
Wołyń. Słowo, którego Ukraina nie potrafi wypowiedzieć
Spór o dekret Zełenskiego, nadający jednostce wojskowej imię „Bohaterów UPA”, tylko z pozoru dotyczy pamięci. W istocie zderzają się w nim dwa odmienne aparaty epistemiczne: polski, który umie odróżnić cześć dla sprawy od osądu czynu, i ukraiński, w którym ta przegroda została historycznie uszkodzona. Źródła tej różnicy sięgają głęboko w dzieje obu narodów i przesądzają o przyszłości ich wzajemnych relacji – pisze Maciej ŚWIRSKI
I. Pozór sporu o pamięć
.Pod koniec maja 2026 r. prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wydał dekret nadający Centrum Operacji Specjalnych „Północ” ukraińskich sił zbrojnych honorowe miano „Bohaterów UPA”, formacji odpowiedzialnej za rzeź wołyńską. Tym aktem, dalej nazywanym tu po prostu dekretem, państwo ukraińskie wpisało do swojego wojskowego panteonu sprawców ludobójstwa dokonanego na Polakach. Polska debata ułożyła się w odpowiedzi w schemat aż nazbyt znany. Jedni żądali, by Ukraina przyznała, że ci, których czci jako bohaterów, byli ludobójcami, i domagali się odebrania prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego, nadanego mu w kwietniu 2023 roku przez prezydenta Andrzeja Dudę. Drudzy, jak sami mniemali, studzili emocje, przekonując, że historii nie wolno przedkładać nad wspólny front wobec Rosji, że kto rozdrapuje Wołyń, gra na rękę Moskwie, i że każdy naród ma prawo interpretować swoją historię jak chce. Obie strony żyją w przekonaniu, że wyczerpują pole możliwości i że można już tylko krzyczeć albo milczeć.
Wszystko to rozgrywa się w jednej utartej ramie, wedle której spieramy się o dwie pamięci tego samego faktu. Rama ta jest fałszywa, a w najlepszym razie powierzchowna. To, co bierzemy za spór dwóch pamięci, jest w istocie zderzeniem dwóch aparatów poznawczych, a przez aparat poznawczy rozumiem tu samą strukturę umysłu, głębszą niż poglądy i niż dobra czy zła wola: zespół odziedziczonych form myślenia, które rozstrzygają, jakie zdania w ogóle dają się w danej kulturze pomyśleć, a jakie są dla niej nie do pojęcia.
Dwa narody patrzą na ten sam fakt dwoma różnymi aparatami, i jeden potrafi pomyśleć zdanie, jakiego drugi pomyśleć nie umie. Spór poznawczy okazuje się przy tym sporem epistemicznym w ścisłym sensie, dotyczy bowiem czegoś głębszego niż same sądy o faktach: tego, co w ogóle uchodzi w danej kulturze za prawdę i co liczy się jako dowód. Polska żąda od Ukrainy uznania Rzezi Wołyńskiej za ludobójstwo, czyli czegoś, co w ukraińskiej strukturze umysłowej jest logicznie niewykonalne, i dlatego żądanie to, choć słuszne, okazuje się jałowe. Dopóki nie zrozumiemy, skąd bierze się ta niewykonalność, będziemy w nieskończoność wystawiać rachunek dłużnikowi, któremu brak samej waluty, o woli zapłaty nie wspominając.
II. Zdanie, którego nie da się pomyśleć
.Polak potrafi utrzymać w głowie dwa sądy naraz, które pozornie się wykluczają. Czci bohaterstwo Armii Krajowej i powstańczego czynu, a zarazem, mówiąc o całkiem innym podmiocie, o aparacie państwa, osądza jako winę to, co władze Drugiej Rzeczypospolitej wyrządziły mniejszościom, choćby burzenie prawosławnych cerkwi na Chełmszczyźnie i przymusowe wysiedlenia roku 1938. Cześć dla żołnierza walczącego o niepodległość nie zwalnia z osądu urzędnika, który łamał sumienie prawosławnego sąsiada, a osąd tego urzędnika nie odbiera czci żołnierzowi, bo mowa o dwóch różnych ludziach i dwóch różnych czynach. Rozdwojenie to nie rozrywa polskiego umysłu, ponieważ ma on narzędzie pozwalające oddzielić cześć dla sprawy od osądu czynu. Czyn jest zły ze swojej natury, choćby służył sprawie najsłuszniejszej, a słuszność celu nie przenosi się na akt. Taka jest najgłębsza intuicja katolickiego realizmu, wedle którego istnieje zło samo w sobie, którego żadna intencja nie uświęca.
