Piotr ARAK: Pięć wyzwań dla Polski Piotr ARAK: Pięć wyzwań dla Polski

Pięć wyzwań dla Polski

Piotr ARAK

Dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Polska ma szansę szybko poprawić swoją pozycję gospodarczą względem innych państw OECD. Ale wymaga to odejścia od wyboru między polityką piastowską i jagiellońską – pisze Piotr ARAK

.Szukając strategii dla przyszłości Polski, często odwołujemy się do przykładów z Zachodu, choć czasem warto odwołać się do rodzimej historii. Myśląc o Polsce za 20 lub 40 lat, o tym, co powinniśmy zrobić, chciałbym cofnąć się o 500 lat. Do czasów, kiedy Rzeczpospolita miała „premiera” twardego i dbającego o siłę i sprawność egzekutywy – Jana Zamoyskiego. Dopiero wskutek porażek jego następców nasza państwowość stawała się coraz bardziej „z kartonu”.

“Spójrzmy tylko na królestwo nasze, jedno z pierwszych w Europie, spójrzmy na jego siły i środki obronne, na jego dostatki, bogactwa, na wszystko, co ludziom jest potrzebne. Czegóż nam brakuje? Oto rządu silnego i ustalonego ładu prawnego, a wtedy wszystko będziemy mieli i stać będziemy silni i pewni siebie”.
[Jan Zamoyski, fragment z przemówienia sejmowego z 1575 r.]

Opcja piastowska lub jagiellońska

.O Zamoyskim i jego politycznym programie nie myślimy zbyt często. Raz na jakiś czas przychodzi moment, w którym odżywa spór dotyczący modelu polskiej polityki w regionie, czasem szerzej odnoszący się do polityki gospodarczej, ale zazwyczaj do historycznych dynastii rządzących Polską. Niektórzy politycy lub eksperci odwołują się do „piastowskiej koncepcji polskiej polityki” lub konfrontacyjnie mówią o opcji „jagiellońskiej” (lub Giedroycia, Mieroszewskiego).

Do tej dychotomii odwoływano się co najmniej od XIX w. Później, już w wieku XX, przywoływali ją Piłsudski i Polska Partia Socjalistyczna („jagiellończycy”) oraz endecy i partie chłopskie („piastowie”). Potem spór kontynuowały – aż do absurdu – „piastowski” PRL oraz „jagiellońska” emigracja (m.in. paryska „Kultura”) i obóz (post)solidarnościowy. Dziś politycy i publicyści przywołują go nadal – dla podbudowania swych idei bądź decyzji.

„Koncepcja piastowska” rozumiana jest zwykle jako modernizacja, zakorzenienie w Europie i integracja z głównym nurtem polityki europejskiej (w tym bliskie relacje z Niemcami). Milcząco zakłada dominację zachodniego wektora polityki nad problemami na Wschodzie oraz dominację narodu polskiego i pragmatyczną realizację jego (i państwa, które go reprezentuje) interesu politycznego. Dla polemistów zaś oznacza to bezczynność w polityce wschodniej, zwrócenie się w kierunku Unii i niepatrzenie na to, co się dzieje za wschodnią granicą Wspólnoty, będącą też wschodnią granicą Polski.

„Koncepcja jagiellońska” symbolizuje zwrócenie się na Wschód. Współpracę z tamtejszymi sąsiadami (dzisiejszymi Ukraińcami, Białorusinami, Litwinami i innymi), tolerancję i wielokulturowość, twórcze zaangażowanie polskiego dorobku kulturowego i społeczno-politycznego. Współcześni zwolennicy tego podejścia wychodzą z założenia o wzrastającej roli Niemiec w Unii Europejskiej. Podkreślają, że Warszawę więcej łączy ze wschodnimi stolicami UE na osi między Bałtykiem i Bałkanami niż z Berlinem – bo z nimi mamy wspólne doświadczenia historyczne, mamy podobny potencjał gospodarczy, stąd powinniśmy być partnerami. Niemcy z kolei mogą traktować sojusz z Polską instrumentalnie, zgadzając się tylko na takie rozwiązania, które nie będą sprzeczne z ich strategicznymi celami. Wyliczano ich działania, które określano jako sprzeczne z polską racją stanu (budowa Nord Stream i Nord Stream 2) czy zagrażające polskiej suwerenności.

