
Krajobraz z wiatrakami
Dalsze blokowanie wiatraków mija się z politycznym rozsądkiem. Wiadomo, że za chwilę w Polsce będzie brakować prądu, a przemysł węglowy – czy to się komu podoba, czy nie – powoli zmierza ku nieuchronnemu końcowi – pisze Jan ROKITA
.Już sam język podpowiada, że „walka z wiatrakami” – to jakaś rzecz mało rozważna czy wręcz cudaczna. I tak chyba jest w istocie. Trwająca w Polsce walka z wiatrakami jest zapewne jednym z najbardziej bezsensownych zjawisk w naszej polityce. Od lat specjalizuje się w tej walce pewna frakcja PiS, której niekwestionowanym liderem jest Anna Zalewska – niegdysiejsza minister, a teraz europoseł. Swego czasu, jako sprawny polityk, ubrała ona w polityczną formę rozproszone protesty przeciw budowie wiatraków, podobne do tych, jakie zawsze w Polsce miały miejsce – a to przeciw oczyszczalniom ścieków, spalarniom śmieci czy nawet nowym drogom.
Społeczny mechanizm tego rodzaju protestów, tak charakterystycznych dla naszego życia publicznego, jest znany. Po części ich źródłem jest typowo sarmacka mentalność „moja chata z kraja”, a po części nie bezpodstawne obawy ludzi, iż ich działka czy dom straci na wartości, jeśli w pobliżu staną wiatraki. A taka mieszanka nawyków kulturowych i realnych interesów musi sprawić kłopot każdej władzy.
.Co więcej, boom wiatrakowy w Polsce zaczynał się w atmosferze wolnej amerykanki, korupcji i braku szacunku nie tylko dla ludzkich obaw, ale po prostu dla czyjejś własności. Kiedy więc Zalewska zaczynała organizować ów „ruch antywiatrakowy”, miał on zapewne społeczne uzasadnienie. Był częścią szerszego oczekiwania, aby wielki kapitał, z łatwością uzależniający od siebie każdą władzę, nie mógł w Polsce robić, co chce i jak chce. Jestem zatem jak najdalszy od tego, aby owemu „ruchowi antywiatrakowemu” odmawiać całkiem słuszności. Rzecz tylko w tym, że odkąd PiS w roku 2016 wziął wiatr tego ruchu w swoje żagle, rzecz stała się częścią wojny międzypartyjnej, w której ani rozum polityczny, ani interes publiczny nie ma znaczenia. Liczą się fanatycy, dla których – tak po jednej, jak i po drugiej stronie – każdy kompromis jest klęską.
Odpowiedzią na wiatrakową swobodę stała się sławetna reguła „10H”, uzależniająca możliwość stawiania wiatraków od dziesięciokrotności ich wysokości, co – jak precyzyjnie pokazali znawcy sprawy – było sprytnym podstępem, prowadzącym do praktycznej blokady lądowych wiatraków. Po prostu dlatego, że polska wieś ma relatywnie gęstą zabudowę. Rząd Morawieckiego zorientował się, że tego rodzaju skrajna polityka jest sprzeczna z interesem publicznym, i zaczął szukać kompromisu. Dość zręcznie negocjowała go wtedy minister Jadwiga Emilewicz, proponując prawo utrzymujące co do zasady regułę „10H”, ale zakładające możliwość od niej wyjątków, gdy jakaś gmina, jak i gminy ją otaczające, dostrzegą sens i interes w tym, aby u siebie lokować wiatraki. A to wszystko pod warunkiem, że odległość wiatraków od zabudowań wynosić będzie przynajmniej pół kilometra. Jednak po odejściu Emilewicz z rządu cała rzecz upadła, gdyż Jarosław Kaczyński rozstrzygnął sprawę na rzecz radykalnie antywiatrakowej frakcji Zalewskiej. Zapewne powiedziano mu, że w ten sposób broni wsi przed kapitalistyczną agresją liberałów.
Rząd Tuska powrócił teraz do tamtego konceptu „pół kilometra”, dodając do tego atrakcyjne finansowe subwencje dla mieszkańców okolic, w których wznoszone by miały być wiatraki. I w ostatnich dniach większość rządowa uchwaliła taką ustawę. Kompromisowo nastawiony wydaje się też biznes, skupiony w Polskim Stowarzyszeniu Energetyki Wiatrowej, który nawet przestał się sztywno upierać przy regule „pół kilometra”. Idzie mu raczej o definitywne odejście od blokady rozwoju energetyki wiatrowej, jaką stworzyła podstępna reguła „10H”. Obóz władzy wymyślił też trick, aby to właśnie w tej ustawie znalazł się tymczasowy przepis blokujący podwyżki cen prądu do końca 2025 roku. Sprytnie, żeby zachęcić prezydenta Andrzeja Dudę do podpisania ustawy.
No i właśnie ruszyła na nowo prawicowa nawałnica przeciw wiatrakom. Na prawicowych portalach i w deklaracjach polityków można usłyszeć – jak to w dzisiejszej Polsce – wszelakie inwektywy przeciw ustawie, z reguły odwołujące się do patriotyzmu.
I co ciekawe, do walki z ustawą przyłączył się prezydent, tak zaaferowany sprawą, że komentował ją nawet podczas szczytu NATO w Hadze. Moją uwagę zwróciła argumentacja głowy państwa, która zadeklarowała, że jest przeciwna wiatrakom, gdyż… (uwaga, uwaga) nie lubi krajobrazu, w którym stoją wiatraki. Rzecz jasna, odnoszę się z respektem do osobistego gustu krajobrazowego prezydenta Dudy, ale skoro o guście mowa, to muszę przyznać, że mój gust jest odmienny. Lubię krajobrazy z młynami i wiatrakami, być może z racji estetycznego upodobania do pejzaży z obrazów Breughla oraz jednego z najlepszych polskich filmów – Młyn i krzyż Lecha Majewskiego. Nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby to moje upodobanie uznać za jakikolwiek argument w debacie politycznej na temat budowy wiatraków.
.Rzecz w tym, że dalsze blokowanie wiatraków mija się z politycznym rozsądkiem. Wiadomo, że za chwilę w Polsce będzie brakować prądu, a przemysł węglowy – czy to się komu podoba, czy nie – powoli zmierza ku nieuchronnemu końcowi. Tak Tusk, jak i Kaczyński budują rzekomo, już od jakichś dwóch dekad, polską energetykę jądrową; z jakim skutkiem – to każdy wie, nie trzeba tego przypominać. A energia wiatrowa i tak nie jest i nigdy nie będzie niczym innym, jak tylko uzupełniającym składnikiem miksu energetycznego. Strzelanie do wiatraków z najcięższych ideologicznych i patriotycznych armat, jak to czynią co niektórzy przynajmniej prawicowi politycy, jest tak oczywistą donkiszoterią, że wywołuje efekt śmieszności. A krajobraz… no cóż, Panie Prezydencie! Jedno lubią morze, a inni góry. Bo ludzie mają po prostu różne upodobania do krajobrazu.
