliski jest pozycji dziecka lub sługi, choć istnieje pojęcie kobiecego pierwiastka, śakti, niezbędnego do zachowania równowagi we wszechświecie. Znane są także w przedstawieniach absolutu postacie kobiece. Więcej, można mówić o swoistym parytecie, harmonii płci w wyobrażeniach Brahmana.

Tu dochodzimy do wspomnianej postaci o błękitnej skórze, której uwielbienie zdało mi się, profanowi, przed laty cokolwiek infantylne. Otóż hinduizm, będąc religią zdumiewająco elastyczną, pozbawioną dogmatów, swobodnie zezwala zarazem na głęboki filozoficzny namysł nad istotą wszechrzeczy, co częściej czynią ludzie światli, jak i na wielbienie absolutu w jego niezliczonych postaciach, co z kolei chętnie wybierają ludzie prości, bez wykształcenia.

Jeśli zatem ktoś woli formy materialne, tak mu bowiem jest łatwiej składać hołd transcedentalnej sile sprawczej wszechświata, dla niego na przestrzeni wieków tradycja hinduizmu sformułowała bogatą ofertę bóstw.

Święte księgi wspominają o trzystu trzydziestu milionach bogów i bogiń. Trudno tu nie solidaryzować się z rozpaczą Kapuścińskiego, który, jak zapewne ogromna większość przybyszów, z piszącym te słowa, a nawet wielkim Tiziano Terzanim na czele, czuł się zagubiony. Indie to przekleństwo i wyzwolenie, tworzenie i destrukcja, studnia bez dna. Ktoś niedostatecznie przygotowany traci tam grunt pod nogami – pisał włoski reporter.

Na początek zatem nie wolno nam zapomnieć, że tych z górą trzysta milionów bóstw to w istocie jeden absolut, tylko w niezliczonych postaciach. Tak jakby, co zresztą postulował pewien mędrzec, każdy Hindus mógł mieć swojego boga, a tym samym swoją odrobinę odmienną formę wiary. Zdaniem mędrca taki stan rzeczy, nie tylko w Indiach, ale najchętniej na całym świecie, ostatecznie zakończyłby konflikty religijne.

Większość Hindusów zgodzi się, że absolut najpełniej uosabia męska triada bogów. To Brahma, nawet imieniem najbliższy Brahmanowi – ten, który stwarza. Wisznu – ten, który zapewnia istnienie. I wreszcie Śiwa – niszczyciel.

Może wydawać się zaskakujące, że pan stworzenia, bóg niejako założycielski, Brahma, nie domaga się kultu. Nie ma nawet swoich świątyń. On tchnie pojedynczą boską energię i zamienia ją w wielość stworzenia, ale potem nie miesza się w sprawy ludzkie i zwierzęce. O tym, co stanie się dalej, decydują pospołu Wisznu i Śiwa. Stąd też wyraźny podział w społeczności Indii. Część wyznawców lubi myśleć o sobie: wisznuici i żyć w przekonaniu, że ich bóg, jako ten, który podtrzymuje istnienie świata, a w jego rękach spoczywają ludzkie losy, jest w istocie najważniejszy. Reszta społeczeństwa, śiwaici, przyjmuje tę myśl z szacunkiem, ale jest zdania, że raczej łaskawy Śiwa, ten, który jednocześnie przebywa w każdej żywej istocie, a zarazem poza nią, w całym wszechświecie; wreszcie, co równie istotne, odpowiedzialny jest za kres wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych, bardziej zasługuje na atencję i modlitwę.

Dla hinduizmu kluczowe jest to, że nie wyklucza. Akceptuje, wchłania i rozumie wiele odmiennych punktów widzenia.

Spacerując ulicami indyjskich miast wędrowiec nieustannie konfrontuje się z niebywale barwnymi, fantazyjnymi postaciami bóstw. W podstawowej orientacji pomaga mu elementarna znajomość tego swoistego bestiarium. Bogowie bowiem mają awatary. Postacie, w które wcielają się, by zaprowadzić porządek. Mogą to być zarówno ludzie, jak i zwierzęta, a nawet hybrydy.

