Prof. Maciej FRANZ: Nieopowiedziane historie nie istnieją

Nieopowiedziane historie nie istnieją

Photo of Prof. Maciej FRANZ

Prof. Maciej FRANZ

Polski historyk wojskowości, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Specjalizuje się w historii wojskowości epoki nowożytnej, historiografii wojskowej i historii wojen kozackich oraz morskich XIX i XX wieku.

Dlaczego warto badać straty poniesione przez Polskę w II wojnie światowej? – pyta prof. Maciej FRANZ

.Zwykło się twierdzić, że zachowało się po nas tyle, ile zdołano zapisać. Los państwa i narodu polskiego w czasie II wojny światowej był analizowany już tyle razy, że tematyka ta nie powinna budzić żadnych wątpliwości. Nic bardziej mylnego. Ogromna część historii Polski i Polaków w latach 1939–1945 nigdy nie została opowiedziana, a przez to – nie istnieje. Najpewniej nie da się tego zmienić całkowicie, ale też dlatego koniecznością jest prowadzenie dalszych badań i upowszechnianie ich efektów. Tylko tak historie, których nie opowiedziano, mogą wejść do świadomości społecznej i pozwolić lepiej zrozumieć dramat narodu, do którego doszło podczas II wojny światowej.

Szczególnie słabo opowiedziane są historie polskich ziem wschodnich oraz losu i cierpienia mieszkających tam ludzi. Wybuch II wojny światowej początkowo nie przyniósł dramatycznych zdarzeń na Kresach Wschodnich. Co prawda już 1 września 1939 r. nad Lwowem, Wilnem czy Stanisławowem pojawiły się niemieckie samoloty bombowe, a niektóre obiekty, w tym zwłaszcza infrastruktura kolejowa, stały się celem bombardowań, jednak przez pierwszy tydzień wojna wydawała się czymś odległym. Najbardziej widoczną zmianą był zanik Wojska Polskiego w życiu tego regionu. Pierwszorzutowe jednostki opuściły swoje koszary, nim jeszcze wybuchła wojna, a wszelkie dalsze zniknęły z krajobrazu miast 1 lub 2 września. Wojsko Polskie było na Kresach Wschodnich jednym z bardziej widocznych elementów codzienności. Po wybuchu wojny, nawet jeśli formalnie istniały nadal garnizony wojskowe, były nieliczne. Magazyny wojskowe były puste, a miasta na Kresach nie były przygotowane do obrony. Brakowało ludzi, sprzętu, a nawet koncepcji. Wszystko, co miało wartość bojową, rzucono na zachód – do walki z nawałą hitlerowską.

Administracja cywilna, urzędy miejskie czy wojewódzkie, posterunki Policji Państwowej działały w praktyce do 17 września. Jakże często odnajdujemy informację, że państwo polskie załamało się w kilku pierwszych dniach kampanii polskiej 1939 roku, że w drugim tygodniu wojny panował już tylko chaos, że nic nie działało. To nieprawda. Zachowane materiały archiwalne, które przez lata były dla polskich historyków niedostępne, bo znajdowały się na terenie dawnego Związku Sowieckiego, całkowicie temu przeczą. Państwo funkcjonowało, obieg dokumentów trwał, zarządzenia były wydawane i realizowane i to pomimo coraz trudniejszej sytuacji na froncie czy też pojawiających się prób siania zamętu przez środowiska wrogo nastawione do II Rzeczypospolitej. Opowieść o państwie w upadku nie ma potwierdzenia w źródłach. Można jednak zadać pytanie, czy taki obraz kampanii polskiej 1939 roku ma szansę na przebicie się do świadomości społecznej? Tym bardziej że klęska 1939 roku pozostaje ciągle nieprzepracowaną przez Polaków zadrą narodową, ciągle od nowa krwawiącą.

Państwo zostało ostatecznie „przewrócone” agresją sowiecką z 17 września 1939 roku. Wobec tej nowej nawały wojennej brakowało już wszystkiego, a ponadto załamał się cały aparat państwowy. Nagle pozornie odległe zaplecze frontu samo stało się nowym frontem. Miasta i miasteczka opuszczali urzędnicy, policjanci wraz z rodzinami, którzy nie liczyli na nic dobrego ze strony nadchodzącej ze wschodu armii. Pierwsze dni w zajmowanych miasteczkach i wsiach potwierdzały najgorsze przeczucia. Sowieci nie tylko rozpoczynali represje, ale znakomicie podsycali i wykorzystywali wszelkie zaszłości narodowe czy społeczne i rękoma innych dokonywali pierwszych czystek, mordów, aktów terroru. To jedna z najbardziej nieopowiedzianych polskich historii tamtych dni. Nawet w dyskursie historycznym bywa obecna głównie dzięki wspomnieniom świadków i de facto nie ma pełnoprawnego miejsca w narracji na temat tego okresu. Nie odnajdziemy takiego opracowania polskich historyków, które opisałoby pierwsze 3–5 dni sowieckiej okupacji całości Kresów Wschodnich, a tym bardziej takiego, które podjęłoby próbę nie tylko opisania ówczesnych zdarzeń, nazwania zbrodni i nieprawości, ale także policzenia tych, którzy stali się ofiarami terroru na wschodzie. Jeśli nikt nie opowie tej historii, los tamtych ludzi pozostanie zapomniany na zawsze. Tak jakby nigdy nie istnieli.

