Maciej ŚWIRSKI: Rzeź wołyńska. Drabina winy od rozbioru Polski do ludobójstwa na Wołyniu

Rzeź wołyńska. Drabina winy od rozbioru Polski do ludobójstwa na Wołyniu

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Rzeź wołyńska nie rozpoczęła się w chwili pierwszych mordów. Była zwieńczeniem procesu, którego kolejne etapy prowadziły od zniszczenia państwa polskiego, przez ideologię OUN, aż po zaplanowane ludobójstwo dokonane przez UPA. Odpowiedzialność za Wołyń układa się w drabinę winy, której nie można skracać ani odwracać – pisze Maciej ŚWIRSKI

Pierwszy szczebel. Upadek państwa polskiego

Jedenasty lipca należy do pamięci, którą Polacy noszą w sobie wszyscy. Jeśli ktoś jej nie ma, to albo mieć nie chciał, albo wychowano go w złudnym przekonaniu, że historia dobiegła końca i żaden z jej mrocznych rozdziałów już nie powróci. Tymczasem rzeź wołyńska, podobnie jak Zagłada, ma fundament, o którym pamięta się najrzadziej. Obie zbrodnie dokonały się dopiero wtedy, gdy runęła Rzeczpospolita. Gdyby państwo polskie trwało, na jego ziemiach nie powstałyby ani obozy zagłady, ani nie wydarzyłyby się wołyńskie mordy, ponieważ jedno i drugie stało się możliwe tam, gdzie III Rzesza Niemiecka i Związek Sowiecki wspólnie zniosły suwerenną polską władzę i prawo. To pierwszy i podstawowy szczebel drabiny winy, którą trzeba dziś, jedenastego lipca, rozpoznać w całości.

Zacznijmy od tego szczebla, bo to właśnie jego pomija się najczęściej. Program Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów nie spadł na Kresy znikąd. II RP rozpoznała go i zwalczała, a poznała z pierwszej ręki podczas procesu lwowskiego w 1936 roku, gdy na sali sądowej sądzono kierownictwo OUN, organizacji przyznającej sobie prawo mordowania każdego, kto stanie na drodze ukraińskiej rewolucji narodowej. Bandera odpowiadał za sprawstwo kierownicze zabójstwa ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, zastrzelonego z polecenia OUN w czerwcu 1934 roku, i za ten czyn skazano go w Warszawie na karę śmierci, zamienioną na dożywocie. Państwo odpowiadało wyrokami, aresztowaniami, Berezą. Bandera siedział w więzieniu do września 1939 roku i wyszedł na wolność dopiero wtedy, gdy mury otwarły się same, bo państwo, które go zamknęło, przestało istnieć. Zniszczyły je Niemcy i Związek Sowiecki na mocy paktu Ribbentrop–Mołotow. Rozbiór wypuścił banderyzm zza krat, za którymi trzymała go Rzeczpospolita.

Okupacja nie unieważnia odpowiedzialności sprawców

Na tym tle widać całą słabość gestu, który winę za rzeź próbuje przypisać samemu okupantowi. Skoro Wołyń znajdował się latem 1943 roku pod okupacją niemiecką, to okupant, głosi ów argument, odpowiadał za porządek na tych ziemiach, a zatem ciężar winy należałoby przesunąć z ukraińskich nacjonalistów na Rzeszę. Rozumowanie ma pozór prawniczy i właśnie dlatego warto je prześledzić do końca, prowadzi bowiem w miejsce odwrotne od zamierzonego.

IV Konwencja Haska z 1907 roku w artykule 42 uznaje terytorium za okupowane, gdy faktycznie znajduje się pod władzą armii nieprzyjacielskiej, a w artykule 43 nakłada na okupanta obowiązek przywrócenia i zapewnienia porządku publicznego. I tu argument obraca się przeciw temu, kto go podnosi. Artykuł 43 nie zdejmuje winy z wykonawcy rzezi, lecz dokłada okupantowi winę własną, za to, że porządku nie zapewnił, że mordowanie tolerował, a miejscami mu sprzyjał. Niemcy odpowiadają obok ukraińskich nacjonalistów, a nie zamiast nich. To drugi szczebel.

Ideologia OUN jako źródło ludobójstwa

Trzeci to sama OUN, jej frakcja banderowska, sprawstwo kierownicze. Rzeź nie była wybuchem chłopskiej zemsty ani żywiołem wojny, była realizacją doktryny spisanej dekadę wcześniej, doktryny, która w swoich pismach zapowiadała, że „przyjdzie nowy Gonta i nowy Żeleźniak”. Tak nazywali się przywódcy koliszczyzny i rzezi humańskiej z 1768 roku, gdy zbuntowane chłopstwo i Kozacy wymordowali w Humaniu tysiące schronionych tam Polaków i Żydów, nie oszczędzając kobiet ani dzieci. Przywołując tamte nazwiska, ukraiński nacjonalizm świadomie sięgał po najstarszą kresową tradycję rzezi Lachów i Żydów, ciągnącą się od czasów Chmielnickiego przez hajdamacczyznę, i zapowiadał, że jego własna rewolucja narodowa również nie oszczędzi nikogo.

Za słowem poszła decyzja, a za decyzją struktura zdolna wprowadzić ją w czyn.