Ukraiński aparat tę właśnie zdolność, ową przegrodę między czcią dla sprawy a osądem czynu, ma okaleczoną i nadwątloną. Ocena czynu wypływa w nim z oceny sprawy, której czyn służył, zamiast pozostać od niej niezależna. Mit założycielski państwa ukraińskiego po roku 1991 zbudowano na osi oporu wobec Moskwy, a OUN i UPA funkcjonują w nim jako panteon tego oporu. W takiej strukturze zdanie „nasz bohater dokonał ludobójstwa” staje się sprzecznością wewnętrzną, ponieważ bohater walki o wolność z definicji ludobójcą być nie może. Skoro więc bohaterem pozostać musi, ludobójstwa być nie mogło; mogła być najwyżej symetryczna tragedia wojny.
Brak owej przegrody tkwił w samym rdzeniu ukraińskiego nacjonalizmu od początku, na długo przed wojną i przed sowieckim dziedzictwem. Już Dekalog ukraińskiego nacjonalisty, ułożony przez studenta filozofii i współtwórcę OUN Stepana Łenkawskiego w 1929 roku, w pierwotnym brzmieniu siódmego przykazania nakazywał nie zawahać się przed „spełnieniem największej zbrodni, kiedy wymaga tego dobro sprawy”. Dekalog wyrastał z doktryny Dmytra Doncowa, twórcy ukraińskiego nacjonalizmu integralnego, którego myśl, wyłożona w pracy o znamiennym tytule Nacjonalizm z 1926 roku, stawiała wolę i siłę ponad rozumem i etyką, naród pojmowała jako odrębny gatunek w darwinowskiej walce o byt, a na jego czele widziała wodza z mniejszością inicjatywną, uprawnioną do twórczej przemocy wobec reszty. U podstaw leżała zasada, że cel uświęca środki, a więc że czyn ocenia się podług sprawy, której służy, z pominięciem jego własnej natury. Etyczność uczynku zależy w tym ujęciu od kontekstu i celu, a obiektywny porządek dobra i zła, zakorzeniony w prawie naturalnym, traci jakiekolwiek znaczenie.
Rys ten znamionował zresztą całą epokę i był wspólnym mianownikiem wszystkich ówczesnych radykalizmów, które porzucały klasyczną etykę obiektywną na rzecz woli, siły i celu, od bolszewików w Moskwie przez faszyzm Mussoliniego i narodowy socjalizm Hitlera po kemalistowską Turcję; trudno więc widzieć w nim ukraiński wynalazek czy osobliwość narodowego ducha. Doncowski nacjonalizm gotował się w tym samym kotle i czerpał z tych samych zachodnich źródeł, był jedną z wielu odmian tej samej totalitarnej zupy, daleką od oryginalnej myśli wyrosłej z ukraińskiego gruntu.
Powagę tej odrzucanej etyki obiektywnej widać dopiero przez zestawienie. W tych samych latach Edith Stein, fenomenolog i uczennica Husserla, późniejsza męczennica Auschwitz, w swoim Studium o państwie wywodziła etyczność z porządku wartości niezależnego od woli władzy i od celu, broniąc rozróżnienia między prawem stanowionym a prawem, któremu żadna władza nie nadaje mocy. Myśl tej miary miała naprzeciw siebie galerię wodzów i ich inicjatywnych mniejszości, ukraińskich naśladowców cudzych führerów. Rzecz nabiera dziś ostrza, bo Ukraina, sięgając po tamten panteon, powtarza ten sam ruch co przed wojną, poddanie się obcej ideologii dominacji w miejsce własnej myśli. Wtedy była to dominacja faszystowska, z niemieckim ośrodkiem w tle, dziś jest nią ustrój oligarchiczny pod unijnym szyldem, przeniknięty tą samą niemiecką ideą przewodzenia Europie. Obie epoki łączy, mimo odmienności ustrojów, ten sam gest uległości wobec dominanta, epigońskie przyswajanie cudzej formy jako rzekomo własnej drogi, zamiast wyprowadzenia jej z własnej miary.