.Ów proces zapomnienia ma szerszy kontekst. W okresie wojny władze sowieckie robiły, co mogły, by historię ziem polskich i ich obywateli unieważnić, doprowadzić do jej zapomnienia. Tak jakby tamte ziemie, miasta, miasteczka i wsie od zawsze były rosyjskie, ukraińskie, litewskie, białoruskie, ale na pewno nie polskie. To był jedynie początek likwidowania polskiej świadomości, obecności polskiej kultury. Proces jej wycierania z pamięci kolejnych pokoleń dokonywał się nie tylko poprzez cenzurę i faktyczny zakaz opisywania dziejów tamtych terenów, ale także poprzez zmianę nazw miast czy miejscowości. Warto się tu odwołać do losu Stanisławowa. O ile bowiem Lwów czy Wilno przetrwały, o tyle miasto założone w 1662 roku przez hetmana polnego koronnego Andrzeja Potockiego nie dostało takiej szansy.

Stanisławów przetrwał nie tylko trudne lata wieku XVIII, ale również okres zaborów. Austriakom nie przyszło do głowy, by radykalnie zmieniać jego nazwę czy też zacierać prawdę o jego założycielach. W czasach II Rzeczypospolitej miasto zyskało na znaczeniu, stając się stolicą województwa. Choć znajdowało się w cieniu Lwowa, to z każdym kolejnym rokiem jego rola i znaczenie rosły. Inwestycje państwa polskiego oznaczały nie tylko odbudowę ze zniszczeń okresu Wielkiej Wojny, ale także nadanie miastu wyjątkowego, modernistycznego charakteru. Efekt można podziwiać do dziś, choć trudno odnaleźć wspomnienie, że owe inwestycje stanowią przykład polskiego modernizmu lat 20. i 30. XX wieku. Nie pozostał ślad po większości polskich pomników, a ten Adama Mickiewicza zachowany przed dawnym teatrem im. S. Moniuszki, to jedynie fragment przejmowania i uniwersalizacji postaci, którą na wschód od nowych polskich granic uznano za stosunkowo niegroźną. Podobnie z biegiem lat zniknęły polskie cmentarze, a na ich miejscu wybudowano nowe, socjalistyczne osiedla mieszkaniowe. Miasto z każdym kolejnym rokiem traciło swój wcześniejszy charakter. Choć początkowo nazwano je Stanislav, to nawet ta nazwa nie przetrwała. W 1962 roku, na jego 300-lecie, zdecydowano się ostatecznie przerwać tę historię i nadano miastu nazwę Iwano-Frankiwsk, na pamiątkę po ukraińskim bohaterze narodowym, pisarzu Iwanie Franko.

Pamięć o dawnej przeszłości miasta i jego mieszkańców zaczęła zanikać. Dla sowieckiej Ukrainy historia Rzeczypospolitej Obojga Narodów czy też jeszcze bardziej międzywojennej Polski do niedawna była przeszłością do zapomnienia. Można wręcz uznać, że czyniono wiele, by ta przeszłość zatarła się na zawsze. Najważniejszą świątynię katolicką miasta zamieniono w muzeum, a spoczywające w niej szczątki dwóch pierwszych właścicieli miasta, hetmanów Andrzeja i Józefa Potockich, wyrzucono z trumien. Wciąż nie wiadomo, co się stało z prochami wielkich hetmanów. W krypcie dawnego kościoła pozostały metalowe sarkofagi, zamknięte i nieudostępniane. Pamięć o polskości tych terenów miała zaniknąć. Współcześnie miejsce pochówku założycieli miasta nie jest jakoś szczególnie eksponowane. Można odnieść wrażenie, że świat i pamięć o ich zasługach spogląda w inną stronę, jak arcybiskup Andrzej Szeptycki z pomnika przed katedrą greckokatolicką.