Wisznu, zazwyczaj przedstawiany jako młodzieniec odpoczywający na wężu o tysiącu głów, nie ma problemu, by objawiać się ludziom pod postacią ryby, żółwia, dzika, pół człowieka, pół lwa, karła, księcia imieniem Rama czy pasterza imieniem Kryszna. Wiele mówi się o wcieleniu dziewiątym, w którym Wisznu pojawia się jako Budda. Niektórzy uważają, że w tym wcieleniu bóg postępuje wyjątkowo chytrze. Wystawia bowiem swoich wyznawców na próbę. Ci, którzy przyjmą słowa Buddy – oświeconego mędrca, proroka, zostaną jako zdrajcy hinduizmu potępieni i wykluczeni ze społeczności wiernych. Wreszcie wcielenie ostatnie, dziesiąte, to jeździec – jakżeby inaczej – na białym koniu, którego pojawienie się ma zwiastować koniec naszej ery. Według precyzyjnych obliczeń kapłanów stanie się to około roku 427 000. Jest więc jeszcze chwila, byśmy się, jako ludzkość, poprawili. Ale warto zacząć już dziś, bo ani się obejrzymy, jak miną te lata.

Wyznawcy Wisznu mają faworytów wśród wcieleń swego bóstwa. Jedni stawiają na księcia Ramę, inni zaś na pasterza Krysznę. To właśnie ten piękny chłopiec o błękitnej skórze. W zależności od swoich preferencji ramaici i krysznaici spędzają życie na lekturze, odpowiednio, bohaterskiego eposu Ramajana lub przepastnej Mahabharaty, w której postacią najważniejszą jest Kryszna. Trzeba powiedzieć, że raz jeszcze Hindusi okazują się otwarci i pełni zrozumienia dla odmiennych poglądów. Krysznaita chętnie sięgnie po Ramajanę. Ramaita zaś, nawet jeśli nie cytuje z pamięci całej Mahabharaty (co należy mu wybaczyć, jako że epos ten liczy sobie ponad sto tysięcy dwuwierszy i ktoś dawno już obliczył, że jest ośmiokrotnie dłuższy od Iliady i Odysei razem wziętych), bez wątpienia zna jej kluczowy fragment, Bhagawadgitę. Swoisty katechizm hinduizmu.

Bhagawadgitę, o której w skrócie mawia się: Gita, zna na pamięć także każdy zwolennik Śiwy. Bóg ten posiada tysiąc osiem imion, co z pewnością wprawiło w zakłopotanie niejednego wędrowca, który próbował pojąć zawiłą specyfikę fascynującej religii kraju. Choć Śiwa nie ma awatarów, to nie ułatwia orientacji. Jego wyznawcy uważają, że może pojawiać się w wielu postaciach.

Jedną z nich wędrowiec z pewnością napotka już pierwszego dnia w Indiach. To Śiwa przedstawiony jako Pan Tańca. Warto przyjrzeć mu się dokładniej, nic bowiem, jak zresztą w każdym z przedstawień któregokolwiek z bóstw, nie jest tu przypadkowe. Taniec symbolizuje odwieczny rytm każdego bytu. Obrazuje wewnętrzny konflikt woli, emocji, wiedzy i złudzenia. Bóg w tej postaci ma dwie pary rąk. Pierwsza para wyraża równowagę między życiem a śmiercią, druga zaś konflikt między dobrem i złem.

Taniec Śiwy to wieczne niszczenie i tworzenie świata. Prawa stopa spoczywa na zabitym demonie i symbolizuje zwycięstwo nad niewiedzą. W jednej z dłoni bóg trzyma bęben w kształcie klepsydry. Wybija na nim rytm stworzenia. Dłoń druga, uniesiona, to opieka nad losem człowieczym. Trzecia, drapieżna dłoń to przestroga, swoiste memento. Świat nieuchronnie pogrąży się w nieistnieniu. Musi zostać zniszczony, bo móc się odrodzić. Dłoń czwarta wreszcie wskazuje na uniesioną stopę bóstwa. Ta jest symbolem zbawienia i wyzwolenia. Tańczącego Śiwę otacza zawsze pierścień ognia. Znak, że do boskiej natury człowiek nie ma dostępu. Nigdy jej nie pojmie.