Ukraińskiemu umysłowi za mało zarzucić złą wolę; on prawdy o Wołyniu po prostu nie ma jak pomieścić, brak mu bowiem przegrody oddzielającej ocenę osoby od oceny aktu, a brak ten został wpisany w jego tradycję programowo. Żądać od niego skruchy za Wołyń znaczy żądać, by pomyślał zdanie w gramatyce, której nie zna.
Próba wyjaśnienia ukraińskiej niezdolności do uznania Wołynia niczego nie usprawiedliwia, wyjaśnić bowiem nie znaczy rozgrzeszyć. Przeciwnie, im głębiej zbrodnia wpisana jest w aparat myślowy, który nie pozwala rozpoznać jej jako zbrodni, tym poważniejszy staje się problem. Odpowiedzialność OUN i UPA za ludobójstwo jest pełna i niepodzielna, niezależnie od przyczyn, które sprawiły, że współczesna Ukraina nie potrafi jej przyjąć. Pytanie brzmi zatem, dlaczego po ponad osiemdziesięciu latach państwo ukraińskie wciąż nie jest zdolne nazwać zbrodni zbrodnią, a winy sprawców nikt tu nie pomniejsza.
Doktryna OUN, dopuszczająca największą zbrodnię dla dobra sprawy, nie pozostawała zresztą na papierze. Organizacja dysponowała już w latach trzydziestych zorganizowaną, międzynarodową siatką działającą w całej Europie i w obu Amerykach, co dokumentuje praca oparta na zdobytym przez polski wywiad Archiwum Senyka. To właśnie ta siatka pozwoliła Hryhorijowi Maciejce, zabójcy ministra Bronisława Pierackiego z czerwca 1934 roku, umknąć sprawiedliwości i przedostać się aż do Argentyny. Zabójstwo zlecił Stepan Bandera jako krajowy prowidnyk OUN, ucieczkę sprawcy umożliwił Jewhen Konowalec, prowidnyk na emigracji. Reguła nakazująca nie wahać się przed największą zbrodnią znajdowała więc swoje wcielenie na długo przed Wołyniem, a dzisiejszy ukraiński panteon czci jej wykonawców, skoro Konowalec, organizator zamachu na polskiego ministra, jest dziś na Ukrainie upamiętniany, także w wojsku. Tak działa struktura, która sprawcę wynosi na ołtarze, a ofiarę mordu pozostawia w zapomnieniu.
Jak reguła ta wygląda wcielona w życie, pokazuje śmierć Zygmunta Rumla. Był poetą i oficerem, komendantem wołyńskiego okręgu Batalionów Chłopskich, a zarazem człowiekiem, który nosił w sobie obie ojczyzny, Polskę i Ukrainę, i opiewał wołyński krajobraz w wierszu o dwóch matkach. W lipcu 1943 roku poszedł do dowództwa UPA jako parlamentariusz, by powstrzymać rzeź, i w geście dobrej woli zrezygnował ze zbrojnej obstawy. Rozerwano go końmi wraz z dwoma towarzyszami, w przeddzień głównego uderzenia, na oczach świadków, by oswoić ich z przemocą. W każdym porządku cywilizacji ludzkiej, w którym czyn waży się podług swojej natury, posłaniec pokoju jest nietykalny, a zamordowanie bezbronnego parlamentariusza to zło absolutne.
