
Pokój jest owocem skoncentrowanej siły i przygotowania, a nie stanem, który można brać za pewnik
Cel amerykańskiej polityki obronnej w Azji powinien być jasny i zrozumiały dla wszystkich. Celem tym nie jest konfrontacja z Chinami ani zresztą z jakimkolwiek innym krajem. Jest nim raczej rozsądna równowaga, która służy Amerykanom, naszym sojusznikom i całemu regionowi – twierdzi Elbridge COLBY
Pokój jest owocem skoncentrowanej siły i przygotowania
.Żyjemy w czasie prawdziwego przełomu strategicznego. Przez większą część okresu pozimnowojennego amerykańską politykę kształtowały abstrakcje, założenia o trwałej jednobiegunowości oraz ambicje oderwane od realiów geopolitycznych. Strategia ta straciła punkt odniesienia. Oddaliła się od tego, co konkretne: od siły, od geografii, od granic możliwości. Rezultatem nie były ani stabilność, ani „koniec historii”, lecz frustracja oraz marnotrawstwo zasobów, wiarygodności i zaufania publicznego.
Prezydent Donald Trump został wybrany w dużej mierze po to, by ten kurs odwrócić. Od samego początku odrzucał mętne obietnice i rozmyte zobowiązania, w ich miejsce stawiając trzeźwą ocenę amerykańskich interesów i układu sił. Pod jego przywództwem – jak wyraźnie pokazuje Strategia Bezpieczeństwa Narodowego z 2025 roku – Stany Zjednoczone wróciły do myślenia strategicznego zakorzenionego w tym, co dokument nazywa elastycznym realizmem. W tym ujęciu liczy się jasne określanie priorytetów, dyscyplina w podejmowaniu zobowiązań, konsekwencja w ich realizacji oraz poważne podejście do kwestii odstraszania.
Pod przywództwem prezydenta Donalda Trumpa Stany Zjednoczone przeżywają okres silnego ożywienia gospodarczego. Jednocześnie jednak – jak wskazują Strategia Bezpieczeństwa Narodowego oraz świeżo opublikowana Strategia Obrony Narodowej – region Indo-Pacyfiku, łącznie z Koreą Południową, stał się głównym centrum światowego wzrostu, jednym z kluczowych ośrodków globalnej produkcji oraz geopolitycznym punktem zwrotnym XXI wieku. W rezultacie, jak jasno pokazują wspomniane dokumenty, długoterminowe bezpieczeństwo, dobrobyt i wolność Amerykanów będą w decydującym stopniu kształtowane przez to, co wydarzy się w tej części świata.
Przy tak wielkiej stawce najważniejsza jest jasność myślenia. My, Amerykanie, musimy trzeźwo określić, jakie są nasze interesy w Azji, co jesteśmy gotowi zrobić, by ich bronić, oraz jak powinna wyglądać satysfakcjonująca równowaga. Stabilności w Azji nie zapewnią górnolotne deklaracje, domniemane normy ani pozornie szlachetne intencje. Nie zagwarantują jej też współzależność gospodarcza czy dyplomatyczna symbolika. Zapewni ją siła, stosowana rozumnie i we właściwy sposób, a zatem trwała, korzystna równowaga sił, która – jak wskazuje Strategia Bezpieczeństwa Narodowego – uniemożliwi zdominowanie tego kluczowego regionu przez jakiekolwiek państwo. To właśnie ta logika stoi za od dawna podkreślanym przez prezydenta Donalda Trumpa podejściem „pokój poprzez siłę”, tak wyraźnie obecnym w Strategii Obrony Narodowej Departamentu Wojny na 2026 rok. I nie, nie chodzi tu o niepotrzebną konfrontację. Nie chodzi o nieustanne prowadzenie wojen. Chodzi o ochronę interesów Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników poprzez stabilność opartą na wiarygodnym odstraszaniu i strategicznej równowadze.
.Łatwo to powiedzieć. Znacznie trudniej wprowadzić w życie. Dlatego potrzebna jest trzeźwa ocena zarówno naszych celów, jak i środków prowadzących do ich osiągnięcia.