Nie tylko w hinduizmie świat nie jest kompletny bez pierwiastka żeńskiego. Chrystus miał swą Matkę i Marię Magdalenę, Mahomet kolejne żony. Śakti, energia żeńska we wszechświecie, objawia się w cudownej niewieściej triadzie.

Partnerka Brahmy Saraswati to ucieleśnienie mądrości. Patronuje nauce, sztukom pięknym i muzyce. Jest boginią prawdy i przebaczenia. Zazwyczaj podróżuje na grzbiecie białego łabędzia, choć czasem wybiera też barwnego pawia. W czterech dłoniach trzyma kolejno: księgi Wed, niezbędny w medytacji różaniec z pereł, dzban z wodą, co przypomina, że bogini pochodzi ze świętej rzeki, oraz w czwartej ręce winę, hinduską lutnię.

Partnerka Wisznu o zachwycającym imieniu Lakszmi jest boginią dobrobytu, szczęścia i piękna. Pośredniczy między Wisznu a jego wyznawcami, którzy „pod jej obronę uciekają się”, jak katolicy do Matki Boskiej, z prośbą o wstawiennictwo. Lakszmi pojawia się czasem pod postacią krowy.

Jak rzecz wygląda dzisiaj, nie umiem powiedzieć, pamięć jednak przywołuje obrazy setek i tysięcy tych łagodnych zwierząt wszechobecnych na ulicach indyjskich miast. Sarkastyczne sformułowanie „święta krowa” czy w angielskiej wersji nagły wybuch zdumienia skwitowany frazą holy cow! mają swe źródła w tradycji hinduizmu.

Już w księgach wedyjskich krowy pojawiają się w towarzystwie najwyższych bóstw. Są bowiem postrzegane jako pramatki, symboliczne źródła życia. Mahabharata wieszczy, że ten, kto zabije krowę, żyć będzie w piekle tyle lat, ile włosów porasta skórę tego zwierzęcia. Mity umieszczają Niebiańską Krowę ponad sklepieniem, w nadprzestrzeni. Słońce i księżyc to jej cielęta. Mleko jej zaś bieli się i skrzy w postaci gwiazd. Ten mit astronomia cywilizacji Zachodu przejęła, jak wiemy, nader chętnie w swej Mlecznej Drodze.

Święta krowa Surabhi, powiadają, pierwsza matka wszystkich krów, wyłoniła się z oceanu. Pięć wytworów krowy, pańczagawja, a zatem: mleko, twaróg, masło, uryna i gnój mają moc oczyszczającą. Ciekawe, że Surabhi nie otrzymała swoich świątyń, a każdą krowę czci się niejako z osobna. Krowa w Indiach to więcej niż metafora macierzyństwa. To przewodniczka duchowa. Tradycja nakazuje czujnie obserwować zwierzę. Gdy spostrzeżemy, że krowa żuje pokarm, powinno nas to skłonić do długiej, cierpliwej kontemplacji odwiecznych prawd. Jej łagodne spojrzenie powinno budzić empatię, zachęcać nas do opieki nad chorymi, ubogimi, wykluczonymi. Barwa mleka to wzór czystości. Gdy spojrzymy na krowę z uwagą, nieuchronnie dostrzeżemy w niej zwierzę zamyślone. Wnet nabierzemy pewności, że duma ona nad losem człowieczym. Nad nami.

Śiwę otacza kilka niewieścich postaci. Jego łagodną stronę dopełnia Parwati. Wcielenie kobiecości. Bogini domowego ogniska. Jest także czczona z wdzięcznością jako matka Ganeśi, być może najulubieńszego z bogów panteonu.

