Prof. Richard BUTTERWICK-PAWLIKOWSKI: I Rzeczpospolita. Potęga mimo woli

I Rzeczpospolita. Potęga mimo woli

Photo of Prof. Richard BUTTERWICK-PAWLIKOWSKI

Prof. Richard BUTTERWICK-PAWLIKOWSKI

Profesor historii polskiej i litewskiej na Uniwersytecie Londyńskim. Autor książki „Rozkwit i upadek Rzeczypospolitej”.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

Rzeczpospolita była wspólnotą obywateli, których celem była wolność. Nie istniała po to, by wspierać ambicje swoich monarchów, podbijać terytoria, gromadzić bogactwa i zdobywać chwałę. Chodziło o wolność – mówi prof. Richard BUTTERWICK-PAWLIKOWSKI w rozmowiie z Agatonem KOZIŃSKIM

Agaton KOZIŃSKI: – Jakim krajem była I Rzeczpospolita?

Prof. Richard BUTTERWICK-PAWLIKOWSKI: – Już samo słowo „Rzeczpospolita” może mylić. Powszechnie rozumie się je jako „republika”, ale nie jest to znaczenie jedyne. Na angielski tłumaczy się je jako „Commonwealth”, czyli wspólnota. Wyraz pochodzi od łacińskiego zwrotu res publica, który tłumaczy się i jako „republika”, i jako „wspólnota”. Tym łacińskim zwrotem brytyjscy historycy określają m.in. XVII-wieczne państwo Olivera Cromwella, w którym nie było króla. Aczkolwiek we wczesnym okresie republikanizmu wcale nie było to równoznaczne z brakiem króla. Wtedy ten system oznaczał przede wszystkim ograniczenie władzy monarchy oraz postawienie wspólnego dobra (res publica) w centrum systemu wspólnoty.

– Dokładnie tak to wyglądało w I Rzeczypospolitej. W tym kierunku szły kolejne przywileje szlacheckie – od przywileju koszyckiego z 1374 roku.

– Powtarza pan określenie „I Rzeczpospolita” na opisanie państwa przedrozbiorowego, choć jest to zwrot ahistoryczny. Pierwszą zaczęto tak nazywać dopiero po 1918 roku, żeby w ten sposób podkreślić ciągłość odrodzonego wtedy państwa polskiego, określanego jako II Rzeczpospolita. Ignacy Daszyński, pierwszy premier odtworzonej Polski, próbował wprowadzić do użytku określenie „Republika Polska”, które jednak się nie przyjęło. Często za to spotyka się nazwę Rzeczpospolita Obojga Narodów na określenie państwa polsko-litewskiego, które spopularyzował historyk Paweł Jasienica w latach 60. poprzedniego stulecia. Ale bez względu na to, jakiego określenia użyjemy, chodzi o dobrowolną unię Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim, zawiązaną w Krewie w 1385 r., a utrwaloną w Lublinie w 1569 r., która istniała do 1795 r.

– To państwo to czas złotej wolności szlacheckiej. „Nihil novi sine communi consensu” (Nic nowego bez zgody ogółu) – głosił akt prawny z 1505 r., wzmacniający pozycję szlachty względem króla. To była siła Rzeczypospolitej czy jej słabość?

– Wszystko zależy od tego, w którym miejscu zawiesi się poprzeczkę. Dziś często państwo polsko-litewskie przedstawia się jako kraj anarchiczny. Tyle że anarchia w czystej postaci – mówimy o niej, gdy silni mogą bezkarnie gnębić słabych w wyniku załamania się centralnej władzy na znacznej części terytorium kraju – była rzadkim zjawiskiem, występującym czasami jedynie na obrzeżach Wielkiego Księstwa Litewskiego w latach 80. i 90. XVII wieku. Częściej już I Rzeczpospolita była świadkiem nieporządku, czyli nierządu. Ale też taki stan rzeczy traktowano jako cenę, którą trzeba zapłacić za wolność. Alternatywą dla niej była, by zacytować starożytnego rzymskiego historyka Salustiusza – ulubieńca polsko-litewskiej szlachty i mieszczan – „spokojna niewola”.

– Jak opisałby Pan Rzeczpospolitą Obojga Narodów? Co charakteryzowało to państwo?

– Najkrócej rzecz ujmując, można powiedzieć, że Rzeczpospolita była wspólnotą obywateli, których celem była wolność. Nie istniała po to, by wspierać ambicje swoich monarchów, podbijać terytoria, gromadzić bogactwa i zdobywać chwałę. Chodziło o wolność.

– „Nie chcę być królem sumień waszych” – mówił Zygmunt II August, podkreślając, że ta wolność idzie w parze także z tolerancją.

– Tyle że zachowanie tej wolności wymagało utrzymania kruchej równowagi między monarchią, arystokracją (reprezentowaną przez Senat) i demokracją (reprezentowaną przez szlachtę w Sejmie). Wolność, zabezpieczona zbiorowym uczestnictwem obywateli w państwie, była potrzebna do zachowania praw, przywilejów i własności, którymi cieszyli się poszczególni obywatele. A uczestnictwo to wymagało kultywowania i praktykowania cnót obywatelskich, bo tylko w ten sposób ta wolność nie miała osunąć się w nierząd i anarchię.

– I Rzeczpospolita była przez krótki czas najpotężniejszym krajem w Europie. Czy siła państwa polsko-litewskiego wyrosła sui generis, czy była raczej konsekwencją słabości ówczesnej Europy Zachodniej i Rosji?

– Na pewno nie było celem Rzeczypospolitej stać się najpotężniejszym krajem w Europie. Oddzielna sprawa, że w okresie władzy Kazimierza Jagiellończyka w połowie XV wieku zajmowała obszar większy niż jakakolwiek inna monarchia. Była większa, ale nie potężniejsza. Pod tym względem państwu polsko-litewskiemu trochę brakowało do Królestwa Węgier Macieja Korwina. Ówczesne Imperium Osmańskie było potężniejsze niż jakakolwiek monarchia chrześcijańska, przynajmniej do czasu konsolidacji imperium hiszpańskiego w połowie XVI wieku czy późniejszego rozwoju Francji Ludwika XIV. Natomiast rozkwit Rzeczypospolitej jako najsilniejszej potęgi północno-wschodniej Europy trwał od zwycięstw Stefana Batorego nad Moskwą w wojnie z lat 1577–1582 do wybuchu wielkiego powstania kozackiego pod wodzą Bohdana Chmielnickiego w 1648 roku.

– W tym samym roku zawarto też pokój westfalski kończący wojnę trzydziestoletnią. Zbieg okoliczności?

– Z pewnością Rzeczypospolitej rozwój potęgi ułatwił fakt, że austriaccy Habsburgowie najpierw byli zajęci Imperium Osmańskim i potem wojną trzydziestoletnią, w którą państwo polsko-litewskie nie było uwikłane. Dodatkowo księstwo moskiewskie pogrążyło się w Wielkiej Smucie, która trwała do objęcia władzy przez dynastię Romanowów w 1613 roku.

Ówczesna Rzeczpospolita była bardzo groźna. Znakomici dowódcy wiedzieli, jak najlepiej wykorzystać elastyczną i zwrotną husarię. Potrafili także skorzystać z ulepszeń artylerii i fortyfikacji polowych. Szwecja i Imperium Osmańskie były wtedy w stanie wygrać pojedyncze bitwy z wojskiem polsko-litewskim – ale nie mogły wygrać w wojnie. Oddzielna sprawa, jak Rzeczpospolita te sukcesy wykorzystywała.

– Zatrzymując Turków pod Wiedniem w 1683 r., Jan III Sobieski uratował całą Europę przed osmańską inwazją.

– Ale jednocześnie trudno uwolnić się od przekonania, że te wszystkie zwycięstwa mogłyby być bardziej okazałe, gdyby szlachta zdecydowała się ponosić większe obciążenia fiskalne. Tyle że ona obawiała się, że te triumfy niebezpiecznie wzmocniłyby monarchów – a to z kolei byłoby sprzeczne z duchem res publiki.

– I to był główny powód upadku państwa polsko-litewskiego? Czy Rzeczpospolita mogła uniknąć swojego losu w XVIII wieku?

– Punkt zwrotny w dziejach Rzeczypospolitej jako suwerennej potęgi nastąpił pod koniec wielkiej wojny północnej trwającej w latach 1700–1721. Wcześniej państwo polsko-litewskie, choć silnie zdecentralizowane, wykazywało się niezwykłą odpornością w poszczególnych wojnach toczonych na jej ziemiach po 1648 roku. Jednak kolejne konflikty okazały się dla Rzeczypospolitej wyniszczające pod względem gospodarczym i demograficznym. W drugiej dekadzie XVIII wieku to wyczerpanie okazało się przytłaczające. Narastały problemy gospodarcze, fiskalne i militarne. Na to jeszcze nałożył się pogłębiający się kryzys zaufania wśród szlachty, który znalazł destrukcyjne ujście w nadużywaniu zasady liberum veto.

– Łącznie Sejmy zostały zerwane 73 razy, najczęściej działo się to właśnie w pierwszej połowie XVIII wieku.

– Zbyt sztywne stosowanie zasady jednomyślności w połączeniu z instynktowną niechęcią do akceptacji zmian spowodowało pogłębiający się paraliż ciała ustawodawczego. Inne mocarstwa europejskie szybko dostrzegły ten kryzys – i uznały tę sytuację za zbyt korzystną dla siebie, by ją zignorować.

Ówcześni władcy rosyjscy byli zdeterminowani, aby maksymalnie osłabić państwo polsko-litewskie – Moskwa w ten sposób szukała sposobu na przeniesienie swojej potęgi na zachód, w kierunku serca Europy. I była w tym skuteczna, z kolei Rzeczpospolita nie znalazła metody na to, żeby zapobiec takiemu rozwojowi sytuacji. Trudno wymyślić optymistyczny scenariusz, w którym Rzeczpospolita mogłaby odzyskać swobodę działania na więcej niż kilka lat.

– Jaki wzajemny stosunek do siebie miały narody tworzące I Rzeczpospolitą?

– Sam termin „naród” nie jest do końca precyzyjny. Na początku ery nowożytnej raczej odnosił się do grup, które łączyła ta sama kombinacja językowa, religijna, kulturowa czy polityczna, na bazie czego powstawała wspólnota, która później przerodziła się w naród – bo nie uważam, że narody zostały „wymyślone” czy „wyobrażone” pod koniec XVIII wieku, proces ich tworzenia był głęboko osadzony w historii. Termin „naród polski” odnosił się w pierwszej kolejności do członków szlachty Rzeczypospolitej, niezależnie od jej pochodzenia etnicznego. W Wielkim Księstwie Litewskim pokrywał się z „narodem litewskim”, czyli szlachetnymi obywatelami Wielkiego Księstwa. Niekiedy znajdujemy w źródłach odniesienia do Rusinów – narodu ruskiego związanego z obywatelami i aspirującymi obywatelami, przeważnie prawosławnymi, zamieszkującymi rozległe ziemie należące niegdyś do Rusi Kijowskiej, ale nie do narodu ukraińskiego. Ówczesna Ukraina stanowiła region przygraniczny nad brzegiem Dniepru, zajmowała znacznie mniejszy obszar niż dzisiejsza niepodległa Republika Ukrainy. Natomiast sama koncepcja narodu ewoluowała. Pod koniec XVIII wieku, zwłaszcza podczas Sejmu Czteroletniego (1788–1792), została ona rozszerzona o mieszczan, chłopów i wszystkich mieszkańców Rzeczypospolitej. Podobnie rozwijająca się idea narodu litewskiego nieustannie współistniała z ideą narodu polskiego.

– Jak opisałby Pan dziedzictwo państwa polsko-litewskiego? Czy kraje, które kiedyś tworzyły I Rzeczpospolitą, mają dziś ze sobą coś wspólnego?

– Współczesna Polska dużo chętniej odwołuje się do dziedzictwa Rzeczypospolitej niż pozostałe narody, które również – ze względów historycznych – miałyby do tego prawo. Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę sposób, w jaki Polacy przedstawiali się w porównaniu z innymi narodami od końca XIX wieku. Ta protekcjonalna postawa zaczęła się zmieniać dopiero po II wojnie światowej pod wpływem argumentacji przedstawionej przez Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego, redaktorów paryskiej „Kultury”.

– „Wielu uważa za ideał niepodległą Polskę sfederalizowaną z Litwą, Ukrainą i Białorusią. Innymi słowy, alternatywą rosyjskiego imperializmu może być tylko polski imperializm. Możemy domagać się od Rosjan wyrzeczenia się imperializmu, pod warunkiem że my sami raz na zawsze wyrzekniemy się naszego imperializmu we wszystkich jego formach” – pisał Mieroszewski na łamach „Kultury”. Współtworzył on koncepcję UBL, mówiącą, że suwerenność Ukrainy, Białorusi i Litwy (UBL) sprzyja niepodległości Polski.

– Zgadza się. To wszystko działo się w okresie bardzo silnej dominacji Związku Radzieckiego, od którego powojenna Polska była silnie zależna, a pozostałe państwa dawnej Rzeczypospolitej stanowiły jego część. Zresztą zmiana w sposobie myślenia zaproponowana przez Giedroycia i Mieroszewskiego wymagała diametralnej zmiany w sposobie myślenia wielu Polaków – bo zakładała ona zaakceptowanie trwałego przesunięcia na zachód powojennych granic Polski, czyli rezygnację z odzyskania Wilna, Grodna i Lwowa. Dla Polski przedwojennej taka filozofia myślenia była niepojęta – ale jednocześnie to ona obowiązuje w polskiej polityce zagranicznej od 1991 roku. Od tamtej pory doszło do wielu zmian rządów, ale żaden z nich nie zmienił tego podejścia. Na pewno pomogło to w stosunkach z Litwą i Ukrainą mimo bagażu konfliktów z pierwszej połowy XX wieku.

– Dawne stereotypy są już trwale przełamane?

– Cały czas widać rozbieżności. Dziedzictwo Wielkiego Księstwa Litewskiego jest inne niż dziedzictwo Rzeczypospolitej. Ale oczywiście w wielu miejscach te spuścizny nakładają się na siebie, co podkreślają przede wszystkim Litwini i niezależnie myślący Białorusini. Ale to dziedzictwo dotyczy również Ukraińców, Łotyszy, a nawet Żydów.

– Odwołania do tego dziedzictwa pojawiają się coraz częściej. Czy ono staje się stałym elementem w Europie Środkowo-Wschodniej, czy to raczej konsekwencja agresywnej polityki Rosji, która sprawia, że Litwie, Polsce i Ukrainie stało się bliżej do siebie?

– Zagrożenie ze strony neoimperialnej Rosji Putina jest w tej materii kluczowe. Litwa wykazała się imponującą odwagą, przeciwstawiając się globalnie agresywnemu chińskiemu reżimowi komunistycznemu.

– Wilno m.in. wzmacnia stosunki dyplomatyczne z Tajwanem jako jedyny kraj UE.

– Generalnie wielu Polaków, Litwinów, ale też Ukraińców życzy sobie dostatniej i bezpiecznej przyszłości w Unii Europejskiej i NATO. Mieszkańcy tych państw chcą się cieszyć wolnymi i uczciwymi wyborami, wolnymi, pluralistycznymi i uczciwymi mediami, niezależnymi i bezstronnymi sądami, siłami policyjnymi, które służą obywatelom, a nie ich zastraszają. Zależy im na uczciwym, umiarkowanym oraz przewidywalnym systemie podatkowym, który premiuje przedsiębiorczość, a nie oszustwa. I szukają polityków, gotowych ciężko pracować na rzecz wspólnego dobra – res publiki – zamiast wprowadzać podziały wewnątrz społeczeństwa w celu zdobycia lub utrzymania władzy oraz wzbogacenia siebie i swoich kumpli kosztem funduszy publicznych.

– Myśli Pan, że te marzenia są także udziałem Białorusinów? Mińsk dołączy do grona państw umiejących wyrwać się spod dyktatury?

– Białorusini sami dowiedli, że chcą innego państwa niż to, które mają teraz. Miejmy nadzieję, że ich marzenie się spełni. Reżim Łukaszenki w końcu upadnie. Жыве Беларусь!

Rozmawiał Agaton Koziński
Tekst ukazał się w nr 33 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 18 stycznia 2022
Fot. Bitwa pod Orszą. Marek Skorupski/Forum