Prof. Marek KORNAT: Spektakularna rewindykacja mocarstwowej roli

Spektakularna rewindykacja mocarstwowej roli

Photo of Prof. Marek KORNAT

Prof. Marek KORNAT

Historyk, sowietolog, edytor źródeł, eseista, profesor nauk humanistycznych i kierownik Zakładu Dziejów Dyplomacji i Systemów Totalitarnych w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie oraz na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Osiem kluczowych miesięcy wystarczyło, aby zmienić percepcję z kraju rządu Vichy do jednego z największych zwycięzców tej wojny – pisze prof. Marek KORNAT

.Historyk francuski wielkiego formatu Marc Bloch nazwał upadek Francji w czerwcu 1940 r. dziwną klęską (etrange defaite). Można powiedzieć więcej – była to katastrofa. Chociaż o losach zbrojnego starcia z Niemcami zadecydowała taktyka „wojny błyskawicznej”, której francuski sztab generalny nie był w stanie przeciwstawić niczego skutecznego – w świecie upowszechniało się przekonanie, że Francuzi nie chcieli się bić o cokolwiek. Tym samym nastąpiła zawiniona przez ten naród degradacja państwa mającego mocarstwowy status. Podczas narad trzech przywódców Wielkiej Koalicji zwłaszcza Stalin podkreślał niewielki wkład Francji we wspólny wysiłek sprzymierzonych mocarstw na frontach toczącej się II wojny światowej. 

Reżim Vichy kolaborujący z Niemcami nie wzbudzał szacunku. Skreślenie Francji z listy mocarstw przeprowadził amerykański prezydent Franklin Roosevelt. Nie bez satysfakcji uważał, że imperium kolonialne tej gasnącej potęgi będzie z korzyścią dla ludzkości zniesione. Doktryna „czterech policjantów świata” – czyli Rooseveltowska koncepcja nowego porządku światowego – zakładała trwałe przymierze dwóch mocarstw anglosaskich oraz Związku Sowieckiego i niekomunistycznych Chin, ale bez Francji. Widział w niej tylko minioną wielkość. Patrzył też na nią jako państwo mające imperium kolonialne, które wymaga likwidacji. 

W wyzwolonym Algierze Francuski Komitet Wyzwolenia Narodowego z generałem Charles’em de Gaulle’em na czele snuł jednak plany rewindykacji mocarstwowej roli własnego państwa. Wiosną 1944 r. pojawiła się idea nowej, odrodzonej Francji jako swoistego „pomostu” i siły sprawczej współpracy Zachodu ze Wschodem. W myśl tej tezy Francja powinna zwrócić się na Wschód, chociaż oczywiście należeć musi bezwzględnie do Zachodu. Rozwinięciem tej idei była koncepcja sojuszu z ZSRR, który niezbywalnie towarzyszyłby sojuszom z mocarstwami anglosaskimi. Przymierze z Sowietami – co istotne – miało podnieść rangę Francji w międzynarodowej hierarchii. Generał de Gaulle dobrze wiedział, że ZSRR leży daleko od Francji i jego możliwości naruszenia jej żywotnych interesów są nikłe albo żadne. 

Pakt obronny z ZSRR przeciw Niemcom – zawarty w Moskwie w grudniu 1944 r. – dawał Francji przychylność tego państwa, chociaż nie bez zastrzeżeń i nie w całej rozciągłości. Należy sądzić, że dyktator na Kremlu w długofalowej perspektywie chciał wykorzystać ambicje Francji przeciw Wielkiej Brytanii jako drugiemu mocarstwu zachodnioeuropejskiemu. Ceną tego porozumienia ze Stalinem było wymuszone przysłanie przedstawiciela dyplomatycznego do Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, chociaż francuski mąż stanu dobrze wiedział, że ludzie tworzący ten rząd ubezwłasnowolnionej Polski są tylko narzędziem Sowietów. De Gaulle napisał później w swoich Pamiętnikach nadziei, że terytorialne rozstrzygnięcia w postaci „przesunięcia nowej Polski” na zachód – które dochodziły do skutku pod koniec II wojny światowej – uważał za zrozumiałe. Wyraził jednak pogląd, że to mocarstwa anglosaskie (z udziałem Francji, ale nie w roli sprawczej) powinny były udaremnić Sowietom narzucenie narodowi polskiemu rządu komunistycznego. Stało się jednak inaczej. W realiach pojałtańskiego podziału świata Polska uległa „pochłonięciu przez olbrzymią machinę zewnętrzną” (l’absorption par quelque énorme appareil étranger), jak powie de Gaulle w Krakowie we wrześniu 1967 r., podczas swojej historycznej wizyty w PRL. 

