Michał KŁOSOWSKI: Leon XIV. Ten pontyfikat dopiero się zaczyna

Leon XIV. Ten pontyfikat dopiero się zaczyna

Photo of Michał KŁOSOWSKI

Michał KŁOSOWSKI

Zastępca Redaktora Naczelnego „Wszystko co Najważniejsze”, szef działu projektów międzynarodowych Instytutu Nowych Mediów, publikuje w prasie polskiej i zagranicznej. Autor programów radiowych i telewizyjnych. Stypendysta Departamentu Stanu USA oraz Instytutu Kultury Świętego Jana Pawła II rzymskiego Angelicum. Ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie i London University of Arts.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Leon XIV ma do dyspozycji nie tylko mikrofon, ale i sumienie świata. By z niego skorzystać, musi przemawiać językiem, który świat rozumie, często pewnie w kontrze do prezydenta kraju, z którego pochodzi. Nawet jeśli nie wszystkim w Watykanie, a w Waszyngtonie zwłaszcza, będzie się to podobać – pisze Michał KŁOSOWSKI

.Prezydent Donald Trump, komentując wybór papieża Leona XIV na Stolicę Apostolską, powiedział: „To wielki zaszczyt dla naszego kraju”. Wypowiedź ta, choć utrzymana w uprzejmym tonie, nie pozostała bez echa. Dla wielu była zaskakująca ze względu na burzliwe relacje Donalda Trumpa z poprzednim papieżem, Franciszkiem. Ich spory były nie tylko symboliczne, ale także egzystencjalne i substancjalne. Dotyczyły fundamentalnych różnic światopoglądowych: stosunku do migracji, wojen, ekonomii i miejsca religii w przestrzeni publicznej. W 2016 roku Franciszek otwarcie skrytykował politykę migracyjną prezydenta Donalda Trumpa i jego koncepcję budowy muru na granicy z Meksykiem. Kardynał Robert Prevost, zanim został papieżem Leonem XIV, także wielokrotnie krytykował politykę obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, wchodząc nawet w twitterową polemikę z wiceprezydentem USA, argumentując, że jego rozumienie hierarchii miłości mija się z tejże wewnętrzną logiką.

To jednak nie pierwszy raz, kiedy Watykan i Waszyngton znajdują się po przeciwnych stronach ideowego sporu. Historia relacji pełna jest napięć, nieufności, ale też nagłych zbliżeń i wielkich porozumień. Przez długi czas obecność Stolicy Apostolskiej w przestrzeni politycznej USA traktowano z podejrzliwością. Ameryka, zdominowana przez protestancki etos założycielski, przez dekady nie ufała papieskiej władzy. Dopiero w XX wieku sytuacja zaczęła się zmieniać, zwłaszcza po II wojnie światowej, a potem po kryzysie kubańskim. Przełom nastąpił w latach 80. XX wieku.

W 1984 roku prezydent Ronald Reagan i papież Jan Paweł II oficjalnie nawiązali stosunki dyplomatyczne między Stanami Zjednoczonymi a Stolicą Apostolską. Relacja między prezydentem Ronaldem Reaganem a papieżem Janem Pawłem II to jedno z kluczowych spotkań polityki i religii w XX wieku. Obaj przywódcy, głęboko wierzący i podzielający podobną wizję świata, odegrali istotną rolę w zakończeniu zimnej wojny oraz w upadku reżimów komunistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej. Ich współpraca wykraczała jednak daleko poza bieżącą politykę, była to relacja, która symbolizowała najważniejsze napięcia i nadzieje końca XX wieku.

Ronald Reagan, urzędujący w Białym Domu w latach 1981–1989, postrzegał bowiem Jana Pawła II jako strategicznego sojusznika w starciu ze Związkiem Radzieckim. Dla prezydenta Ronalda Reagana zimna wojna była nie tylko konfliktem geopolitycznym, ale także walką dobra ze złem. Podobnie jak papież, dostrzegał on w komunizmie systemowe zagrożenie dla wolności religijnej i ludzkiej godności – ideologię, która odrzucała możliwość integralnego rozwoju człowieka. Jan Paweł II, wychowany pod jarzmem totalitaryzmu, był zdeterminowany, by wspierać dążenia wolnościowe nie tylko w Polsce, lecz również na całym świecie. Reagan, mimo że nie był katolikiem, wierzył w transcendencję i duchowe fundamenty wolności.