W aparacie poznawczym, który czyn waży podług sprawy, Rumel był tylko Polakiem, czyli elementem do usunięcia z ziemi, a jego poezja, miłość do Ukrainy i bezbronność nie znaczyły nic, ponieważ liczyła się tam tylko sprawa. Hannah Arendt, przyglądając się Eichmannowi, nazwała rdzeń tego mechanizmu niezdolnością myślenia z punktu widzenia kogoś innego, a więc niemożnością ujrzenia w drugim człowieku osoby, której świat jest równie rzeczywisty jak własny. Z tej niezdolności płynie, jak pisała, najszczelniejsza ze wszystkich osłon przed słowami i obecnością innych, a tym samym przed rzeczywistością, osłona, przez którą żaden argument ani cudze cierpienie już się nie przebije. Kat Rumla nie widział poety ani parlamentariusza, widział sprawę i przeszkodę, a człowiek przestał dla niego istnieć, zanim go zabił. Siódme przykazanie nacjonalistycznego Dekalogu znalazło tu swoje najczystsze wcielenie.
Istotne jest przy tym, kogo OUN wybierała na cel: ginęli przede wszystkim budowniczowie mostów, ludzie zgody między oboma narodami. Już w 1931 roku zamordowano Tadeusza Hołówkę, czołowego w obozie piłsudczyków rzecznika porozumienia polsko-ukraińskiego, a zamachem kierował Roman Szuchewycz, ten sam, który dwanaście lat później dowodził UPA w czasie rzezi wołyńskiej. Mordowano pojednanie, ponieważ pokojowe współistnienie obu narodów zagrażało samemu sensowi istnienia OUN. To zaś znaczy, że strategia ta, zamiast przybliżać niepodległość, której zgoda z silnym sąsiadem mogłaby tylko pomóc, zmierzała do trwałego zatrucia relacji z Polakami. O genezę takiej strategii nietrudno, gdy spojrzeć, komu rozbicie polsko-ukraińskiego pojednania było na rękę.
III. Skąd ta różnica
.Łatwo w tym miejscu osunąć się w przekonanie, że Polak z natury ma dostęp do prawa moralnego, a Ukrainiec go nie ma. Byłby to fałsz, gdyż różnica leży w wyposażeniu instytucjonalnym obu narodów, a wyposażenie to jest dziełem historii, w żadnym razie krwi czy natury. Polski prymat osoby nad procedurą i władzą nie wziął się znikąd. Wniósł go Kościół łaciński przez praktykę, przez spowiedź indywidualną, przez osobistą odpowiedzialność przed Bogiem, przez kult świętych jako konkretnych, nieredukowalnych osób, wreszcie przez zachodni spór o inwestyturę, który wytworzył instytucję zdolną stanąć po stronie osoby przeciw władzy. Paradygmat świętych Wojciecha i Stanisława, stojących u początku polskości, dalece wykracza poza cierpiętnictwo: to strukturalne założenie, że osoba może mieć rację przeciw panującemu i że jej zniszczenie niczego nie usprawiedliwia.
Wschodnia tradycja chrześcijańska poszła inną drogą, a rzecz dotyczy ustroju, gdyż teologia wschodnia pojęcie osoby zna równie dobrze jak zachodnia. Cezaropapizm bizantyjski podporządkował Kościół państwu i nie wytworzył instytucji zdolnej bronić osoby przeciw władzy. Tam, gdzie Kościół jest ramieniem panującego, nie powstanie przegroda między racją osoby a racją panowania. Doszła do tego sowietyzacja, która poszła dalej niż cezaropapizm i aparat personalistyczny czynnie niszczyła. Sowiecki model myślenia o historii dawał prymat racji nad faktem, klasyfikował czyny wedle tego, czyjej sprawie służyły, z pominięciem ich natury. Kategoria „obiektywnie postępowego” wobec „obiektywnie reakcyjnego” pozwalała usprawiedliwić każdą zbrodnię, byle służyła słusznej linii. Ukraina odziedziczyła ten schemat i podstawiła pod niego treść narodową w miejsce klasowej. UPA jest obiektywnie wyzwoleńcza, więc jej czyny wymykają się osądowi moralnemu, a sam osąd moralny zostaje odrzucony jako burżuazyjny sentymentalizm. Ukraina broni więc swoich antysowieckich bohaterów dokładnie tym narzędziem myślowym, które odziedziczyła po sowietach.