Z tego właśnie powodu prezydent Trump wyraźnie mówi o tym, że możemy – i powinniśmy – dążyć do stabilnych, pokojowych relacji z Chinami. Relacji, które będą chronić interesy Stanów Zjednoczonych i naszych sojuszników. Ameryka pod rozważnym przywództwem prezydenta Donalda Trumpa nie dąży do zdominowania Chin ani do ich zduszenia czy upokorzenia. Tym, czego szukamy – i co prezydent konsekwentnie powtarza – jest prawdziwie trwała równowaga, korzystna zarówno dla Amerykanów, jak i dla naszych partnerów, a zatem taki układ sił, w którym żadne państwo nie jest w stanie narzucić swojej hegemonii. Taka stabilność pozwoli nam handlować ze sobą i rozwijać się, współpracować tam, gdzie to możliwe, i różnić się tam, gdzie to konieczne, w sposób rzeczowy, spokojny i oparty na faktach. Jak ujął to sekretarz Hegseth w swoim ważnym wystąpieniu na forum Shangri-La w 2025 roku, jest to podejście praktyczne, służące nie tylko Amerykanom, lecz także społeczeństwom całego regionu, dążącym do dalszego rozwoju gospodarczego i samodzielnego kształtowania własnej przyszłości. Na tym właśnie opiera się przyzwoity pokój.
Jednocześnie jednak – jak wielokrotnie podkreślał sekretarz Pete Hegseth, ostatnio choćby w grudniu 2025 roku w swoim przełomowym wystąpieniu na Reagan National Defense Forum – musimy patrzeć trzeźwo na postępującą modernizację i rozbudowę chińskich sił zbrojnych oraz na coraz większą ich aktywność w regionie, a także, w rosnącym stopniu, poza nim. Nie mówię tego w formie oskarżenia, lecz przedstawiam to jako prostą i oczywistą obserwację, fakt, z którym musimy się zmierzyć.
Jednak możemy i będziemy zajmować się tą kwestią nie poprzez niepotrzebną konfrontację, ale z pomocą skoncentrowanej, rozważnej siły oraz poprzez klarowne i rozsądne określenie naszych celów i środków potrzebnych do ich osiągnięcia. Jak mówi sekretarz: silnie i jasno, ale bez hałasu. Nie dążymy do zmiany reżimu w Pekinie ani do zdominowania Chin. Uznajemy i szanujemy wspaniałą historię tego kraju. Jak wyjaśniał sekretarz w zeszłym miesiącu – i jak jasno wynika ze Strategii Obrony Narodowej – nasza taktyka obronna w regionie Indo-Pacyfiku skupia się na odstraszaniu poprzez uniemożliwienie działań wzdłuż pierwszego łańcucha wysp. Kierując się wytycznymi prezydenta zawartymi w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego i Strategii Obrony Narodowej, koncentrujemy się na budowie takiej postawy wojskowej na zachodnim Pacyfiku, która sprawi, że agresja wzdłuż pierwszego łańcucha wysp stanie się niewykonalna, eskalacja – nieopłacalna, a wojna – po prostu nieracjonalna. Do realizacji tego potrzebujemy odpornej, rozproszonej i zmodernizowanej struktury sił zbrojnych w Japonii, na Filipinach, Półwyspie Koreańskim i w innych częściach regionu. Struktury zaprojektowanej tak, by uniemożliwić szybkie lub rozstrzygające zdobycze militarne, łączącej nas we wspólnym dążeniu do pokoju i stabilności.
Właśnie z pragnienia pokoju i stabilności wynika nasze podejście. Jednak jego fundament stanowi stara jak świat zasada, zgodnie z którą odstraszanie działa najlepiej nie tam, gdzie dominują głośne deklaracje bez realnego pokrycia, lecz tam, gdzie konsekwencje są przewidywalne i jasno zakomunikowane. Jest to najskuteczniejsza strategia wojskowa, odpowiadająca logice pozytywnego realizmu w polityce międzynarodowej.
W tym samym duchu trzymamy w ręku także gałązkę oliwną. Jak słusznie podkreśla prezydent Donald Trump, potęga militarna i dyplomacja muszą iść w parze, a trwałą równowagę sił wzmacniają komunikacja, przejrzystość i ograniczanie ryzyka. Dlatego Departament Wojny będzie nadal prowadził z Chinami dialog w sposób profesjonalny i pełen szacunku, koncentrując się na stabilności strategicznej, zarządzaniu kryzysowym oraz zmniejszaniu ryzyka błędnych kalkulacji i nieporozumień.
Sekretarz i ja już podjęliśmy rozmowy z przedstawicielami strony chińskiej – z otwartością i szacunkiem, ale także z pewnością siebie i klarownym określeniem naszych celów. Tego rodzaju dialog będzie prowadzony również przez pozostałych przedstawicieli kierownictwa Departamentu. Nie żywimy złudzeń co do skali oddziaływania tych kontaktów. Lecz traktujemy je jako coś więcej niż tylko wymianę komunikatów – to także gest wzajemnego szacunku.