Oczywiście nie los Polski, ale problem niemiecki stanowił centralne zagadnienie dla francuskiej polityki zagranicznej. Zanim doszło do bezwarunkowej kapitulacji armii niemieckiej 8 maja 1945 r., Francuzi mieli już ideę słabo spoistej „konfederacji niemieckiej”, czyli nowych Niemiec, zdecentralizowanych i osłabionych, pozbawionych mocarstwowej roli na długo, a przede wszystkim nieuzbrojonych. Tzw. plan René Massigliego zakładał konieczność dopuszczenia Francji do okupowania części Niemiec – obok Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i ZSRR. Batalia o to zajmowała centralne miejsce w polityce zagranicznej Republiki Francuskiej pod koniec wojny. 

Jest od dawna wiadome, że Jałta stanowi dla Francuzów bardzo złe miejsce pamięci – z innych powodów niż dla nas, Polaków, ale podobnie traumatyczne. Pamiętamy jeszcze noworoczną mowę prezydenta Republiki Mitterranda z 1 stycznia 1982 r., w której padły słowa „il faut sortir de Yalta”, a stanowi ona tylko streszczenie francuskiej racji stanu, wyrażającej się w przezwyciężeniu bipolarnego układu sił w świecie. To jednak nie powinno nam przesłonić innej prawdy. Otóż w historycznym rozrachunku robionym po latach Jałta wcale nie jawi się jako wielka klęska Francji, chociaż jej przywódcy nie zaproszono do stołu obrad, co nie mogło nie być uderzeniem w prestiż narodu przyzwyczajonego do specjalnego traktowania w stosunkach międzynarodowych. 

Francuski Rząd Tymczasowy liczył oczywiście na formalne włączenie do grona wielkich mocarstw, lecz Jałta to przekreśliła. Przeciw zaproszeniu Francji jako czwartego z nich zgodnie opowiadali się Stalin i Roosevelt. Tylko Churchill był przekonany, iż nowej Europie potrzebne będzie to państwo w randze mocarstwa dla utrzymania równowagi sił, a była to podstawowa kategoria brytyjskiego myślenia o stosunkach międzynarodowych. Można dodać, że w świecie niełatwo godzono się z myślą o układzie geopolitycznym Europy, w którym Francja pełni rolę „zdegradowanego mocarstwa”. 

W Jałcie Francja uzyskała jednak dużo. Przede wszystkim status mocarstwa zapraszającego na konferencję ustanawiającą Organizację Narodów Zjednoczonych w San Francisco, która miała się zebrać niebawem. Nastąpiło to w czerwcu 1945 r. Francję dopuszczono do podpisania Deklaracji o wyzwolonej Europie. Owszem, akt ów był tylko „świstkiem papieru” (jak powiedział Stalin do Mołotowa), lecz liczyły się przecież względy prestiżowe. Największe znaczenie miały jednak inne postanowienia. Francuzi mieli otrzymać własną strefę okupacyjną w pokonanych Niemczech. Sprzeciwiał się temu Stalin, ale po otrzymaniu zapewnienia, że nie pomniejszy to zasięgu strefy sowieckiej – wyraził swoją zgodę. Francja zabiegała o przyłączenie do Sojuszniczej Rady Kontroli w Niemczech. Adwokatem tu był Churchill, który argumentował, że postulat ów musi być spełniony, gdyż inaczej rola Francji w procesie okupacji Niemiec nie miałaby sensu. 

Co Francja przegrała w batalii dyplomatycznej o nowy ład europejski? Przede wszystkim odrzucono jej ideę granicy wschodniej na Renie, co postawił Rząd Tymczasowy, nawiązując tu do wielowiekowego dziedzictwa francuskiej myśli politycznej. Stanowcze opowiadanie się Francuzów przeciwko idei politycznej i gospodarczej jedności Niemiec również nie znalazło poparcia w stolicach mocarstw anglosaskich, chociaż Amerykanie, jak wiadomo, snuli pomysły rozbicia Niemiec i przekształcenia tego kraju w państwo rolnicze (tzw. plan Morgenthaua). Najbardziej przeciwny – co interesujące – był tej koncepcji jednak Stalin, który powtarzał hasło, że „Hitlerzy przychodzą i odchodzą, ale pozostaje naród niemiecki”. Przyświecało mu odbudowanie Niemiec jako państwa scalonego i neutralnego, które następnie mogłoby ulec ekspansji komunizmu. Ostatecznie powstały dwa państwa (1949), lecz nie spełnił się żaden scenariusz zakładający jego rozkład. 