Jak co dzień, Parwati chciała wziąć kąpiel. Tego dnia jednak najwyraźniej nie czuła się dobrze w swoim ciele, co zdarza się nie tylko każdemu z nas, ale także bogom. W obawie, by nikt jej nie podglądał, stworzyła chłopca, Ganeśę. Miał pilnować spokoju matczynej toalety. Wykonał zadanie na tyle sumiennie, że nie wpuścił do niebiańskiej łaźni nawet Śiwy, męża bogini. Porywczy, czego oczekiwalibyśmy od boga zniszczenia, Śiwa uderzył wprost w głowę Ganeśi strumieniem ognia ze swego trzeciego oka. Parwati, łkając, błagała męża, aby przywrócił chłopaka do życia. Nie było to jednak łatwe o tyle, że czaszka okazała się spopielona doszczętnie. Śiwa obiecał Ganeśi nową głowę. „Chodź, chłopcze – powiedział do młodzieńca – dostaniesz ją od pierwszej istoty, jaką napotkamy”. Gdy wypowiadał te szczodre słowa, z zarośli wyszedł słoń.

Ganeśa, bóstwo pomyślności, rozsądku i sprytu, patron szkół, opiekun ksiąg i skrybów pozostaje od wieków jednym z ukochanych bóstw Indii. Uosabia żywotność, witalność, wszak śmiertelnie okaleczony powrócił do życia. Do niego zanosi się modlitwy w trosce o powodzenie każdego przedsięwzięcia. Jego portrety, figury, przedstawienia widywałem dosłownie wszędzie. I we mnie budził sympatię. Pamiętam, jak któregoś dnia na południu Indii znalazłem się w niewielkim zakładzie rzemieślniczym, gdzie lepiono z gliny wyłącznie podobiznę Ganeśi. I w Mahabalipuram, mieście rzeźbiarzy, pracowici artyści uliczni kuli najchętniej właśnie tego pogodnego boga.

Kto myśli, że wykuć pół człowieka, pół słonia można w Indiach wedle nagłego przypływu natchnienia, niewiele wie o precyzyjnie sformułowanych zasadach, które rządzą przedstawieniami bóstw.

Ma zatem Ganeśa stosownie duże, słoniowe uszy, by mógł, niczym w popularnej baśni Zachodu, lepiej wsłuchiwać się w ludzkie potrzeby. Duża głowa w oczywisty sposób symbolizuje mądrość. Oczy muszą być zaś niewielkie, zmrużone, by podkreślać koncentrację na ludzkich troskach. W jednej z dłoni Ganeśa dzierży topór, którym stanowczo odcina się od ziemskich dóbr. Małe usta są pochwałą oszczędności w słowie. Sznur, który bóstwo trzyma w innej dłoni, ma jakoby przyciągać ludzi do wyższych celów. Jeden kieł oznacza zdolność odrzucania zła. Trąba to efektywność i dar adaptacji. Ogromny brzuch pozwala na spokojne przetrawienie dobra i zła doświadczanego w życiu. Wreszcie niekonieczny, ale mile widziany, jest wierzchowiec Ganeśi, symbol sprytu – szczur.

Parwati, matka Ganeśi, dopełnia czułą i łagodną stronę charakteru boga Śiwy. Jest on wszelako panem zniszczenia, przeto nie dziwi u jego boku, a zazwyczaj stojąca nad bogiem, wsparta stopą na jego piersi, demoniczna dama, której wyznawcy hinduizmu lękają się szczególnie. Jej imię pochodzi od sanskryckiego słowa kala, oznaczającego czas. Jest bowiem Kali panią czasu, wszechwładną boginią cyklu narodzin i śmierci. Decyduje niepodzielnie o długości ludzkiego życia i określa jego kolejne wcielenie. Symbolizuje prawa natury. A te, jak wiemy, pozostają obojętne na nasze błagania, są bezlitosne.

Na przedstawienia Kali natknie się każdy wędrujący po Indiach. Nie zawsze pierwszego dnia, ale nieuchronnie. Nie jest to spotkanie, którego wygląda się z utęsknieniem.