Nasze motywy są jasne: nie dążymy do wrogich relacji z Pekinem, lecz do relacji stabilnych. Chcemy uczciwego pokoju. Nie można jednak budować stabilności wyłącznie na nadziei, podobnie jak nie można nierównomiernie rozkładać odpowiedzialności za jej zapewnienie. Stabilność uczciwego pokoju musi mieć poparcie w środkach odstraszających, a zatem musi być wspierana przez realne zdolności wojskowe, odpowiedni potencjał bojowy i polityczną wolę ich użycia. To zadanie spoczywa zarówno na nas, jak i na naszych sojusznikach.
.Również w tej sprawie prezydent Donald Trump wskazał właściwy kierunek, mówiąc otwarcie o rzeczywistości, którą przez całe pokolenie wielu ignorowało. Otóż zbyt długo bezpieczeństwo kluczowych regionów świata zależało w nieproporcjonalnie dużym stopniu od determinacji i wkładu Stanów Zjednoczonych, podczas gdy wielu sojuszników nie inwestowało wystarczająco w swoją własną obronność. Taka nierównowaga nie jest ani sprawiedliwa, ani trwała. Nie ma sensu z punktu widzenia zwykłych Amerykanów – ludzi, którzy wybrali prezydenta Trumpa. Ale nie ma go także z perspektywy naszych sojuszników, których przez lata zachęcano do nadmiernego polegania na modelu nie do utrzymania, w nieuzasadniony sposób przerzucającego ciężar odpowiedzialności na barki amerykańskich obywateli.
Naprawa tego stanu rzeczy zaczyna się od uznania prostego faktu: korzystna równowaga sił wymaga partnerów dysponujących realnymi zdolnościami wojskowymi, rzeczywistym potencjałem przemysłowym oraz prawdziwą wolą polityczną. Prezydent Trump konsekwentnie podkreśla, że sojusze są najsilniejsze wtedy, gdy bazują na współodpowiedzialności, a nie na trwałej zależności. Model, który proponuje, wynika ze zdrowego rozsądku: sojusze są najbardziej trwałe i najbardziej wiarygodne wtedy, gdy mają charakter partnerstwa, gdy każda ze stron kieruje się troską o własny kraj, gdy relacje opierają się na wspólnych interesach oraz gdy są prowadzone w duchu pragmatycznego, wzajemnego szacunku i gotowości do zmian.
W krótkim czasie prezydent Donald Trump udowodnił wyższość tego podejścia, z korzyścią zarówno dla Amerykanów, jak i dla naszych sojuszników. Przez całe pokolenie grzeczne apele Stanów Zjednoczonych do Europejczyków o większe nakłady na obronność trafiały w próżnię. W praktyce Europa kalkulowała, że może nadal oszczędzać, ponieważ Ameryka – kierując się abstrakcyjnymi ideami w rodzaju „porządku międzynarodowego opartego na zasadach” – i tak weźmie ciężar na siebie. Doprowadziło to do znacznego osłabienia europejskiej siły militarnej, co nie przysłużyło się ani Europie, ani Stanom Zjednoczonym, i oznaczało odejście od sprawdzonego modelu z czasów zimnej wojny, w którym Europa ponosiła znacznie większą część wysiłku obronnego.
Dzięki przywództwu prezydenta Donalda Trumpa pozostali członkowie NATO – po dekadach zaniedbań – zobowiązali się wreszcie spełnić nowy globalny standard wydatków obronnych i przeznaczać 3,5 procent PKB na zasadnicze zdolności wojskowe. Muszę jednak podkreślić, że zasady te odnoszą się nie tylko do Europy, ale także do Azji.
Korea Południowa to rozumie. Co więcej, potrafi przełożyć tę świadomość na konkretne działania. I dlatego moja pierwsza zagraniczna podróż w roli podsekretarza ds. polityki wojennej prowadzi właśnie do Waszego wspaniałego kraju.
Korea Południowa doskonale rozumie realia strategiczne. Nie może – i nigdy nie mogła – pozwolić sobie na luksus myślenia o wojnie w oderwaniu od rzeczywistości. Konsekwentnie inwestuje we własną obronę, ponieważ doskonale zdaje sobie sprawę z uwarunkowań geopolitycznych i zagrożeń z nimi związanych, a przy tym jest świadoma, jak wielkie znaczenie ma potęga militarna. W tym kontekście decyzja prezydenta Lee o zwiększeniu wydatków obronnych do poziomu 3,5 procent PKB – zgodnie z nowym globalnym standardem – oraz o wzięciu na siebie większej odpowiedzialności za konwencjonalną obronę kraju odzwierciedla trzeźwe i dojrzałe rozumienie środowiska bezpieczeństwa, z jakim wszyscy mamy do czynienia. Pokazuje też, jak należy budować solidne fundamenty naszego historycznego sojuszu z myślą o długiej perspektywie.