Dla obu wiara była nie tylko osobistym przeżyciem, lecz źródłem politycznego działania. Tak powstał sojusz, który obalił Mur Berliński. Amerykański przywódca wielokrotnie przyznawał, że nauczanie Jana Pawła II miało wpływ na jego politykę zagraniczną. Odwoływał się do papieskich słów o godności człowieka i prawie do wolności religijnej jako fundamentach działań wobec Moskwy. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce to właśnie papieska postawa zainspirowała prezydenta USA do zaostrzenia kursu wobec ZSRR i wprowadzenia sankcji, co doprowadziło do wzrostu oporu wobec komunizmu w całej Europie Wschodniej.

.Sojusz ten, oparty na wspólnych wartościach i geopolitycznym realizmie, miał jednak swoje granice. Po upadku komunizmu drogi obu partnerów zaczęły się rozchodzić. W czasie prezydentury George’a W. Busha papież Jan Paweł II głośno sprzeciwiał się inwazji na Irak; Watykan ostrzegał przed katastrofalnymi konsekwencjami wojny prewencyjnej na Bliskim Wschodzie. Słowa przywódcy Kościoła zostały jednak zupełnie zignorowane przez amerykańską administrację. Papież Benedykt XVI, choć mniej konfrontacyjny, także nie ukrywał krytyki wobec niektórych aspektów amerykańskiej polityki zagranicznej oraz coraz głębszej sekularyzacji Zachodu. Franciszek kontynuował tę linię, ale uczynił ją jeszcze bardziej radykalną. Jego krytyka neoliberalizmu, kultury odrzucenia, militaryzmu i polityki klimatycznej USA niekiedy wywoływała irytację we wpływowych amerykańskich kręgach konserwatywnych.

Wybór Leona XIV jawi się jako moment przełomowy także, a może przede wszystkim dla Ameryki, globalnego supermocarstwa pogrążonego w egzystencjonalnym kryzysie. Pierwsze słowa nowego papieża – „Pokój wam” – były nie tylko pozdrowieniem, ale i programem. Leon XIV, zakonnik oddany ubóstwu i pracy duszpasterskiej, zwiększył nadzieje na nowy styl komunikacji ze światem. Z jego przesłania przebijał duch dialogu i misyjnej ewangelizacji, ale też cień duchowego dziedzictwa Franciszka, ubranego w szaty amerykańskiej, globalnej kultury. Leon XIV ma bowiem szansę nie tylko na „reset” relacji, ale także na głębszą refleksję nad obecnością Kościoła w USA i swoiście pojętą alternatywę wobec polityki obecnej administracji. Nie jest to jednak takie proste. Bo chociażby na pytanie, dlaczego pierwszy w historii papież urodzony w USA unika w przestrzeni publicznej języka, który stał się językiem globalnym, nie ma prostej odpowiedzi.

Czy to dlatego, że nie chce być postrzegany jako typowy lub arogancki Amerykanin? A może stara się jasno pokazać, że jego pierwszym i najważniejszym tytułem jest biskup Rzymu, diecezji, w której podstawowym i naturalnym językiem jest włoski? A może to kwestia jego misyjnych doświadczeń, które nakazują mu mówić po hiszpańsku? Niezależnie od powodu papież Leon, urodzony i wychowany w Chicago, w pierwszych miesiącach swego pontyfikatu wykazywał wyraźną niechęć do publicznego przemawiania w swoim ojczystym języku angielskim.