Wołyń 1943. Zaplanowana zbrodnia

Czwarty szczebel to wykonanie. W niedzielę 11 lipca 1943 roku oddziały UPA uderzyły jednocześnie na ponad sto polskich miejscowości, mordując bezbronnych – kobiety, dzieci i starców, z okrucieństwem, które miało zabić, a przy tym wypędzić z tych ziem samą pamięć o polskim sąsiedztwie. Tej winy okupacja nie unieważnia, bo rozkaz mordowania padł wewnątrz samej OUN, wydany przez Dmytra Klaczkiwskiego „Kłyma Sawura”, dowódcę UPA na Wołyniu, i poparty przez Romana Szuchewycza, a mordowano zgodnie z własnym programem, sformułowanym długo przed wojną. Program ten wyrósł z myśli Dmytra Doncowa, ideologa, który darwinizm społeczny podniósł do rangi zasady naczelnej ukraińskiego nacjonalizmu.

Cztery szczeble nie konkurują ze sobą i nie znoszą się nawzajem. Sumują się. Na tym polega odwrócenie, którego nie dostrzegają ci, co sięgają po Hagę w obronie sprawców. Konwencja haska nie jest narzędziem rozgrzeszenia, jest narzędziem mnożenia odpowiedzialności. Kto powołuje ją, by obarczyć winą samego okupanta, powołuje w istocie prawo, które okupanta dokłada do rachunku, nie wykreślając zeń nikogo. Wina Niemiec niczego nie ujmuje winie OUN, a wina Związku Sowieckiego niczego nie ujmuje obu.

Pamięć o Wołyniu i znaczenie prawdy historycznej

Dzisiejsza rocznica jest osiemdziesiąta trzecia, a pierwsza obchodzona pod nazwą, która sprawców wymienia wprost, jako ludobójstwo dokonane przez OUN i UPA. Nazwać rzecz po imieniu nie znaczy oskarżyć współczesnych Ukraińców. Znaczy postawić warunek, bez którego żadne pojednanie nie będzie prawdziwe. Rzeź wołyńska była szczytem drabiny eskalacyjnej, po której przemoc wspinała się szczebel za szczeblem, od rozbioru Rzeczypospolitej aż po nóż podniesiony nad bezbronnym sąsiadem, i każdy wyższy stopień był możliwy tylko dlatego, że był i niższy. Wspinała się po niej także wina, a żaden wyższy szczebel nie zdejmuje odpowiedzialności ze stojącego niżej.

Tu tkwi źródło polskiego niepokoju. Ludzie, którzy ludobójstwo zaplanowali długo przed wojną, w swoich książkach, w mowach wygłaszanych z ław oskarżonych, w terrorze wymierzonym w II Rzeczpospolitą zamachami na polskich polityków, nie zostali na Ukrainie potępieni, lecz wpisani do panteonu narodowego. W maju 2026 roku jednej z elitarnych jednostek ukraińskich sił specjalnych nadano imię „Bohaterów UPA”, a więc formacji, która wymordowała dziesiątki tysięcy polskich cywilów. Kiedy współczesne państwo czyni patronów z ludzi, którzy zaplanowali i wykonali rzeź, w Polakach rodzi się obawa całkiem konkretna. Nie o przeszłość, o przyszłość. Brak potępienia, a tym bardziej gloryfikacja, może kiedyś skłonić najbardziej krewkich do powtórzenia czynów swoich państwowych idoli, jako akt wierności bohaterom, a nie zbrodnię. Naród, który morderców czyni wzorem, ryzykuje, że znajdą się tacy, którzy zechcą stać się do nich podobni, tym bardziej że oficjalne czynniki ukraińskie w żaden sposób nie pokazują swoim obywatelom prawdy o tym, co stało się z Polakami w latach czterdziestych za sprawą owych „bohaterów UPA”.

Trwa przy tym zaplanowana kampania, prowadzona przez otoczenie prezydenta Zełenskiego, z Kyryłem Budanowem zapowiadającym dalszą heroizację banderowców i eskalację wokół rocznicy. Rozpalono na Ukrainie antypolską histerię. Zapomniano, kto otworzył domy i granice dla ukraińskich kobiet i dzieci, kto jako pierwszy na świecie posłał Ukrainie czołgi, ponad dwieście już w pierwszych tygodniach rosyjskiej ofensywy na Kijów, a docelowo przeszło trzysta, i kto swoim uporem wymusił pomoc Europy w chwili, gdy zachodnie stolice były już niemal pogodzone z upadkiem Kijowa i uznaniem nowych, uległych Moskwie władz. W ukraińskiej debacie pojawia się przy tym język ostrzeżeń przed rzekomą atmosferą pogromową w Polsce, obraz tyleż fałszywy, co odsłaniający. Psychologia zna zjawisko projekcji, w którym człowiek przypisuje innym własne skłonności. Jeśli więc ktoś dopatruje się pogromu tam, gdzie go nie ma, to o pogromie myśli raczej ten, kto histerię rozpalił, niż ten, przeciw komu ją skierowano.

.Pamięć nie żąda zemsty. Żąda prawdy, a prawda ma swoją drabinę, po której trzeba przejść aż do końca, do tego szczebla, gdzie stoi ten, kto podniósł nóż. Bez stanięcia w prawdzie Ukraina będzie stała w fałszu. Trzeba więc zapytać „braci Ukraińców”, co jest ich przeznaczeniem: prawda i spokój, który przynosi, czy niepokój duszy, jaki niesie zakłamanie.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 10 lipca 2026