Zwolennicy polityki „jagiellońskiej” mówili, że Polska, przystając na niemieckie rozwiązania, zgadza się, aby umacniany był podział na centrum i peryferie UE, który nie jest dla nas korzystny. „Jagiellońska” wizja polskiej polityki miała opierać się na kooperacji z państwami regionu i budowaniu silnego ośrodka politycznego w tej części Europy – zdolnego inicjować pozytywne, zgodne z naszymi interesami przemiany struktur europejskich. Dla krytyków to romantyczno-mesjanistyczna wizja, niemająca odbicia w potencjale Polski i w polityce naszych sąsiadów.

Jednakże zarówno tradycja „piastowska”, jak i „jagiellońska” to dziś symbole, figury retoryczne i wygodne skróty myślowe. Od dawna żyją własnym życiem. Piastowie i Jagiellonowie nie mają za bardzo z nimi nic wspólnego – chciałbym, abyśmy choć na chwilę je porzucili na rzecz innego paradygmatu, który wydaje się korzystniejszy. Łączy on wielokulturowe i tolerancyjne czasy Jagiellonów z tradycją piastowskiej modernizacji i odnowy. Nazwałbym to „tradycją zamojską”; od dynastii, która nigdy nie powstała, od kanclerza, który nigdy nie został królem.

Jakim władcą byłby Zamoyski

.W Zwrotnicach dziejów. Alternatywnych historiach Polski prof. Andrzeja Chwalby i Wojciecha Harpuli można znaleźć scenariusz reform w XVI-wiecznej Polsce, który mógłby się wydarzyć, gdyby nie pewien konflikt personalny. Nie wchodząc w szczegóły, można powiedzieć, że Jan Zamoyski, faktyczny „wicekról” przez wiele lat rządów wielu władców, mógł być następcą Stefana Batorego.

Według prof. Chwalby Jan Zamoyski wykazywał się talentami politycznymi, wojskowymi i gospodarczymi. Można przypuszczać, że gdyby został królem, Rzeczpospolita w chwili jego śmierci w 1605 roku byłaby państwem bezpieczniejszym, zasobniejszym, lepiej zorganizowanym i zarządzanym.

Zamoyski był za panowania Batorego kanclerzem i hetmanem wielkim koronnym, czyli piastował dwa najważniejsze stanowiska w państwie. Można powiedzieć, że był odpowiednikiem dzisiejszego premiera. Jego umiejętności zarządzania własnymi pieniędzmi są legendarne. Zaczynał od czterech wiosek, a pozostawił swojemu spadkobiercy jedenaście miast i ponad dwieście wsi. W chwili śmierci był też dzierżawcą dwunastu miast i sześciuset dwunastu wsi królewskich. Był jednym z najbogatszych magnatów, jeżeli nie najbogatszym. Ustanowiona w 1589 roku Ordynacja Zamojska, czyli niepodzielna, wyłączona spod ogólnych przepisów prawa własność Zamoyskich, przetrwała do komunistycznej reformy rolnej z 1944 roku.

W alternatywnej historii opisanej przez prof. Chwalbę, gdyby Zamoyski został królem, jego „majątkiem” byłaby cała Rzeczpospolita. Pilnowałby, by stawała się krajem bogatszym, dobrze zarządzanym, bezpiecznym i stabilnym. Podobnie jak ostatni Piast, Zamoyski rozumiał, że potęga państwa zależy od silnej gospodarki. Mówił o tym w swoim ostatnim wystąpieniu przed sejmem 1 lutego 1605 roku. Jagiellonowie przy całej swojej tolerancji nie dbali o stan kasy państwa. Pustki w budżecie królewskim były od czasów Kazimierza Wielkiego.

Jan Zamoyski krótko sypiał, był sumienny i skrupulatny, wymagał od siebie i innych bardzo wiele. Miał już sześćdziesiąt lat, gdy w 1601 roku pociągnął z wojskiem do Inflant, by walczyć ze Szwedami. Działał nie tylko w sferze polityki zagranicznej i wewnętrznej. W sprawach gospodarki cechowały go poglądy przypominające postulaty zachodnioeuropejskich merkantylistów, którzy zalecali wspieranie wywozu własnych towarów przy jednoczesnym ograniczaniu importu. Uważał, że należy ściągnąć do kraju zagranicznych rzemieślników i rozwinąć rodzimą produkcję. Zauważał, że eksportujemy tylko żywność i tanie surowce, które potem wracają do Rzeczypospolitej jako przetworzone, drogie produkty. To także we współczesnej nam Polsce było problemem – od kilku lat mamy jednak nadwyżkę w handlu zagranicznym, w tym w 2020 r. rekordowe 53 mld zł w handlu towarowym.