Papież Leon nie jest jednojęzyczny – w przeciwieństwie do wielu (a może i większości) włoskich urzędników Kurii Rzymskiej, czyli centralnej administracji Kościoła, który – co wciąż trzeba wielu przypominać – nie jest własnością Rzymu ani Włoch, lecz jest uniwersalny. Leon jest Amerykaninem, ale mówi biegle w kilku językach, w tym włoskim i hiszpańskim. Obiektywni obserwatorzy – również włoscy – muszą przyznać, że amerykański papież mówi po włosku lepiej niż jego argentyński poprzednik. Świat jednak – tak jak Kościół – nie kończy się na Rzymie czy Włoszech. Kiedy więc papież przemawia do świata, rozsądne jest, by robił to w języku, który rozumie większość ludzi. A szacuje się, że ok. 1,4 miliarda ludzi mówi dziś w języku angielskim, który jest dla nich pierwszym lub drugim językiem; to dzisiejsza lingua franca. Oczywiście niektórzy nieanglojęzyczni, zwłaszcza w Kurii Rzymskiej, wciąż postrzegają angielski jako język imperialistyczny. Można tylko spekulować, ale być może papież unika używania angielskiego właśnie po to, by ich nie zrazić. Imperializm nie jest w końcu domeną Kościoła. Warto jednak pamiętać, że łacina również była uważana za język imperialny w pierwszych wiekach po Chrystusie. I to właśnie dlatego Kościół ją przyjął, by zastąpiła grekę – język używany przez pierwszych chrześcijan. Kościół wybrał język Cesarstwa Rzymskiego, by móc skutecznie komunikować się z ludami ówczesnego świata zachodniego i je ewangelizować.

Nikt oczywiście nie sugeruje, że papież Leon powinien mówić tylko po angielsku. Większość jego obowiązków biskupich w Rzymie wymaga używania włoskiego. Kuria Rzymska, ze względu na swoją międzynarodową rolę, to inna kwestia. Chodzi o coś większego. O sytuacje, w których papież jako lider Kościoła powszechnego, a według niektórych także jako moralny głos całego chrześcijaństwa, zwraca się do światowych przywódców i społeczności międzynarodowej. Tak jak w jedną z niedziel, gdy mówił o „tragicznych doniesieniach”, jak je określił, „które nadal napływają z Bliskiego Wschodu”.

Leon wyraził swoje „głębokie ubolewanie w związku z atakiem armii izraelskiej na katolicką Parafię Świętej Rodziny w mieście Gaza. Jak wiadomo, zginęło tam trzech chrześcijan, a kolejnych trzech zostało ciężko rannych”. Wzruszająco wymienił z imienia ofiary i powiedział, że jest „szczególnie blisko z ich rodzinami i wszystkimi parafianami”, podkreślając, że „ten akt wpisuje się w ciąg nieustannych ataków militarnych na ludność cywilną i miejsca kultu w Gazie”. Używając mocnych słów, papież wówczas wezwał do „natychmiastowego zaprzestania barbarzyństw wojennych i do pokojowego rozwiązania konfliktu”, ponawiając wcześniejsze „wezwanie społeczności międzynarodowej do przestrzegania prawa humanitarnego i obowiązku ochrony ludności cywilnej, zakazu kar zbiorowych, potępienia nieproporcjonalnego użycia siły oraz przymusowych przesiedleń”.

Wielu komentatorów uznało jego apel za „mocny” i „pełen serca”. Problem w tym, że wygłosił go po włosku – w języku, którym posługuje się niewiele ponad 60 milionów mieszkańców Włoch i duchowieństwo rozsiane po różnych stronach świata. Media na całym świecie przetłumaczyły przemówienie. Nikt nie twierdzi, że papież nie powinien był powiedzieć tego po włosku. Powinien jednak natychmiast powtórzyć to po angielsku. Wyobraźmy sobie bowiem, jaki to miałoby oddźwięk. Zapewne byłoby to główne wydarzenie we wszystkich światowych kanałach informacyjnych – zwłaszcza w Izraelu i w Stanach Zjednoczonych. Na koniec warto przypomnieć, że papieże – wszyscy będący Włochami – przez wieki posługiwali się innym językiem niż własny, gdy zwracali się do przywódców i społeczności międzynarodowej. Tym językiem był francuski.

Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Emmanuel Macron, obecny prezydent Francji, zawsze mówi po angielsku, występując na forum międzynarodowym. To znak, że jeśli ktoś naprawdę chce skutecznie przekazać ważne przesłanie, wybór języka jest nie tylko praktyczny – jest konieczny.

Wybór Leona XIV na Stolicę Piotrową dokonał się w świecie zupełnie innym niż ten, w którym Kościół kształtował swoją potęgę w wiekach poprzednich. Dziś papież nie tylko przewodzi wspólnocie wiernych, ale jest jednym z niewielu, ostatnich już głosów o uniwersalnym autorytecie, który może – i powinien – przemawiać ponad granicami, ideologiami, językami i interesami narodowymi. Zwłaszcza teraz, gdy globalna przestrzeń publiczna coraz częściej podporządkowywana jest trzem biegunom władzy: Trumpowi, Putinowi i Xi Jinpingowi.

Każdy z nich reprezentuje odmienne wizje świata, ale łączy ich jedno: instrumentalne podejście do religii i prawdy. Donald Trump to prorok populistycznej tożsamości, która chętnie używa chrześcijańskiej retoryki, by wzmocnić siłę narodową. Władimir Putin to strateg odrodzenia imperialnego, który Cerkiew czyni filarem swojej autokracji. Xi Jinping to architekt systemu, w którym religia może istnieć tylko w granicach nakreślonych przez państwo. W tym kontekście głos papieża nie może być jedynie wewnętrzną refleksją Kościoła, musi być profetycznym świadectwem, zdolnym przebić się przez narracje kłamstwa i strachu. I dlatego Leon XIV znalazł się dziś w obliczu amerykańskiego dylematu: „Quo vadis, Ameryko?”. Choć jest Amerykaninem, dobrze wie, że to język angielski jest dziś kluczem do umysłów i serc ponad miliarda ludzi. To właśnie angielski pozwala dotrzeć z Ewangelią do uniwersytetów, parlamentów, mediów i platform cyfrowych. To nie akt dominacji, lecz akt skuteczności. Jeśli Dobra Nowina ma być słyszana w czasie, gdy złowrogie siły formatują nowy światowy porządek, to nie ma przestrzeni na fałszywą skromność. Ameryka zaś musi wrócić do roli, którą pełniła przez wieki – jako imperium nie tylko siły, ale i honoru oraz praworządności, jako kolebka demokracji.

Leon XIV nie musi przepraszać, że mówi po angielsku. Nie musi się tłumaczyć, że wybiera język globalny zamiast lokalnego, że pochodzi z takiego, a nie innego miasta. To nie sprzeniewierzenie się tradycji, ale jej twórcze rozwinięcie. Tradycja Kościoła nie polega bowiem na zamykaniu się w wieży z kości słoniowej, ale na wychodzeniu na areopag współczesności. Tak jak Paweł w Atenach, tak dziś papież w świecie pełnym algorytmów, atomów i autorytaryzmu musi odnaleźć dla Ameryki, upadającej z jednej i odradzającej się z drugiej strony, właściwe miejsce.

.Leon XIV ma do dyspozycji nie tylko mikrofon, ale i sumienie świata. By z niego skorzystać, musi przemawiać językiem, który świat rozumie, często pewnie w kontrze do prezydenta kraju, z którego pochodzi. Nawet jeśli nie wszystkim w Watykanie, a w Waszyngtonie zwłaszcza, będzie się to podobać. Historia oceni go nie po tym, w jakim języku mówił do kurii, ale po tym, czy jego głos dotarł tam, gdzie go najbardziej potrzeba – do miejsc, gdzie człowieczeństwo jest zagrożone, a Ewangelia może stać się światłem. Czyli także, a może przede wszystkim do amerykańskich przedmieść.

Michał Kłosowski

Tekst ukazał się w nr 74 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 29 kwietnia 2026