Kwestia braku przegrody między osądem a czynem wykracza poza wiek dwudziesty, a jej najstarsze ślady sięgają wojen kozackich. Rzeź dokonana przez Kozaków Chmielnickiego na Polakach i Żydach, a potem wymordowanie jeńców pod Batohem w 1652 roku, bywa przywoływana jako dowód odwiecznej skłonności do mordu, lecz takie wyjaśnienie niczego nie tłumaczy, orzeka bowiem tylko, że mordowali, ponieważ byli mordercami. Wyjaśnia natomiast struktura. Rzeczpospolita zbudowała na ziemiach ruskich ustrój, w którym między kozacko-ruskim chłopem a ziemią, wiarą i wolnością stał polski albo spolonizowany magnat i jego dzierżawca, a prawosławie było spychane przez unię i kontrreformację.
Bunt Chmielnickiego był eksplozją tej struktury, a jego okrucieństwo płynęło stąd, że to pan i jego pełnomocnik byli widzialnymi twarzami ucisku, a wojna toczyła się bez państwa i bez instytucji zdolnej ograniczać przemoc, gdzie odwet rodził odwet, a polska strona okrucieństw również nie szczędziła. Działała tu dokładnie ta sama reguła co później, czyn wobec ciemiężcy uświęcony słusznością buntu, ponieważ nie istniała przegroda, która powiedziałaby, że mord na bezbronnym jest zły niezależnie od krzywdy, która go poprzedziła. To samo wyjaśnia mord kozacki i rzeź wołyńską, a wyjaśnia je trwały brak aparatu chroniącego osobę, w przestrzeni, gdzie ucisk i odwet nawarstwiały się przez wieki; zła krew i genetyka nie mają tu nic do rzeczy. Właśnie dlatego, że tłumaczy oba, wyjaśnienie strukturalne tłumaczy też to, czego natura wytłumaczyć nie umie, czyli długie okresy współistnienia, ruską szlachtę współtworzącą Rzeczpospolitą, prawosławnych i unitów żyjących obok siebie. Przemoc przychodziła wtedy, gdy struktura ucisku pękała, a instytucji chroniących osobę brakowało; żadna rzekoma natura nie musiała się budzić.
.Do czytania obecnych ukraińskich działań wobec Polski trzeba pamiętać, że w dwudziestym wieku doszło do okaleczenia najgłębszego, czyli zniszczenia samej zdolności do empatii przez sowiecki terror, a nade wszystko przez Wielki Głód lat 1932 i 1933. Hołodomor, ludobójczy głód, w którym wymarły miliony, dotknął przede wszystkim wschodnią i centralną Ukrainę, omijając galicyjski zachód będący wówczas w granicach Polski. Trauma nie skończyła się na wyrwie demograficznej. Głód zamienił sąsiada w zagrożenie, w donosiciela, który mógł wydać władzy za ukrytą garść ziarna, i tym samym wypalił więź z bliźnim jako wartość, zostawiając w jej miejscu instynkt przetrwania za wszelką cenę.
Ukraińscy historycy mówią o złamaniu psychiki narodu i o zakodowanym lęku egzystencjalnym przenoszonym z pokolenia na pokolenie, psychologowie zaś o społeczeństwie post-ludobójczym. To, co wtedy wypalono, ma swoje filozoficzne imię. Wspomniana już Edith Stein opisała w rozprawie o wczuciu sam akt, dzięki któremu w ogóle docieramy do drugiego człowieka jako osoby; bez tego aktu byłby on dla nas rzeczą. Wczucie jest doświadczeniem cudzej świadomości, ujęciem, że ten obok mnie czuje, cierpi i pragnie tak samo realnie jak ja, i dopiero z tego ujęcia wyrasta etyka, bo nie sposób uznać za bliźniego kogoś, kogo wpierw się nie dostrzegło jako osobę. Stein ostrzegała, że gdy percepcja drugiego załamuje się i człowiek zaczyna jawić się jedynie jako materia do obrobienia, wczucie zanika, zanim etyka zdąży się zacząć.