Zamoyski postulował wspieranie rodzimego przemysłu i rzemiosła, które nie radziło sobie z zachodnią konkurencją. Dzisiaj wiemy, że tak robią i robiły wszystkie państwa po to, by zatrzymać pieniądze u siebie i mieć narzędzia pozwalające zapewnić wyższy wzrost gospodarczy. Przychody do skarbu koronnego – to było nieziszczalne marzenie każdego polskiego monarchy elekcyjnego, a przez cały XVII wiek nie było wystarczających środków na utrzymanie armii. Kraj miałby dwa najważniejsze instrumenty prowadzenia skutecznej polityki – przychody i siłę zbrojną.

Gdyby Zamoyski i jego następcy realizowali program gospodarczego rozwoju kraju, Rzeczpospolita mogłaby w przyszłości uniknąć zapaści ekonomicznej, spowodowanej załamaniem się popytu na eksportowane przez nas zboże. Dywersyfikacja produkcji i handlu jest tym, co ratuje Polskę między innymi podczas obecnego kryzysu.

Polityka zamojska byłaby związana przede wszystkim z reformami wewnętrznymi – stworzeniem dobrze funkcjonującej administracji skarbowej, wysokiej ściągalności podatków, stymulowaniem wzrostu gospodarczego i ograniczaniem importu na rzecz eksportu. Tego żaden Piast czy Jagiellon nie miał w swoim programie. Dzisiaj także jedna i druga mityczna postawa nie odnosi się do budowania potęgi gospodarczej państwa. A to ta gospodarcza siła umożliwiła wzrost naszym sąsiadom w XVIII wieku i pokonanie Polski.

40 lat polityki zamojskiej

.Myśląc o przyszłości, czyli o Polsce za lat 20 czy 30, chciałbym, byśmy poszli drogą Zamościa. Zastanowili się nad tym, co trzeba robić, by kraj był lepiej zarządzany; w jaki sposób reformować system podatkowy, zwiększać ściągalność podatków i redukować szarą strefę, a także zwiększać konkurencyjność własnego eksportu i produkcji i ograniczyć import. Te zasady są dość uniwersalną receptą na dobrą politykę gospodarczą i fiskalną. Dlaczego więc nie mamy ich wpojonych jako trzeciej ścieżki orientacji politycznej: orientacji nie na Zachód, nie na Wschód, ale na Polskę i jej siłę gospodarczą?

Prognozy długoterminowe w perspektywie kilkudziesięciu lat są obarczone wielkim ryzykiem błędu. Zdarzają się pandemie, takie jak ta, która trwa. Nie znamy do końca konsekwencji zmian klimatu, które obserwujemy, ale jakiś punkt odniesienia musimy mieć. W ostatniej prognozie OECD z 2018 r., uwzględniającej perspektywę roku 2060, widać, że Polska po 2030 r. będzie krajem, który będzie mieć coraz mniej znaczącą gospodarkę. Powodem tego będą spadająca stopa inwestycji i pogarszające się perspektywy demograficzne.

Prognoza ta była przygotowywana na podstawie danych nieuwzględniających napływu krótkoterminowych imigrantów ze Wschodu, ale ryzyko jest dość jasne. Polska – dzisiaj 19. największa gospodarka wśród 46 badanych przez OECD – będzie stopniowo osuwać się w rankingu: na pozycję 20. w 2040 r., a potem jeszcze niżej. Oczywiście ten sam problem będzie dotykał też Niemiec czy szczególnie Włoch (spadek z 13. na 17. miejsce). Ale my chcemy, by nasz złoty wiek trwał.

W tym samym czasie będziemy widzieć awans Turcji, Indonezji i Indii. Wiemy jednak, że mają one swoje problemy, które mogą doprowadzić do spadku tych gospodarek, podobnie jak Rosji (ta spadnie z 6. na 12. pozycję do 2060 r.).

.Prognozy te mogą się nie ziścić, czemu ma służyć debata, którą prowadzimy w Polsce. Może to brzmi paradoksalnie, bo narzekamy na jakość mediów i polityki publicznej, ale debaty o „dryfie rozwojowym” czy krytyka rządu przez opozycję za słabe wyniki gospodarcze nie są tak rozpowszechnione w innych krajach europejskich. Jesteśmy jednym z nielicznych krajów w UE, w których z taką emfazą rozmawia się o wskaźniku wzrostu gospodarczego publikowanym co roku. Poza ekonomistami to nikogo nie interesuje – u nas to jest punkt odniesienia dla polityków.

