Jean-Paul OURY: Kogo wybiorą Francuzi? Przyszłego prezydenta, czy prezydenta przyszłości?

Kogo wybiorą Francuzi? Przyszłego prezydenta, czy prezydenta przyszłości?

Photo of Jean-Paul OURY

Jean-Paul OURY

Jeden z czołowych francuskich ekspertów komunikacji strategicznej. Konsultant strategii korporacyjnych i nowych mediów. Doktor historii nauk i technologii.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

W wyborach prezydenckich 2027 roku nie wybierzemy przyszłego prezydenta, lecz prezydenta przyszłości – pisze Jean Paul OURY

.Najbliższe wybory prezydenckie w 2027 roku będą miały dla naszego kraju skutki bardziej egzystencjalne niż kiedykolwiek wcześniej w historii. Nie chodzi jedynie o wybór przyszłego prezydenta. Wyborcy otrzymają zadanie znacznie ważniejsze: będą musieli wskazać prezydenta przyszłości. Zanim opiszemy, czym powinien się wyróżniać, zacznijmy od tego, kim być nie powinien. Mała podpowiedź: nie pomogą w tym sondaże.

Nie człowiek opatrznościowy

Tak jak nie istnieje państwo opatrznościowe zdolne zapewnić szczęście każdemu człowiekowi z osobna, tak nie istnieje również opatrznościowy mąż stanu. To fikcja.

Przeciwnie, zły polityk może wyrządzić ogromne szkody. Wybór Emmanuela Macrona okazał się dla Francji absolutną katastrofą. Gdy pomyśli się o zupełnie innym losie, jaki mógł spotkać kraj pod przywództwem François Fillona, można doznać zawrotu głowy.

W polityce, podobnie jak w genetyce, nie ma genów dających nadludzkie moce. Są natomiast takie, które prowadzą do głębokiej degeneracji. Wyborca otrzymuje rolę selekcjonera. To ogromna odpowiedzialność. Jeśli popełni błąd albo uzna, że polityka go nie interesuje, może stać się współodpowiedzialny za wyniesienie do władzy człowieka, który poprzez błędne decyzje wpłynie na jego własny los i los całego społeczeństwa.

Stawka jest tym większa, że chodzi nie tylko o wybór przyszłego prezydenta, lecz o wybór prezydenta przyszłości.

Nie zawodowy polityk

Czy ktoś potrafi wymienić nazwisko szwajcarskiego polityka? Niektórzy eksperci uważają, że źródłem dobrej kondycji tego kraju jest fakt, iż nie znajduje się on w rękach zawodowych polityków, lecz zwykłych obywateli, którzy przez pewien czas sprawują mandat, a następnie wracają do życia zawodowego.

Francja przeciwnie – dusi się pod ciężarem klasy politycznej, która nie wyobraża sobie wykonywania żadnego innego zawodu i za wszelką cenę trzyma się stanowisk. Bardzo często dlatego, że nie posiada żadnego innego doświadczenia ani fachu.

Czy oznacza to konieczność ponownego postawienia na przedstawicieli „społeczeństwa obywatelskiego”? To pojęcie zostało już tak wyeksploatowane i skompromitowane przez deputowanych wybranych w 2017 roku pod sztandarem Macrona, że utraciło znaczną część swojego sensu.

Trudno wyobrazić sobie, by w kraju takim jak Francja kandydat całkowicie pozbawiony doświadczenia politycznego pojawił się nagle znikąd. Wydaje się jednak niezbędne, aby wcześniej wykonywał inny zawód albo zdobył doświadczenie poza polityką. Od pracy wakacyjnej po prowadzenie małej lub średniej firmy – powinien znać świat spoza politycznych gabinetów.

Nie skrajny jakobin

Skrajny jakobinizm jest ostatecznym produktem V Republiki. Skrajna centralizacja władzy przez państwo opiekuńcze postępowała równolegle z likwidacją wszelkich przeciwwag: finansowaniem związków zawodowych, politycznym wykorzystywaniem wymiaru sprawiedliwości, podporządkowaniem mediów publicznych, łamaniem zasady pomocniczości, uzależnianiem władz lokalnych od centralnych dotacji, rozrostem planowania państwowego, ociężałością systemu edukacji, kontrolą nad badaniami naukowymi, kapitalizmem kolesiowskim, konfiskacyjnym opodatkowaniem oraz paternalizmem państwa.

Wszystko przechodzi przez państwo i państwo wdziera się w każdą szczelinę życia obywateli.

Makronizm wraz ze swoim słynnym „zarazem i jednocześnie” jest jedynie ostatnim politycznym sposobem podtrzymywania systemu, który utracił już oddech i coraz mniej przypomina demokrację. Dowodem jest skuteczność, z jaką tłumione są wszelkie ruchy sprzeciwu, mimo że państwo coraz częściej okazuje bezradność w swoich podstawowych funkcjach.

Im bardziej państwo zajmuje się wszystkim, tym bardziej słabną ciała pośredniczące i tym bardziej obywatele stają się zakładnikami scentralizowanego systemu.

Jedynie autentycznie liberalny kandydat byłby w stanie odwrócić ten proces. Emmanuel Macron dzięki swojej niejednoznacznej retoryce zdołał przekonać wielu liberałów, że reprezentuje ich idee. Jego następca musiałby wyraźnie się od tego odciąć, przywracając znaczenie wszelkim przeciwwagom wobec państwa.

Nie rozdęte ego

Francuzi musieli już znosić „mistrza czasu” i „Jowisza” – określenia używane wobec człowieka, którego autor opisuje jako narcystyczną osobowość o przesadnie rozbudowanym ego. Nic jednak nie gwarantuje, że nie popełnią tego samego błędu ponownie.