Głód lat trzydziestych zrobił z chłopem ukraińskim dokładnie to, zamienił bliźniego w przeszkodę między mną a garścią ziarna, w donosiciela, w zagrożenie, i wypalił w nim tę pierwszą zdolność widzenia osoby, na której wszystko inne się wspiera. Wczucie tam było i zostało zniszczone, a to zupełnie co innego, niż gdyby nie istniało nigdy. Jest to okaleczenie nabyte, które w odróżnieniu od natury daje się z czasem leczyć, choć leczenie takiej rany mierzy się w pokoleniach. Ale ten brak empatii w stosunku do Polski, odbierany przez nas jako niewdzięczność, wynika właśnie z tej traumy. Konstatacja ta niczego nie usprawiedliwia, pozwala natomiast realistycznie przemyśleć i opracować strategię wyjścia z sytuacji, w której Polska znalazła się obecnie, i spróbować przewidzieć rozwój wydarzeń.
IV. Gnoza i jej gleba
.Korzeń ukraińskiego aparatu poznawczego tkwi w warstwie, której polska debata nie tyka, a bez której Rzeź Wołyńska jawi się albo jako niewytłumaczalny wybuch, albo bywa wygodnie zwalana na obcą rękę. Brak przegrody między czcią dla sprawy a osądem czynu jest cechą ukraińskiego umysłu, lecz cecha ta musi skądś pochodzić, a rzeź musiała dać się przeżyć bez poczucia winy. Korzeń leży piętro niżej, pod samą ideologią, w sposobie, w jaki tamtejszy lud wyobrażał sobie porządek świata i miejsce obcego w tym porządku. Rzecz ma charakter hipotezy interpretacyjnej, próby odczytania struktury wyobraźni; nikt tu nie rekonstruuje udokumentowanego łańcucha lektur. Wołyński chłop nie studiował filozoficznych traktatów, nosił natomiast w sobie pewien kształt odczuwania ładu, na który dopiero z zewnątrz padła obca doktryna, a spotkanie obojga wydało owoc, jakiego żadne z nich nie wydałoby osobno.
Doktryna Doncowa, o której była wyżej mowa, nie wyrastała z żadnej tradycji chrześcijańskiej, ani wschodniej, ani zachodniej; jej źródłem byli Nietzsche, Sorel i włoski faszyzm, do których z czasem dołączył podziw dla nazizmu. Sam Doncow był przy tym ikonoklastą, który gardził chłopską religijnością i większością własnych rodaków. Jego myśl ma kształt, który Eric Voegelin nazwał immanentyzacją eschatonu, czyli próbą urządzenia raju na ziemi środkami polityki, ze wszystkimi tego konsekwencjami. W takiej strukturze świat dzieli się na niosących światło i na resztę, a sąsiad staje się wrogiem z którym dzieli się ziemię, i staje się przeszkodą na drodze do zbawienia narodu, czymś, co należy usunąć, by dzieło mogło się dopełnić. Rdzeń tej myśli jest gnostycki w ścisłym Voegelinowskim sensie i z chrześcijaństwem nie ma nic wspólnego.
Doktryna Doncowa była elitarna, pisana dla garstki inicjatywnej mniejszości, jawnie wzgardliwa wobec ludu. Jak więc gnoza intelektualisty stała się masowym odruchem wołyńskiego chłopa, czymś, co dało się wykonać rękami tysięcy zwykłych ludzi bez poczucia, że popełnia się zbrodnię? Literatura przedmiotu tego pytania nie stawia. Idea sama z siebie takiej przemiany nie sprawia, potrzebuje gruntu już przygotowanego, gotowej formy odczuwania, którą odbiorca nosi w sobie. Tym gruntem była wschodnia wyobraźnia porządku.