W Kalkucie wszedłem do świątyni Kali. Nie zapomnę tego dnia. Wiele też mi opowiadano o jej krwawym kulcie. Ale o tym kiedy indziej.

W Udajpurze, na przełomie lutego i marca, zatem w dniach, w których dwadzieścia cztery lata później każdego dnia o wschodzie słońca spisuję te wspomnienia, trafiłem na święto Holi, związane z postacią Kryszny. Obiecałem wszak powiedzieć o błękitnym chłopcu.

Jeszcze jako dziecko miał Kryszna wśród swoich bliskich zaprzysięgłego wroga. Był nim jeden z jego wujów. Przebiegły krewny zaprosił do sypialni dziecka demonicę o imieniu Putina (przypadek? nie sądzę!) i rozkazał jej nakarmić Krysznę zatrutym mlekiem z jej piersi.

Wcielony w Krysznę Wisznu jednak przejrzał podstęp i chytrze wyssał z demona nie tylko mleko, ale także całą krew. Zatrute mleko nie zabiło dziecka, ale w połączeniu z demoniczną krwią sprawiło, że skóra Kryszny przybrała kolor nieba. Gdy dorósł, zakochał się w powabnej pasterce o skórze nieskazitelnie białej. Najwyraźniej każda mitologia ma do tej barwy szczególną predylekcję i jak bohaterka Pieśni nad pieśniami tłumaczy się, że może i jest piękna, ale jednak czarna, tak i Kryszna wpadł z powodu barwy swej skóry w kompleksy. Matka poradziła mu wtedy, by – skoro nijak sam stać się biały nie może – pomalował twarz swej oblubienicy na taki kolor, jaki mu najbardziej odpowiada.

Panorama miasta i błękitne domy braminów, Dźodhpur,
Indie, marzec 1997

Od tamtej pory podczas święta Holi wszyscy, bez względu na warnę, kastę, wiek, płeć, zamożność, malują twarze i obrzucają się nawzajem barwnym pyłem. Ma im to zapewnić zdrowie i pomyślność na kolejny rok. To ludowe zabawy, festyny, których nie brak wszędzie na świecie. Możemy, będąc ich uczestnikami, jak ja przed laty, czerpać radość ze wspólnego świętowania.

To pierwszy krok, pierwszy stopień wtajemniczenia: po prostu być. Dobrze byłoby jednak, gdybyśmy rozumieli, czemu dzieje się to, co widzimy wokół, a jeśli natrafimy na postać błękitnego chłopca, byśmy wiedzieli, kim jest. Najważniejsza jednak wydaje się pamięć, że każde z tak wielu zdumiewających, spowitych w mity bóstw hinduizmu jest w istocie ludowym przedstawieniem niepojętej, najwyższej duchowej rzeczywistości. My zwiemy ją Bogiem. Michał Anioł w kaplicy Sykstyńskiej przedstawiał ją jako brodatego, siwego starszego pana.

Gdyby dać mu stosowne nakrycie głowy i fajkę, wypisz wymaluj – kapitan żeglugi dalekomorskiej.

W powstałej jeszcze w czasach kolonialnych powieści E.M. Forstera Droga do Indii znajduje się taka oto refleksja: Niezliczone są szczeliny w ziemi Indii: hinduizm, tak jednolity z pewnej odległości, rozszczepia się na sekty i klany, które rozchodzą się niczym promienie i znów się łączą, i zmieniają nazwę, zależnie od tego, z jakiej strony się do nich podchodzi. Latami możesz go studiować z pomocą najlepszych nauczycieli, ale kiedy podniesiesz głowę i spojrzysz, nic z tego, co ci powiedzieli, właściwie nie pasuje.

Jeden z bohaterów, mieszkaniec Indii wprawdzie, ale muzułmanin, doktor Aziz mówi:

 – Ja niczego nie studiuję, ja tylko szanuję.

Marcin Kydryński

Fragment książki “O Wschodzie” wyd. Świat Książki [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 19 lipca 2022