V Republika skupia bowiem w jednej osobie zarówno symbolikę władzy, jak i obowiązki zarządcy państwa.

Zapytajmy przeciętną obywatelkę. Potępi ekscesy celebryckiego prezydenta eksponowane na okładkach magazynów, lecz w chwili głosowania może mimo wszystko wybrać osobę o podobnym profilu. Kandydat musi posiadać charyzmę, umiejętność występowania w mediach i zdolność przyciągania uwagi.

Jednak później często żałuje się wyboru takich ludzi. Zostali wybrani po to, by zdobyć swój udział w politycznych korzyściach, podczas gdy należałoby oczekiwać człowieka, który angażuje się po to, by bronić wolności – własnej i cudzej.

Prezydent przyszłości nie powinien wchodzić do polityki dla własnej kariery czy wygody. Powinien być wolnym i odpowiedzialnym obywatelem oddającym swoje kompetencje na służbę innym.

Nie trybun ludowy

Tak samo jak wyborca ulega czarowi wielkiego ego, ulega również fascynacji trybunem ludowym. Ten potrafi przemawiać, uwodzić słowem i – niczym dawni sofiści – przekonywać tłumy.

Od czasów François Mitterranda kolejni demagodzy utrzymują przy życiu system, który w uproszczeniu pozwala części społeczeństwa żyć kosztem pozostałych. Właśnie taka obietnica zapewnia im władzę.

To sytuacja bliska definicji państwa sformułowanej przez Frédérica Bastiata jako „wielkiej fikcji społecznej, dzięki której każdy próbuje żyć kosztem wszystkich pozostałych”.

Nie technokrata

Technostruktura sprawuje dziś władzę w rozmaitych formach. Można wśród niej wyróżnić eurokratów z Brukseli czy urzędników ministerialnych, ale także bardziej egzotyczne odmiany: klimatokratów, algorytmokratów, covidokratów, bioróżnorodokratów czy katastrofistów.

Za każdą z tych grup stoi ideologia, która pragnie modelować społeczeństwo w imię rzekomo naukowych prawd narzucanych odgórnie obywatelom.

Nie należy jednak mylić technokraty z technikiem. Ten drugi jest niezbędny dla dobrego rządzenia.

Prezydent przyszłości powinien być właśnie znakomitym technikiem. Musi znać wszystkie mechanizmy istniejącego systemu i umieć poruszać się po sieci zależności stworzonej przez technokratów, aby móc ją rozplątać.

Technik upraszcza. Technokrata komplikuje.

Technik buduje sprawne zespoły ekspertów. Technokrata tworzy kolejne urzędy, rady, komisje i struktury.

Nie górnik długu

Od czasów Valéry’ego Giscarda d’Estainga budżet Francji pozostaje deficytowy. Od 1974 roku kolejne pokolenia polityków nie robiły nic innego, jak pogłębiały zadłużenie.

Każdy kolejny dług staje się częścią grobowca budowanego dla przyszłych pokoleń.

Aby przerwać ten proces, potrzeba polityka wzrostu gospodarczego. Człowieka, który zamiast powiększać deficyty, uwolni potencjał gospodarczy kraju.

Powinien wierzyć w przedsiębiorczość, nie myląc jej z kapitalizmem kolesiowskim, i usuwać przeszkody blokujące rozwój.

Jego szansą jest świat wkraczający w erę sztucznej inteligencji, która może zwiększyć produktywność na niespotykaną dotąd skalę.

Nie ignorant w sprawach nauki

W obliczu wykładniczego przyspieszenia postępu technologicznego świat znajduje się na rozdrożu.

Polityka naukowa – zdolność podejmowania decyzji wobec przełomów naukowych i technologicznych – staje się dziś jednym z najtrudniejszych zadań politycznych.

Prezydent przyszłości nie może ulec ani ekologicznej dogmatyce, ani bezkrytycznemu kultowi technologii. Powinien zachować sceptycyzm, rozwagę i otaczać się ekspertami zdolnymi do oceny skutków nowych technologii.

Tylko wtedy będzie mógł uniknąć zarówno polityki zubożenia społeczeństwa, jak i niekontrolowanego rozwoju sztucznej inteligencji prowadzącego do dystopii.

Wódz lokalnego plemienia i mędrzec globalnej wioski

Dotąd opisywaliśmy prezydenta przyszłości poprzez to, kim nie powinien być. Ostatnia cecha jest jednak pozytywna.

Powinien jednocześnie posiadać cechy wodza lokalnego plemienia i mędrca globalnej wioski.

Jako przywódca wspólnoty musi chronić porządek, wolność, bezpieczeństwo, rodzinę, przedsiębiorczość i lokalne wspólnoty. Powinien dbać o ciągłość kultury i odporność społeczeństwa.

Jako mędrzec globalnej wioski musi rozumieć świat sztucznej inteligencji, podboju kosmosu, technologicznej transformacji i gwałtownych zmian cywilizacyjnych. Musi potrafić prowadzić społeczeństwo przez epokę niepewności, zachowując zdolność adaptacji.

Mówiąc obrazowo, prezydent przyszłości siedzi przy sterach wielkiego regulatora wartości i stara się tak je wyważyć, by maksymalnie wzmacniać wolną odpowiedzialność każdego obywatela.

Widzę tylko jednego kandydata, który potrafiłby uniknąć wszystkich tych pułapek i ucieleśnić wszystkie te wartości. Tylko jeden człowiek, według mojej wiedzy, spełnia wszystkie te kryteria.

Pozostawiam Państwu odgadnięcie, kto nim jest.

A dla Państwa – kto jest prezydentem przyszłości?

Jean-Paul Oury

Bieżące analizy przed wyborami prezydenckimi we Francji, najnowsze sondaże i opinie na : „Wybory we Francji” [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 maja 2026