
Zainfekowane uniwersytety
Ponieważ Polska bywa zazwyczaj opóźniona w przyswajaniu nowych ideologii, naturalne jest pytanie, czy rozwija się u nas „wirus ideologii DEI” – pyta prof. Ziemowit Miłosz MALECHA
.Na światło dzienne wychodzi coraz więcej informacji i przykładów, czym jest i jakie skutki powoduje polityka DEI (Diversity, Equity, Inclusion – Różnorodność, Równość, Inkluzywność). Niedawno kwestie te zostały poruszone podczas rozmowy na YouTube między Jordanem Petersonem a Gadem Saadem [LINK]. Inspiracją do rozmowy była książka profesora Saada The Parasitic Mind: How Infectious Ideas Are Killing Common Sense („Pasożytniczy umysł. Jak zaraźliwe idee zabijają zdrowy rozsądek”). Gad Saad jest psychologiem ewolucyjnym, w szczególności zajmującym się marketingiem oraz zachowaniami konsumentów. Urodził się w Bejrucie w żydowskiej rodzinie, wyemigrował do Kanady podczas libańskiej wojny domowej. Obecnie jest profesorem na Uniwersytecie Concordia w Montrealu.
W rozmowie przybliżona została teoria Saada „patogenów idei”, które rozprzestrzeniają się w społeczeństwie, podważając krytyczne myślenie i fundamentalne wartości zachodnie. W szczególności poruszony został temat „zainfekowania” zachodnich uczelni przez „wirusy umysłu”, którymi są ideologie DEI, woke (przebudzenie) oraz cancel culture (kultura unieważnienia). Ideologie te w swojej narracji głoszą konieczność zadośćuczynienia rzekomo pokrzywdzonym mniejszościom (w szczególności rasowym oraz seksualnym). Drogą do tego ma być, a w zasadzie już jest uprzywilejowane traktowanie „grup wykluczonych”, często kosztem wolności słowa, merytokracji i rzeczywistych kompetencji.
Dla lepszego przybliżenia skali problemu można przywołać fakt, że na amerykańskich uniwersytetach zdecydowana większość to osoby o liberalno-lewicowych poglądach, otwarcie popierające demokratów. W badaniu z 2016 roku przeprowadzonym przez grupę Mitchella Langberta dotyczącym rejestracji głosujących profesorów na 40 wiodących amerykańskich uniwersytetach pokazano, że współczynnik demokratów do republikanów wynosił odpowiednio 4,5:1 w dziedzinie ekonomii, 33,5:1 – historii, 20:1 – dziennikarstwa, 8,6:1 – prawa, 17,4:1 – psychologii oraz 12:1 wśród pracowników administracji.
Prowadzi to do tego, że na uniwersytetach nikt nie przeciwstawia się powstawaniu dziesiątek bardzo dobrze płatnych stanowisk, których główną funkcją jest promocja ideologii DEI oraz reedukacja tych, co mają inne zdanie. Jak mówi Saad, na samym Uniwersytecie Michigan do tego rodzaju pracy zatrudnia się 93 osoby, a roczne wydatki na ich pensje wynoszą 11 milionów dolarów. Osoby na najwyższych stanowiskach mogą liczyć na pensje w wysokości 400 tysięcy dolarów rocznie, co odpowiada zatrudnieniu czterech osób na stanowiskach naukowo-dydaktycznych. Jednym z zadań biur DEI jest wymuszanie na pracownikach pisania oświadczeń będących częścią ich standardowej oceny, w których mają podkreślić swój przeszły, teraźniejszy oraz przyszły wkład w rozwój ideologii DEI. Sztandarowym przykładem takich praktyk jest np. kalifornijski uniwersytet UCLA. Podobna sytuacja spotkała także profesora Saada, który aby ubiegać się o fundusze uniwersyteckie na swojej uczelni, musiał spełnić podobny wymóg, co ostatecznie skłoniło go do rezygnacji z ubiegania się o te fundusze.
Głównym problemem, na który wskazują Peterson i Saad (oraz wielu innych krytyków), jest to, że takie oświadczenia często przestają być deklaracjami zaangażowania w pozytywne wartości, a stają się „testem ideologicznej lojalności” lub „wymuszonymi deklaracjami”. Kandydaci, chcąc mieć szanse na zatrudnienie lub awans, czują się zobligowani do wyrażania poglądów, które mogą nie być zgodne z ich rzeczywistymi przekonaniami. Inne przykłady przywoływane przez Saada to liczne i bezpodstawne oskarżanie osób o bycie zwolennikami białej supremacji (white supremacist) tylko dlatego, że przywoływały fakty i statystyki pokazujące np. udział i wkład białych naukowców w różne dziedziny życia. Ostracyzm i oskarżenia z tego powodu spotkały tak prominentne osoby, jak profesor Rachel Fulton Brown czy włoski fizyk Alessandro Strumia.
Nie brakuje także absurdalnych stwierdzeń głoszonych przez zwolenników DEI. Przykładem przytaczanym również przez Gada Saada w jego książce jest przypadek profesor prawa Lorny McCue. „National Post” donosił o jej stwierdzeniu, że recenzja typu double-blind jest rasistowska, ponieważ proces ten jest niezgodny z tradycją rdzennej ludności Kanady.
Dobrym podsumowaniem ideologii DEI jest stwierdzenie ekonomisty Thomasa Sowella, które w luźnym tłumaczeniu brzmi: „Gdy następnym razem ktoś będzie cię przekonywał, jak ważna jest różnorodność, zapytaj go, jak wiele osób o poglądach konserwatywnych jest w jego zespole”.
Ponieważ Polska bywa zazwyczaj opóźniona w przyswajaniu nowych ideologii, naturalne jest pytanie, czy „wirus ideologii DEI” rozwija się u nas. Nie powinno chyba nikogo zaskoczyć, że odpowiedź jest twierdząca. Na uczelniach wyższych tworzone są odpowiednie stanowiska, na których pracownicy tworzą i wdrażają rozmaite polityki równościowe czy wspierające tzw. „różnorodność”. Prowadzone są liczne szkolenia i warsztaty antydyskryminacyjne oraz opracowuje się odpowiednie wytyczne dla komisji rekrutacyjnych i konkursowych. Powstają oficjalne słowniki przybliżające zagadnienia „równościowe”, zgodne z ideologią DEI. Najbardziej kontrowersyjne jest jednak to, że owe polityki i programy często do jednego zbioru zaliczają zarówno osoby z realnymi niepełnosprawnościami, jak i różne grupy, które definiuje się jako „wykluczone”.
.Pojawia się zatem pytanie, czy te inicjatywy rzeczywiście służą poprawie warunków dla wszystkich, czy też stają się narzędziem do narzucania określonej wizji świata, podważając tradycyjne wartości merytokracji i wolności akademickiej, które powinny być fundamentem środowiska uniwersyteckiego.