Dzieje Stanisławowa przed 1939 rokiem miały być zapomniane. Współcześnie historycy próbują tę historię opowiedzieć na nowo, przypomnieć wielokulturowość, wieloetniczność miasta, którego dzieje są także opowieścią o polskich Kresach Wschodnich. Jednak nawet współcześnie nie jest to łatwe. Do dziś w mieście nie istnieje żaden pomnik czy tablica pamiątkowa przypominająca o założycielu miasta, o jego polskich korzeniach. Nie ma ulicy Andrzeja Potockiego czy nawet samych Potockich. Polska historia tego miasta kończy się na wkroczeniu we wrześniu 1939 roku wojsk sowieckich. A przecież historia niszczenia polskości, tam na Kresach, trwała dłużej niż jeden dzień.

Podczas II wojny światowej Polska doznała tak wielu krzywd i nieszczęść, że jako społeczeństwo wyszliśmy z założenia, iż nie można mieć wątpliwości co do tego, jaki los zgotowano Polakom w latach 1939–1945. Uwierzyliśmy, że cały świat nie tylko to dostrzega, ale uznaje za oczywiste. Takie podejście okazało się błędne. Z biegiem lat pamięć o losie Polaków umęczonych przez hitlerowski, a także i sowiecki totalitaryzm, stała się jedynie cieniem tego, czego można oczekiwać. Pozostawaliśmy jako społeczeństwo, ale także jako historycy, w otumanieniu, przekonaniu o swoich racjach, o ich uniwersalnym przekazie. Nie próbowaliśmy pokazać światu, jak wyglądał los Polaków w czasie ostatniej z wojen światowych. Jak koszmarne były te lata, gdy kraj ponownie rozrywano na strzępy. Odrywano kolejne fragmenty, próbując za wszelką cenę likwidować ich polską przeszłość. Utrata całości Kresów Wschodnich dokonała się bez polskiej aprobaty, przy wyraźnym sprzeciwie legalnego rządu emigracyjnego. Wielcy tego świata udawali, że tego nie słyszą, godzili się na grabież tych ziem, bo ta dokonywała się przecież nie ich kosztem. Pod tym względem niczym się to nie różniło od decyzji monachijskich w 1938 roku i odwracania wzroku od losu Czechosłowacji. Polskość Wilna czy Lwowa została w jednej chwili podana w wątpliwość i w imię innych, rzekomo ważniejszych celów uznano dokonywane zmiany graniczne.

.W obliczu zainstalowania w Polsce władz komunistycznych całkowicie podporządkowanych Moskwie cenzura zablokowała wszelkie badania nad losami dawnych ziem polskich na wschodzie. Nie tylko 17 września 1939 roku czy Katyń stały się białymi plamami. Historia Lwowa, Stanisławowa, Tarnopola nagle przestała istnieć. Tamtejsze rejony opisywano jako fragment nie tylko Związku Sowieckiego, ale jako rdzenne ziemie Rosji. Zakłamywano przeszłość. To była świadoma polityka. Zakładano, że kolejne pokolenia nie będą pamiętać, że uda się zlikwidować wspomnienie czasów, które starano się wymazać z historii. Nieopowiedziane historie nie istnieją. Zrobiono wiele, by tak właśnie się stało. Przywracanie pamięci nie jest łatwe. Napotyka opór, bo przecież o okropnościach wojny napisano tak wiele.

Po co więc wracać raz jeszcze do historii już napisanych? Przecież cały świat o nich wie. A może jednak nie? To właśnie jest to największe i najbardziej niebezpieczne złudzenie.

Polska i jej historia nigdy nie były jądrem opowieści o dziejach świata. Żyliśmy i nadal żyjemy w przekonaniu, że to, co spotkało naród polski w czasie II wojny światowej, jest częścią historii globalnej, doskonale znanej i zaakceptowanej. Niestety, nie jest to prawda. W czasach komunizmu opowieści z Polski nie przebijały się do świadomości zachodnich społeczeństw. Historyków zza żelaznej kurtyny nie traktowano jako wiarygodnych. Współcześnie, zajęci walką o modernizację kraju, o odrobienie strat będących pokłosiem komunizmu, znów zaniedbaliśmy walkę o pamięć. W efekcie historia tragedii II wojny światowej, która dokonywała się na okupowanych ziemiach II Rzeczypospolitej, nie jest częścią dyskursu, a już na pewno nie udaje się jej być elementem światowej świadomości. Można powiedzieć, że przegraliśmy tę wojnę po raz kolejny. Istnieją bowiem tylko te opowieści, które zostały opowiedziane, i dlatego właśnie należy ciągle od nowa pisać o losie Polski i Polaków w czasie II wojny światowej, a o tym na Kresach Wschodnich szczególnie.

Maciej Franz

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 15 grudnia 2023