Jest to odpowiedź racjonalna, praktyczna i pozbawiona złudzeń – prawdziwy krok w stronę partnerskiej relacji. Oczywiście taka relacja leży w interesie Stanów Zjednoczonych, ale jeszcze bardziej w interesie samej Korei Południowej. I właśnie do takiego sposobu myślenia oraz do takich działań Stany Zjednoczone zachęcają swoich sojuszników.
W ten sposób możemy zapewnić, by nasze sojusze były osadzone na jak najsolidniejszych fundamentach i sprawdziły się nie tylko dziś, ale i w przyszłości.
Dlatego z takim optymizmem patrzymy na nasz sojusz z Koreą Południową, partnerem wzorcowym. Nasze relacje z Waszym państwem zmieniają się, ponieważ zmienia się świat. Zdolność do adaptacji, trzeźwa ocena realiów, z jakimi się mierzymy, oraz uznanie potrzeby bardziej zrównoważonego podziału obciążeń sprawią, że odstraszanie będzie skuteczne i trwałe mimo zachodzących zmian. To po prostu zdrowy rozsądek. Silne partnerstwa – takie jak sojusz między Stanami Zjednoczonymi a Koreą Południową – oczywiście opierają się też na wspólnej historii i wartościach.
W 2025 roku upamiętnialiśmy wybuch wojny koreańskiej, w której nasze narody walczyły ramię w ramię i która głęboko zapisała się w naszej wspólnej pamięci. W najbliższych latach będziemy także obchodzić 75. rocznicę naszego sojuszu. Pielęgnowanie i honorowanie tej wspólnej historii ma fundamentalne znaczenie.
Ostatecznie jednak sojuszy nie da się budować wyłącznie na sentymencie. Muszą one opierać się na zbieżnych interesach, wspólnym ponoszeniu ryzyka, proporcjonalnym wkładzie oraz obopólnych korzyściach. Pokój staje się możliwy wtedy, gdy istnieje korzystna równowaga. Gdy ta równowaga się załamuje, ryzyko konfliktu gwałtownie rośnie. Pokój jest owocem skoncentrowanej siły i przygotowania, a nie stanem, który można brać za pewnik.
.Prezydent Donald Trump przywrócił amerykańskiej polityce państwowej zdrowy rozsądek, który przed jego prezydenturą uchodził w Stanach Zjednoczonych za podejście zbyt nieortodoksyjne. Przypomniał, że pokoju nie utrzymuje się dzięki abstrakcyjnym ideom, lecz dzięki umiejętnemu mobilizowaniu siły w sposób sprawiedliwy i trwały. Nie dzięki wzniosłym deklaracjom, lecz dzięki mądremu mierzeniu się z podstawami władzy. Nie dzięki hasłom, lecz dzięki dyscyplinie i strategii zakorzenionej w rzeczywistości. Dlatego też cel amerykańskiej polityki obronnej w Azji powinien być jasny i zrozumiały dla wszystkich. Celem tym nie jest konfrontacja z Chinami ani zresztą z jakimkolwiek innym krajem. Jest nim raczej rozsądna równowaga, która służy Amerykanom, naszym sojusznikom i całemu regionowi. To elastyczny i kształtujący się w praktyce porządek regionalny, a nie porządek sztywny czy formalistyczny. Układ oparty na korzystnej równowadze, a nie hegemonii. Układ, w którym szanuje się suwerenność partnerów i w którym pokój jest podtrzymywany nie przez uspokajające iluzje, lecz przez klarowne cele, siłę i determinację.
Na tym polega logika pokoju poprzez siłę. Na tym polega logika odstraszania przez uniemożliwienie działania. Na tym polega nasza strategia. To właśnie ona stanowi fundament uczciwego i trwałego pokoju w regionie Indo-Pacyfiku. Pokoju, który przyniesie korzyści nie tylko Amerykanom, lecz także społeczeństwom tego kluczowego obszaru świata.
Wystąpienie wygłoszone przez podsekretarza obrony USA Elbridge’a Colby’ego w Instytucie Sejonga w Korei Południowej 26 stycznia 2026 roku.