Wschodnie chrześcijaństwo odziedziczyło całą kosmologię po anonimowym autorze z przełomu piątego i szóstego wieku, który pisał pod imieniem Dionizego Areopagity, ucznia świętego Pawła, i którego dziś nazywamy Pseudo-Dionizym. Odziedziczyło wizję rzeczywistości jako sakralnej hierarchii bytu, drabiny, na której wszystko ma swoje miejsce wedle bliskości wobec źródła świętości; pisma pseudo-Dionizego o hierarchii niebieskiej i kościelnej stały się dla Wschodu jednym z fundamentów myślenia o porządku świata. Zło w tej kosmologii jest brakiem, niedoborem bytu, wyrwą w porządku, a nie osobną siłą ani substancją. Wizja ta, w swojej zdrowej postaci głęboko pokojowa, bo skoro zło nie istnieje substancjalnie, to nie ma wroga, którego trzeba fizycznie unicestwić, przeniknęła przez Maksyma Wyznawcę do liturgii Wschodu, a stamtąd, poza księgami teologów, do wyobraźni ludu. Greckokatolicki i prawosławny chłop Wołynia i Galicji nie umiałby jej wyłożyć jako doktryny, a mimo to nosił ją w sobie, w samym sposobie, w jaki wyczuwał ład świata i jego naruszenie.
Gdy gnostycka doktryna Doncowa, dla której wróg jest przeszkodą do usunięcia, pada na tę kosmologię, w której zło jest skazą w sakralnym porządku, demoniczną pustką wdzierającą się w hierarchię, wówczas obcy na świętej ziemi, Polak, łacinnik, pan, przestaje być sąsiadem i staje się tą właśnie skazą, brakiem bytu, który zaciemnia porządek. Usunięcie go przestaje wówczas uchodzić za mord; staje się oczyszczeniem, przywróceniem ładu do stanu sprzed skażenia. Doncow dawał nakaz i rozgrzeszenie, a wschodnia wyobraźnia hierarchicznego porządku świata dawała formę, w której rzeź dało się przeżyć jako akt niemal sakralny, wolny od poczucia winy. To objaśnia, czego sam doncowizm nie tłumaczy, czyli przejście od idei garstki do odruchu tysięcy.
Między doktryną Doncowa a ręką, która zadała cios, leżał cały, dający się opisać mechanizm przełożenia idei na odruch, i bez niego żadna idea nie zeszłaby w masy. Istnienie i działanie tej transmisji jest faktem udokumentowanym i bezspornym. To, że pod spodem pracowała zdegradowana wyobraźnia hierarchiczna o rodowodzie wschodniochrześcijańskim, ma status hipotezy, próby wyjaśnienia, dlaczego przekład padł na grunt tak podatny; nikt nie dowodzi, że ktokolwiek na Wołyniu czytał pseudo-Dionizego. Dokumenty potwierdzają tylko pierwsze z tych twierdzeń, drugie zachowuje wagę prawdopodobieństwa.
Sam sposób transmisji jest dobrze znany. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, powstała w 1929 roku, do wybuchu wojny rozrosła się do około dwudziestu tysięcy zaprzysiężonych członków i wielokrotnie liczniejszego kręgu sympatyków, a działała jako zakonspirowana struktura wnikająca w każdą dziedzinę wiejskiego życia, czym różniła się od zwykłej partii. Najważniejszym kanałem była sieć oświatowa, czytelnie Proswity, które na galicyjskiej wsi dawno wyparły karczmę i niejednokrotnie samą cerkiew jako ośrodek życia zbiorowego, a których w przededniu wojny było ponad trzy tysiące, obecnych w 85% wsi Galicji. Do tego dochodziło harcerstwo Płast, towarzystwa Sokił i Łuh, sieć Ridnej Szkoły, w których pokolenie urodzone po pierwszej wojnie wychowywano od dziecka w kulcie czynu, ziemi i wodza. Idea wędrowała więc z księgi Doncowa do chłopa drogą okrężną, przez nauczyciela, instruktora, działacza czytelni, młodego bojowca, którzy tłumaczyli ją w sposób prosty i namacalny, przekładali na pieśń, na święto, na wrogość wobec polskiego dziedzica i osadnika. Gdy zaś przyszła wojna i sowiecka, a potem niemiecka okupacja zmiotły wszystkie hamulce instytucjonalne, ta zakorzeniona już w pokoleniu struktura przejęła wieś niemal odruchowo. Ten mechanizm pośredni tłumaczy, jak doktryna niewielu stała się w ciągu jednego pokolenia gotowością tysięcy.