Osobną sprawą pozostaje utrata francuskiego imperium kolonialnego po II wojnie światowej, którego de Gaulle’owi zatrzymać się nie udało. Tu jednak trzeba powiedzieć, że proces ten był nieunikniony. Zresztą doznała go i Wielka Brytania. Tzw. Unia Francuska (z mocy przepisów konstytucji IV Republiki z 1946 r.) upadła. Trzeba było utracić Indochiny Francuskie (po klęsce w r. 1954), także Maroko i Tunezję. Finałem będzie emancypacja Algierii na drodze wojny i ustępstw de Gaulle’a (1962). 

Dużym sukcesem francuskiej dyplomacji było uzyskanie wejścia do Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych w charakterze piątego stałego członka. Środkiem nacisku było tu odwoływanie się do koncepcji protektora państw mniejszych, które Francja miałaby zmobilizować przeciwko tak ekskluzywnej koncepcji „policjantów świata”. Dużą rolę w przyłączeniu tego kraju do ekskluzywnego grona mocarstw odegrało poparcie brytyjskie. Roosevelt po dłuższym oporze wycofał swój sprzeciw. Miało swoje znaczenie to, że w zespole przysługuje prawo veta. Później dojdzie jeszcze przywilej posiadania broni atomowej. 

Należy pamiętać o ograniczonym wkładzie Francji w zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej. Krótka kampania 1940 r. i partycypacja armii de Gaulle’a w wyzwoleniu kraju w r. 1944 – to właściwie wszystko. Nie miała armia francuska za sobą niczego podobnego do Stalingradu albo Bitwy o Anglię. Wyzwolenie zawdzięcza Francja powodzeniu wielkiej operacji Overlord. A jednak jako jedno z czterech mocarstw koalicji antyhitlerowskiej była reprezentowana przy kapitulacji armii niemieckiej. Przyznanie prawa do udziału w okupacji terytorium Niemiec dawało Francuzom poczucie udziału w decydowaniu o ich losie. Był to bardziej prestiż mocarstwowy niż korzyści z rzeczywistego sprawowania władztwa nad częścią terytorium wroga. Strefa okupacyjna Francji w pobitych Niemczech objęła Saarę, część Badenii, Palatynat (w tym obszary położone na zachód od linii Renu). 

Przywódca Francji nie został zaproszony na ostatnie zebranie liderów koalicji antyhitlerowskiej w Berlinie (lipiec–sierpień 1945). Utrzymana została ekskluzywnie pojmowana koncepcja trzech mocarstw, lecz nie powzięto żadnych postanowień godzących w interes Francji. Co więcej, mocarstwową rangę Francji podkreślało zaproszenie na konferencji w Poczdamie do partycypacji w Radzie Ministrów Spraw Zagranicznych mocarstw sprzymierzonych. Ciało to (złożone z czterech członków) miało przygotować traktaty pokojowe z Niemcami i ich byłymi aliantami. W roli tej Francja została jednak – decyzją trzech mocarstw – ograniczona. Miała brać udział tylko w pracach nad warunkami pokoju z Niemcami i Włochami, gdyż z nimi była w stanie wojny, ale już nie z takimi sojusznikami Niemiec, jak Węgry, Rumunia, Bułgaria czy Finlandia. Jak wiadomo, w Paryżu – 10 lutego 1947 r. – podpisano takie traktaty tylko z byłymi aliantami III Rzeszy, pozostawiając sprawę pokoju z Niemcami bez rozstrzygnięcia. Konflikt – który historiografia nazywa zimną wojną – wybuchł z całą mocą w marcu tego roku i uniemożliwił dalsze procesowanie Rady Ministrów Spraw Zagranicznych. Pokój z Niemcami nie zostanie zawarty już nigdy. Zastąpi to porozumienie „dwa plus cztery” z 1990 r., z mocy którego zniesiona została odpowiedzialność czterech mocarstw za Niemcy, którym pozwolono się zjednoczyć według planu kanclerza Kohla. 

