
Kto jest faszystą w XXI wieku?
W XXI wieku ten, kto nazywa cię „faszystą”, o ile nie jest kompletnym idiotą, nie ma na myśli tego, że bronisz dziedzictwa Mussoliniego czy Hitlera. Ten ktoś chce powiedzieć, że legitymizujesz normy, które zakładają, że istnieje dobro ważniejsze od dobra jednostki. Mogą to być normy instytucjonalne, narodowe, kulturowe, ideologiczne czy jakiekolwiek inne. Ten ktoś mówi, że bronisz form heteronomii – pisze prof. Chantal DELSOL
.Idea tyranii była tak znienawidzona przez Ateńczyków czasów Peryklesa, że słowo „tyran” stało się powszechną obelgą. W jednej z tragedii sprzedawczyni porów, oburzona na cenę proponowaną przez kupującego, obrzuca go właśnie tym epitetem. I takie właśnie wrażenie odnosiliśmy w czasie niedawno zakończonej kampanii przed wyborami samorządowymi: tysiące sprzedawców porów było gotowych nazwać „faszystą” swojego głównego adwersarza, a nawet kandydatów, którzy nie przedstawiali żadnej konkurencji. Było nawet tak, że nawzajem stygmatyzowały siebie w ten sposób różne ugrupowania lewicowe. Można się było pogubić. Czy ktoś pamięta jeszcze pierwotne znaczenie tego słowa? Pewnie już nikt. Słowo oznacza dziś co innego. Straciło swój smak, by pozyskać inny, czego większość użytkowników języka nawet nie zauważa.
Niech nam się nie wydaje, że słowo to jest zwykłą obelgą, która z racji szafowania nią co rusz przez oponentów stała się semantyczną wydmuszką. Nie – „faszysta” nabrał innego znaczenia, odzwierciedlającego swoje czasy. W XXI wieku ten, kto nazywa cię „faszystą”, o ile nie jest kompletnym idiotą, nie ma na myśli tego, że bronisz dziedzictwa Mussoliniego czy Hitlera. Ten ktoś chce powiedzieć, że legitymizujesz normy, które zakładają, że istnieje dobro ważniejsze od dobra jednostki. Mogą to być normy instytucjonalne, narodowe, kulturowe, ideologiczne czy jakiekolwiek inne. Ten ktoś mówi, że bronisz form heteronomii. Język jest „faszystowski”, powiedział Barthes, ponieważ jego słowa i reguły są nam narzucane z zewnątrz.
Staje się zatem „faszystowskim” umiarkowane prawicowe czasopismo, które piętnuje wydawanie za mąż dwunastolatek w niektórych krajach muzułmańskich (muzułmanie mają swoje własne normy, których nie wolno nam kwestionować). Traktuje się tym epitetem katolików w ogólności, ponieważ uważają, że pewne nadrzędne zasady powinny rządzić naszą moralnością. Są nimi konserwatyści, którzy rezerwują słowo i koncept „małżeństwa” dla związku mężczyzny i kobiety, jest nim Viktor Orbán, są nimi oczywiście aktywiści La Manif pour tous. Tradycjonaliści, jak ci z grupy Némesis, zasługują nawet na lincz, a chłopak, który padł ofiarą takiego linczu (Quentin Deranque – dop. red.), nazywany jest „neofaszystą” i „neonazistą” i traktowany jako winny. Jak widać, wszystko, co próbuje narzucić normy odgórnie, jest dyskryminujące i obraźliwe. I to jest właśnie „faszyzm”.
.Wyborcy Zjednoczenia Narodowego nie są nazywani „faszystami” dlatego, że Jean-Marie Le Pen był antysemitą czy że dopuszczał się niedwuznacznych gier słownych w tej materii. Przykleja im się tę etykietkę dlatego, że chcą asymilacji lub integracji imigrantów i Francuzów pochodzenia imigranckiego – to znaczy automatycznie podporządkowania ich prawu – w imię francuskiej tożsamości, która ich zdaniem powinna dotyczyć wszystkich obywateli. Albo też dlatego, że uważają, iż niektórzy cudzoziemcy nie powinni mieć prawa wjazdu do Francji, co jest „faszystowskie”, ponieważ granice, uważane za dyskryminujące, nie powinny dłużej istnieć.
Szczyt szczytów: sami Żydzi są „faszystami”, ponieważ Izraelczycy są ostatnimi „białymi kolonizatorami”, uzasadniającymi i utrwalającymi „kolonizację”, która stanowi samą istotę kultury narzuconej z góry, a zatem heteronomii. W ten sposób Nieujarzmieni (LFI) mogą się obnosić ze swoim antysemityzmem, który teraz w ich pogmatwanej logice równa się „antyfaszyzmowi”. Potrafią posługiwać się tymi samymi obrzydliwymi grami słownymi co nieżyjący już Le Pen, robiąc to wyłącznie dla rozrywki i ubawu (część lewicy udaje, że jest tym oburzona, ale nie stroni od budowania sojuszy wyborczych z ludźmi od tych gier słownych właśnie).
Widzimy nawet – historia jest pełna dziwacznych niespodzianek – jak jedna frakcja lewicowa nazywa drugą „faszystowską”! To, co mogłoby się wydawać ekstrawagancką sprzecznością, łatwo wytłumaczyć obecną rzeczywistością, a mianowicie radykalnym pęknięciem we francuskiej lewicy: jedna jej część zakorzeniła się w ekstremizmie radykalnej autonomii moralnej – każdy wyznaje własne zasady i wartości – podczas gdy druga, klasyczna lewica, pozostaje uniwersalistyczna, to znaczy przywiązana do wspólnych zasad heteronomicznych, które, jak widzieliśmy, zasługują w pełni na obelgę „faszystowskie”. Debata (powiedziałabym nawet, że walka) między obiema lewicami jest tak głęboka, że nie mają już tak naprawdę wiele ze sobą wspólnego, poza być może nostalgią za minionymi utopiami. Zresztą w wielu kwestiach „społecznych” lewica uniwersalistyczna dołączyła do obozu umiarkowanych konserwatystów.
Można by sądzić, że przy tak wielu patentowanych „faszystach” jedyna myśl (o ile w ogóle można ją nazwać „myślą”) pewnej frakcji lewicy ogranicza się do „antyfaszyzmu”. Niektórzy twierdzą nawet, że „antyfaszyzm” to ostatnia ideologia tych, którzy nie mają już żadnej innej, oraz anemiczny ideał niedobitków wypalonego trockizmu. Według mnie jest to jednak bardziej skomplikowane. „Antyfaszyzm” XXI wieku to jadowity przejaw postmodernistycznej autonomicznej moralności (woke, jeśli ktoś woli), która jak dotąd definiuje się wyłącznie poprzez swoich wrogów.
.A najbardziej niezwykłe, a może i najzabawniejsze jest to, że ci, którzy szafują tą obelgą, nie zdali sobie sprawy (albo jeszcze sobie jej nie zdają) z obecnego znaczenia tego słowa. Nie zrozumieli, że uległo diametralnej zmianie. Wciąż ciskają dzielnie swoją klątwą niczym sprzedawczyni porów w starożytnych Atenach, nieświadomi, że koncepty się rozjechały. Powiedzmy otwarcie, że utrwalająca się nienawiść przyćmiewa rozum i zaburza jasność myślenia, tym bardziej gdy pochodzi od tak błyskotliwego umysłu, jak umysł Jean-Luka Mélenchona. Cudowny los słów, które przez dziesięciolecia żyją własnym życiem, śmiejąc nam się w twarz.
Chantal Delsol
Tekst ukazał się w nr 75 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].