To, że Polska nie popadła w recesję podczas kryzysu 2008–2009 r. i miała nieprzerwaną passę rozwoju gospodarczego od lat 90. XX wieku, sprawiło, że myślimy podobnie jak Chińczycy. Myślimy innymi kategoriami niż reszta Europy.

Nawet teraz, kiedy recesja w Polsce w roku pandemii jest jedną z najniższych w Europie (wyniosła –2,8 proc., lepszy odczyt realnie miała tylko Litwa; Irlandia zawdzięcza wartość wskaźników makroekonomicznych rozliczeniom gigantów technologicznych), czujemy się nieusatysfakcjonowani. Polska musi się rozwijać. Musimy budować nowe mosty, nowe drogi, przywracać połączenia kolejowe i oczekujemy co roku, że średnia pensja będzie rosła.

Z PKB per capita według siły nabywczej na poziomie 76–77 proc. średniej unijnej w 2020 r. jesteśmy na drodze do tego, by osiągnąć 100 proc. przed 2030 r. Mamy na to szansę, choć też będzie to wymagało spełnienia wielu warunków, m.in. utrzymania corocznego wzrostu PKB na poziomie powyżej 4 proc.

O ile w XVII wieku mieliśmy szczęście do wybitnych wodzów, o tyle ich zwycięstwa nieraz były marnowane przez brak środków na utrzymanie armii. A jak wiadomo, do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy.

By mieć ich jeszcze więcej, Zamoyski jako król dokończyłby uszczelnianie ówczesnego systemu podatkowego i zwiększyłby dochody budżetowe. Mając za sobą zwykłą szlachtę (odpowiednik dzisiejszego społeczeństwa), doprowadziłby do osłabienia magnatów (odpowiednik dzisiejszych elit) – po to, by profity z rozwoju były dzielone sprawiedliwie. Zamoyski umiał gromadzić środki i rozprawiać się z przeciwnikami.

Pięć wyzwań rozwojowych

.Co zatem należy zrobić, byśmy po kryzysie koronawirusowym weszli w kolejny rozdział złotej ery, a nie powolną zapaść? Widzę pięć głównych wyzwań.

1. Trzeba walczyć ze spowolnieniem gospodarki. Aby nie doszło do spowolnienia, należy zadbać o dobrą strukturę populacji (aktywną zawodowo i młodszą) oraz wydatki inwestycyjne. A także o uczestnictwo w rozwoju technologicznym i akumulację kapitału.

2. Trzeba zapobiec zapaści demograficznej. Wiele zostało o tym napisane, racjonalna imigracja oraz polityka rodzinna są czymś, co już dzisiaj realizujemy.

3. Należy inwestować w obronę. Polska jest wschodnią flanką UE, a jej wschodnia granica to geopolityczna „płyta tektoniczna”, której poruszenie może wywołać wstrząsy w całym regionie. Stabilna przyszłość Polski zależy od potencjału obronnego (także związanego z kontrwywiadem i neutralizowaniem działań destabilizacyjnych na terenie naszego kraju).

4. Powinniśmy racjonalnie stawiać na kulturę innowacji. Kultura kraju niejako „produkuje” markę narodu, co wpływa na siłę samego kraju i marek jego produktów. Co ciekawe, atrakcyjność polskiej kultury w XXI wieku może się zwiększać niezależnie od nas – relatywna jednorodność kulturowa Europy Środkowej może być postrzegana przez Europejczyków jako atrakcyjna ze względu na tarapaty, w jakich znalazła się zasada wielokulturowości na Zachodzie.

5. Trzeba dbać o ciągłość polityki energetycznej i surowcowej. Dla każdego kraju ważne są zasoby naturalne oraz bezpieczeństwo energetyczne i możliwość eksportu, a nie tylko importu energii. Polska musi realizować politykę energetyczną, patrząc na zobowiązania międzynarodowe, ale nie narażając nas na utratę suwerenności. Dzięki gazoportowi i współpracy z sąsiadami staniemy się ważnym sprzedawcą amerykańskiego gazu LNG w regionie.

.Mamy wybór nie tylko między polityką piastowską i jagiellońską, ale też zamojską. Ta ostatnia jest niezrealizowanym marzeniem o usprawnieniu państwa. Dzisiaj ta realizacja wydaje się o wiele bardziej prawdopodobna. Potrzebujemy jednak silnej egzekutywy, która będzie budować palisady chroniące przed realnymi kryzysami i zagrożeniami. Jest to droga trzecia. Droga polskiego awansu ekonomicznego.

Piotr Arak
Tekst opublikowany w nr 28 miesięcznika opinii “Wszystko Co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 17 kwietnia 2021

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam