Siostra CATHERINE: Opowieść górskiej eremitki

Opowieść górskiej eremitki

Photo of Siostra CATHERINE

Siostra CATHERINE

Katolicka eremitka, nie należy do zakonu ani do żadnej innej wspólnoty.

Modlitwa i praca zajmują większość czasu, ale trzeba też odnawiać siły. Życie pustelnicze na łonie przyrody nie oszczędza, zmuszając do przekraczania własnych ograniczeń. Oczywiście chodzi w nim o bezwarunkowe oddanie się na służbę Bogu, nawet gdyby pociągało to za sobą ryzyko utraty życia dla Niego. Nie należy jednak trwonić życia na lekkomyślne poczynania – pisze Siostra CATHERINE

.Regeneracji sił służą konieczna odmiana, dostateczna różnorodność, a przede wszystkim przerwanie długotrwałego wysiłku, napięcia, skupienia koniecznego do pracy lub aktywności ponad miarę. W klasztorze bardzo „szkolna” wydawała mi się nazwa „rekreacja”, którą określano chwile wspólnego odpoczynku po obiedzie. Zwrócono mi uwagę, że słowo to pochodzi od łacińskiego czasownika recreare – „stworzyć na nowo, przywrócić do życia” – który nabiera pełnego znaczenia w kontekście religijnym.

To oznaczało nie tyle rozrywkę lub odpoczynek po normalnym zmęczeniu na skutek wysiłku i pracy, ile wewnętrzną odnowę. Chodzi zatem o odzyskanie pierwotnego zapału i poddanie się przemianie w duchu rozwoju, po to aby swoją motywację potwierdzić bądź skorygować na podstawie zdobytego doświadczenia.

W istocie na tej górze, chociaż daje się odczuć mozół pracy, dodatkowo obciążony nader surowymi warunkami bytowania, zgoła nie istnieje powszednia monotonia. Urozmaicenie stanowi część codzienności, dlatego przez dziesięć lat nie czułam potrzeby wyjazdu ani przeznaczenia czasu na wypoczynek. Należy przyznać, że dużą w tym rolę odgrywa urok miejsca pomimo trudów życia. Każda pora roku niesie własne piękno, największym zaś urokiem odznaczają się jesień i zima.

Naturalnie wiosna ze swoim kwieciem to wspaniała pora roku, długo wyczekiwana po zimowych utrudnieniach. Niemniej spóźnione uderzenia mrozu i opady śniegu zdarzające się aż do maja nie sprawiają, że na tej górze wiosna staje się łagodnym, kojącym okresem; w tym czasie często przechodzą gwałtowne burze i gradobicia. Z kolei latem źródło daje mniej wody, a niekiedy wręcz wysycha. Nie, bezdyskusyjnie najbardziej „rekreacyjną” porą roku jest jesień: góra płonie barwami od jaskrawej żółci po czerwień sumaków, przechodząc przez wszystkie odcienie pomarańczu klonów, poprzetykanego ognistą rudością buków. Całe to piękno pomaga człowiekowi odnaleźć sens egzystencji ofiarowanej Bogu, ilekroć ogarnia go nadmierne znużenie. Mimo wszystko wypada dopowiedzieć, że osoby, które wędrują po górach lub odpoczywają na łonie przyrody, przejawiają niefortunną skłonność do przypisywania żyjącym tu ludziom swoich skojarzeń i wyobrażeń związanych z wolnym czasem, które nieodwracalnie wraziły im się w umysł. Wszelako życie pozbawione wygód – brak wody i elektryczności, poruszanie się wyłącznie piechotą – nie pozwala na swobodne gospodarowanie czasem. W lecie, kiedy ze źródła kapie kropla po kropli, napełnienie butli wodą może zabrać czterdzieści minut, nie licząc drogi. Czyszczenie świeczników i lamp naftowych wymaga takiej ilości czasu, o jakiej nie mają pojęcia ludzie używający oświetlenia elektrycznego.

Na tej górze nauczyłam się odnawiać swoje siły, podejmując na zmianę wysiłek różnego rodzaju. Jeżeli kolejno zajmuję się wodą, praniem i noszeniem, to ulegam wyczerpaniu; jeżeli natomiast zamieniam i przeplatam te trudy z szyciem, pisaniem listów lub czyszczeniem lamp, pod koniec dnia nie ogarnia mnie zmęczenie. Organizując sobie w ten sposób dzień, następnie tydzień, miesiące i lata, człowiek poznaje równowagę ogólnoludzką i swoją własną; pojmuje do głębi, co jest ludzkie, a co nie, co odczłowiecza albo przeciwnie – buduje, wzmacnia z każdym kolejnym dniem. Odkryłam nawet sztukę życia, która mi przywróciła jego umiłowanie. Mogłam też dopomóc kilku osobom, które utraciły równowagę i kontrolę wskutek nierozpoznania swoich prawdziwych potrzeb, przytłumionych pod naciskiem współczesnego stylu życia.

Na tej górze praca i względne odprężenie mogą się zatem ściśle splatać. Wracając do piękna przyrody: ono z pewnością pomaga, przede wszystkim jednak moralnie, wewnętrznie. Zwłaszcza w przygnębieniu, spowodowanym po trosze dzikością miejsca, a głównie powierzanymi nietypowymi intencjami modlitewnymi, można zaznać ulgi dzięki temu górskiemu pięknu. Pomaga ono zwrócić się ponownie ku pięknu Boga, ku wspaniałości Jego zamysłów. Na końcu to Jego piękno pochłonie wszelką szpetotę i grozę, a Jego miłość zatryumfuje.

Tutaj pięknie wygląda nawet deszcz, zaciągający czarowne welony mgły, parne kotary w subtelnych odcieniach. Po deszczu oświetlona słońcem pustelnia niekiedy unosi się ponad oceanem opalizujących chmur, które pokrywają dolinę.

Podziwiam ten cud przez pewien czas, zanim pokrzepiona wrócę do swoich zajęć, do codzienności. Deszcz przynosi nie tylko zjawiska estetyczne, lecz także wielkie, upragnione dobrodziejstwo. Chcąc ograniczyć swoje przemieszczanie się po górach, staram się gromadzić deszczówkę do prania. Nie jest to błahe przedsięwzięcie. Na początku trzeba było postawić dwustulitrowe beczki, z których dwie pierwsze przywieźli na osłach znajomi. W późniejszych latach sama przyniosłam na plecach (co za wyprawa!) kilka beczek, gdyż po pewnym czasie pękały wskutek dużych zmian temperatury. Ażeby urządzić pranie, nie wystarcza drobny, nawet długotrwały deszczyk: potrzeba prawdziwej ulewy, choćby krótkiej, która najpierw zmyje z dachu wszelakie resztki i osady naniesione przez wiatr i zwierzęta. Należy zatem wyczekać chwili, aż dach się oczyści, i wtedy można gromadzić świeżą wodę. Pierwszą jej partię przeznaczam na opłukanie beczek i wiader, co siłą rzeczy odbywa się w deszczu. Dopiero wtedy mogę ustawić naczynia na zebranie wody. Przenoszę ją porcjami do beczek magazynowych stojących na małym tarasie w dole, zabezpieczonym od wiatru z północy. Mozolna to praca, która jednak oszczędza moje nogi, odciążając je od chodzenia do źródła.

Na tym sprawa się nie kończy. Ażeby się dostać na dolny taras, korzystałam z wąskiej, stosunkowo łatwo dostępnej półki skalnej. Pomału jednak rozsadził ją krzew wyrastający z podłoża: dzień po dniu obserwowałam, jak potężny blok coraz niebezpieczniej oddziela się od skały. Trzeba było porzucić ten szlak i znaleźć jakiś inny… To jakieś trzy metry schodzenia1 po skałach, co nawet z użyciem liny nie zmniejsza ciężaru tobołów z praniem lub różnych przyborów.

Na tym wciąż jeszcze nie koniec. Kiedy się przybywa do dziczy, nic nie nadaje się do potrzeb człowieka. Niezbędne miejsce trzeba sobie oczyścić, wyrównać, zagospodarować; dotyczy to nawet minimum bytowego o najwyższym stopniu niedogodności. Jeżeli chodzi o pranie, to aby nie psuć sobie pleców pochylaniem się nad baliami stojącymi na ziemi, musiałam sporządzić jakby stoły z kamieni do pracy na odpowiedniej wysokości. Ta wstępna, ciężka praca fizyczna powtarza się regularnie, ponieważ kamienie się obsuwają pod działaniem atmosfery i ciężarem wypełnionych cebrzyków.

Jak widać, zaopatrywanie się w wodę i urządzanie prania to czynności wymagające, mozolne. Moje elementarne wyposażenie nie dorównuje jakością nawet biwakowi. Przyjmuję to jednak z głębokim zadowoleniem w duchu całkowitej ofiary z siebie, w postawie solidarności z sytuacją życiową ludzi, do których nie można by dołączyć w inny sposób – a nadto ze świadomością, że zostaje się wysłuchanym, albowiem moja modlitwa angażuje moje uczynki, moje ciało, nie tylko moje dobre intencje. Od czasu do czasu Bóg wysłuchuje mnie cudownie, podsycając mój zapał, aby nie wygasł w ciągu zwyczajnych lat, w których znikają wyjątkowe interwencje. Zdumienie tym działaniem wśród piękna przyrody podtrzymywało mnie przez dziesięć lat. Później, z racji wieku i zmęczenia, trzeba było planować pobyty wypoczynkowe poza eremem.

Na miejscu wszakże zachodzą też zmiany w faunie i florze. Kwiaty nie odradzają się w jednakowej postaci z roku na rok. Owszem, w większości wypadków tak się dzieje, ale całość podlega swego rodzaju odnowie w trzy-czteroletnim cyklu. A więc znów niespodzianka, zadziwienie. Podobnie w świecie zwierząt: Stwórca aranżuje spotkania z wiewiórkami, dzięciołami, borsukami, kozicami, kukułkami, orłami, motylami, sarnami, ważkami… tak wiele chwil przerwy, które przyjmuję z wdzięcznością i które oczywiście przynoszą mi potrzebne odprężenie. Przyroda mnie oswoiła: nauczyła cieszyć się momentami rozluźnienia, kiedy nadchodzą, baczyć na niespodziewane, otwarcie przyjmować nieoczekiwane, włączać się w rytm odmienny od wyznaczonego przez ustalenia i przewidywania poczęte w moim umyśle. Wszystko to wymaga natężonej uwagi – nie można jej wyłączyć nawet na chwilę. Nasuwa się pytanie, jak to możliwe: w jaki sposób rozluźnienie może iść w parze z ustawicznym napięciem uwagi? Na tym polega urok życia poza cywilizacją, co dobrze zilustrują dwa przykłady.

Znużona ciągłym schodzeniem tą samą ścieżką, postanowiłam dla urozmaicenia skorzystać z innej, choć dłuższej. Poprzedniego dnia padał obfity deszcz i znów pokazało się słońce, lecz od czasu do czasu przesuwały się nisko gęste chmury. Nie znałam dobrze tej części gór, nie należało jednak zakładać żadnego niebezpieczeństwa. Podążałam przed siebie wzdłuż grzbietu z zachwytem i wdzięcznością. Wtem przybliżyła się do mnie nisko zawieszona, bardzo zwarta chmura. Zdawałam sobie sprawę z tego, że chyba rozsądniej byłoby przystanąć i zaczekać, aż ona przejdzie, zamiast kontynuować marsz w gęstej mgle, nie widząc nic poza swoimi stopami. Droga wszakże wiodła prosto jak po sznurku i nic mi nie groziło. Przez pewien czas stawiałam więc jedną nogę przed drugą, ufając, że nie zbaczam ze szlaku. Zatrzymał mnie lekki niepokój: powinnam iść trochę pod górę, a nie w dół jak teraz… Zdecydowałam się poczekać na ustąpienie mgły, aby się rozejrzeć. Spotkało mnie zaskoczenie! Tak bardzo zboczyłam w lewo, że brakowało trzydziestu centymetrów, a spadłabym z urwiska; nigdy by mnie nie odnaleziono. Wędrować w takiej niskiej, gęstej chmurze to jak kroczyć z przewiązanymi oczyma – człowiek traci orientację w terenie. Ktoś zapyta: jak można zapomnieć, że stąpa się w pobliżu urwiska?

Otóż chatka stoi na krawędzi urwiska, grota wisi nad urwiskiem, krótko mówiąc – wszędzie jest jakieś urwisko. Fakt ten należy do mojej codzienności i całkowicie do niego przywykłam.

Innym razem, gdy wracałam z zakupami, postanowiłam wpierw zjeść obiad nad potokiem, a następnie wejść na górę. Rozłożyłam się więc na płaskim kamieniu tuż nad wodą, w pięknym, choć trochę wietrznym miejscu. Potem oddaliłam się kawałek, aby umyć sztućce tam, gdzie łatwiej było zejść do wody. Wtem usłyszałam przeciągły, złowieszczy trzask: na to miejsce, które właśnie opuściłam, runęło drzewo, chociaż nie wyglądało na bardziej wyschnięte od pozostałych.

Z początku takie rzeczy dziwią, a później człowiek się przyzwyczaja. Tego rodzaju wypadków przytrafiały mi się dziesiątki. Raz o niespełna metr minęło mnie wielkie osuwisko, co skwitowałam uwagą: „Znowu pudło”. (W wielkiej samotności człowiek rozmawia, z kim tylko może…)

Kiedy wygasły emocje, zastąpiła je ufność w Bożą opiekę. Właśnie to zaufanie owocuje prawdziwym rozluźnieniem. Incydenty takie jak wyżej opisane uczą w pełni doceniać każdą chwilę taką, jaka trwa, ponieważ następna może się okazać całkiem inna – oraz szybko przechodzić dalej krokiem jednocześnie swobodnym i ostrożnym…

Widać, że życie wśród dzikiej przyrody nie pozwala na sielankowe lenistwo; zresztą stałe tu przebywanie na jej warunkach różni się znacznie od sporadycznych wycieczek w plener. Nasze środowisko życiowe przenika nas i kształtuje, głęboko na nas oddziałując. Przyroda używa sekretnego języka, który daje się poznać tylko w dłuższym okresie, w ciągłości, ale też w poszanowaniu. Jeżeli człowiek pracuje i śpi w otoczeniu przyrody, ciągle się pośród niej przemieszcza, dba o nią i zdaje się na nią, to w końcu dostrzega w niej nierozerwalną, spoistą całość, w którą pozostaje włączony jako jedna cząstka pomiędzy wieloma. Góry, przyroda niezauważalnie zostają pojęte jako zestrój równocześnie swojski i tajemniczy, bliski, acz dostępny tylko temu, kto obserwuje, przysłuchuje się w milczeniu i zdobywa doświadczenie naznaczone trwałością i ciągłością.

Pamiętam, jak któregoś razu, znużona niezmiennym schodzeniem po zboczu północnym, wybrałam się stokiem południowym mimo dwukrotnie dłuższej drogi. Wiodło tamtędy długie przejście po półce skalnej – wąska, usiana zakosami ścieżka, zwieszająca się nad pobrużdżoną stromizną. Na jednym z zakrętów natknęłam się na stado kozic, które zerwały się do biegu i rozsypały wokół mnie; jako że nie mogły ode mnie uciec przez stromiznę, w biegu i podskokach przez dwadzieścia minut pokonywałyśmy razem przejście. Cóż to za cud! Takie właśnie fenomenalne doświadczenia zjednały mnie dla delikatnego życia w trudnej równowadze pośrodku dzikiej natury bez sieci zabezpieczeń.

Nastąpił jednak ciąg dalszy! Sądziłam, że zwierzęta biegły przy mnie wzdłuż całej półki skalnej dlatego, iż nie zdołałyby pokonać pobrużdżonej stromizny. W pewien sposób tolerowały mnie na skutek „trafu” naszego spotkania. Jakież zdziwienie mnie ogarnęło, gdy znacznie później zakłóciłam spokój kozicy stojącej samotnie nad krawędzią pionowej ściany. Ujrzałam, jak momentalnie zeskakuje w urwisko; usłyszałam serię ostrych, wyraźnych uderzeń o skałę, które stopniowo ucichły, a po nich zapadła cisza. Nie wierzyłam własnym oczom: ściana wznosiła się pionowo mniej więcej na dwadzieścia metrów, a powierzchnię miała dość gładką, na pewno wilgotną i śliską (ekspozycja północna). Mimo to kozica zeskoczyła po niej lekkimi, precyzyjnymi ruchami. Należało z tego faktu wnosić, że podczas schodzenia południowym zboczem zwierzęta towarzyszyły mi bez przymusu, mogły bowiem z łatwością przesadzić pooraną bruzdami stromiznę…

W przekonaniu tym utwierdziło mnie inne, trochę późniejsze spotkanie. Pnąc się pod górę z ładunkiem zapasów po tym samym, południowym stoku, natknęłam się na duże stado kozic – kilkanaście sztuk w różnym wieku – w miejscu, którego nie mogłam ominąć. To ja nie potrafiłabym pokonać skał poprzecinanych bruzdami, tak aby nie przeszkadzać dzikim zwierzętom! Złożyłam swój bagaż na ziemi i przypatrywałam im się z podziwem. Żadna z kozic nie zmieniła swojej początkowej pozycji. Uważnie śledziły każdy mój ruch, a niektóre jednocześnie przeżuwały. Te, które odpoczywały na ziemi, nawet się nie podniosły, tylko odwróciły łby. Klęcząca kozica przedstawia sobą szczególnie wzruszający widok, jakby obraz niewinności – drobny przebłysk raju sprzed upadku. Nie wiedziałam, jak się zachować, a nie mogłam zanadto zwlekać, gdyż dzień chylił się ku wieczorowi. Postanowiłam więc ruszyć pomalutku dalej i spróbować przejść pośrodku stada. Tak też uczyniłam, zwierzęta zaś nie okazały nawet najmniejszego przestrachu, chociaż niektóre z nich mijałam naprawdę w bezpośredniej bliskości. W rzeczy samej uświadomiłam sobie, że uprzednio podjęły zbiorową inicjatywę, aby mnie oczekiwać na szlaku mojego powrotu; ponadto zauważyłam, że skoro pozwoliły mi przejść przez środek swojego stada, to znaczy, że mnie przyjęły i adoptowały. Dziwne to wrażenie – zostać dołączonym do grupy przez dzikie stworzenia. Te skoczne istoty, które pędzą niczym rakieta, zmieniły się w łagodne straże ufności: stojące zwierzęta jako łagodni świadkowie cichego planu Boga na życie ukryte w tych górach. Owo spotkanie natchnęło mnie nadzieją na kolejne.

.Myśli ludzkie wszelako nie pokrywają się z Bożymi. Dłuższy czas potem usłyszałam donośną kanonadę z tamtego rejonu: padło kilkadziesiąt wystrzałów ze strzelb. Zazwyczaj dają się słyszeć pojedyncze strzały tu i ówdzie, niekiedy powtórzone – nic więcej. Tym razem ich umiejscowienie (dochodziły z małego kotła między potokiem wrzynającym się w skały a urwiskiem, gdzie lubiły przebywać kozice) nie pozostawiało wątpliwości: tarczą strzelecką stały się moje zaprzyjaźnione zwierzęta.

Siostra Catherine

Fragment książki „Opowieść górskiej eremitki”, Wydawnictwo W Drodze, 2026 r. [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 2 maja 2026