Należy zaznaczyć, że de Gaulle nie był bynajmniej orędownikiem sojuszu swego kraju z Sowietami bez zważania na zagrożenie, jakie to państwo niesie wolnemu światu. Jego rząd nabrał podejrzeń nawet do takiej koncepcji, jaką była złożona w Paryżu przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej propozycja odnowienia przymierza z Polską. Przyświecała mu naonczas idea transatlantyckiej jedności Zachodu. W Stanach Zjednoczonych widział niezbędną siłę wolnego świata. Rozumiał jako coś koniecznego ich stałą obecność w Europie. To się u niego zmieni, ale później, kiedy stanie na czele narodu jako prezydent Republiki. 

W batalii dyplomatycznej o nowy ład europejski liczyło się to, że Francja ma przywódcę, którego nie plamiła kolaboracja. Ważne było to, że wybrał trudną drogę walki, podczas gdy społeczeństwo francuskie zasadniczo podporządkowało się rządom marszałka Petaina. Swoje znaczenie w międzynarodowym odbiorze de Gaulle’a miał także brak taryfy ulgowej dla kolaborantów i zdrajców. 

* * *

.Proces rewindykacji mocarstwowej roli Francji w latach 1944–1945 był istotnie bardzo spektakularny, a przede wszystkim efektywny. Pozostaje go jedynie porównywać z tak cudownymi zjawiskami w stosunkach międzynarodowych, jak np. wojna siedmioletnia (1756–1763), którą Prusy przegrały z wielką koalicją (Austria, Rosja Francja), wychodząc jednak z niej bez strat terytorialnych i unikając degradacji w europejskiej hierarchii, gdyż nastąpiło „odwrócenie sojuszy”, ponieważ Rosja po przewrocie w Petersburgu wycofała się z wojny, nie stawiając żadnych warunków. 

Trzeba oczywiście zwrócić uwagę, że hierarchia światowa uległa zasadniczemu przeobrażeniu w następstwie II wojny światowej. Pojawiły się dwa supermocarstwa jako najważniejsze – Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki. O takiej pozycji nie mogła myśleć Francja, lecz w tej wspólnocie wartości, jaką była „cywilizacja atlantycka” (sformułowanie prof. Oskara Haleckiego), odegrała swoją niezastąpioną rolę. 

Jak wiadomo, generał de Gaulle – twórca sojuszu z Sowietami – przyjął Francuską Partię Komunistyczną do rządu. Panują wśród historyków przekonania, że uratował tym swój kraj od wojny domowej. Nie naraził go jednak na klęskę. Już po odejściu generała z urzędu szefa rządu – premier Ramadier odsunął FPK od udziału w sprawowaniu władzy. Ugrupowanie to zresztą wygrywało wybory (i to wolne), ale nie miało żadnej zdolności koalicyjnej (mówiąc dzisiejszym językiem).  Jakże inny w porównaniu z Francją był los Polski, z powodu której przecież rozpoczęła się II wojna światowa. Została oddana pod panowanie Stalina lekką ręką światowych przywódców – mimo atutów, jakie zdobył naród polski, mówiąc Hitlerowi swoje „nie” w r. 1939, a później na frontach wojny, wreszcie w działaniach największej armii podziemnej okupowanej Europy.

.Kiedy porównujemy los Francji i Polski w konsekwencji II wojny światowej, trzeba powiedzieć, że tej pierwszej przypadła rola odnowionego mocarstwa, a tej drugiej – kolonii sowieckiej. Polska wszakże zdołała przetrwać, zachowując tożsamość narodu. Mimo wszystko warto w związku z tym doświadczeniem odwołać się do słów gen. de Gaulle’a z jego listu do polskiego dyplomaty, ambasadora rządu na uchodźstwie, Kajetana Morawskiego, z 1 stycznia 1958 r., pisanych pod świeżym wrażeniem polskiego Października 1956. Polska – pisał francuski mąż stanu – „w gruncie rzeczy rozegrała swoją partię zwycięsko, bo pozostała sobą”. Historyk do tego stwierdzenia właściwie nie ma niczego do dodania. Pozostaje oczywiście wielkie pytanie, czy te słowa można powtórzyć dzisiaj.

Marek Kornat
Tekst ukazał się w nr 46 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 12 stycznia 2023
Fot. Christian HARTMANN / Reuters / Forum