Czytelnia, harcerstwo i bojówka tłumaczyły doktrynę na język zrozumiały dla chłopa, a tłumaczyły ją na coś, co w nim już było, na gotową formę odczuwania porządku świata. Aparat OUN dawał treść i organizację, a wschodnia wyobraźnia formę, w której ta treść jawiła się wykonawcy jako oczyszczenie, wolne od piętna zbrodni. Sama ta struktura transmisji wyjaśnia, skąd wzięli się wykonawcy i rozkazy; pytanie, dlaczego nie odczuli winy, znajduje odpowiedź dopiero w wyobraźni. Wołyń tłumaczy się przez jedno i drugie naraz.
Brakowało jednak ostatniego ogniwa, najbardziej namacalnego, bez którego idea i wyobraźnia pozostałyby w sferze ducha. Dostarczyła go aktywność niemiecka z lat okupacji. Niemcy nie wydali rozkazu wymordowania Polaków na Wołyniu. Rzeź była ukraińskim, autonomicznym przedsięwzięciem OUN-B, banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, która po rozłamie z 1940 roku, gdy od melnykowskiej OUN-M oddzielili się zwolennicy Stepana Bandery, skupiła ludzi młodszych i radykalniejszych, a w 1942 roku powołała własne zbrojne ramię, Ukraińską Powstańczą Armię.
Decyzję o eksterminacji Polaków podjął na Wołyniu Dmytro Klaczkiwski, pseudonim Kłym Sawur, tamtejszy dowódca OUN-B i UPA, wraz z Wasylem Iwachiwem i Iwanem Łytwynczukiem. Bandera, którego nazwisko firmuje całą frakcję, siedział wówczas w niemieckim obozie w Sachsenhausen i rozkazu wydać nie mógł. Historycy spierają się, czy za Klaczkiwskim stała tajna dyrektywa centralnego kierownictwa, czy działał samowolnie, lecz spór ten niczego nie zmienia w odpowiedzialności organizacji, bo gdy latem 1943 roku część Prowidu nazwała wymordowanie polskich wsi błędem i samowolą, większość kierownictwa z Romanem Szuchewyczem na czele stanęła po stronie Kłyma Sawura, a jego metody przeniesiono na Galicję Wschodnią.
Organizacja, która zbrodni nie zleciła, przyjęła ją za swoją i rozszerzyła. Niemcy natomiast dali coś groźniejszego niż rozkaz bowiem przeszkolili wojskowo kadry przyszłej UPA. Jej trzon na Wołyniu wywodził się z ukraińskiej policji pomocniczej w niemieckiej służbie, która wiosną 1943 roku, na rozkaz OUN-B, zdezerterowała masowo, kilka tysięcy ludzi naraz, by stać się zbrojnym zaczynem UPA. Byli to ci sami ludzie, którzy wcześniej, pod niemiecką komendą, brali udział w Zagładzie. Sam Szuchewycz, od jesieni 1943 roku komendant główny całej UPA, przeszedł niemieckie wyszkolenie wojskowe w batalionie Nachtigall i jako oficer Schutzmannschaft Battalion 201 na okupowanej Białorusi, nim w styczniu 1943 roku zdezerterował. W niemieckiej służbie ludzie ci przywykli do masowego mordu bezbronnych i przekonali się, że uchodzi on bezkarnie, aż zabijanie całych grup ludności przestało być dla nich czynem nadzwyczajnym. Gdy przenieśli ten warsztat z żydowskich ofiar na polskie, technika była już gotowa, a ręka wprawna. Aktywizm hitlerowski odegrał więc dla Wołynia tę rolę, którą dla wschodu Ukrainy odegrał sowiecki terror, zniszczył ostatnią zaporę, choć działał gdzie indziej i kiedy indziej, dlatego jednego nie wolno mylić z drugim. Sowiecki głód wypalił empatię wschodu i centrum, ziem leżących wówczas w ZSRS, podczas gdy niemiecka szkoła ludobójstwa uzbroiła i wyćwiczyła zachód, leżący wcześniej w granicach Polski. Wołyń wyrósł z tego drugiego okaleczenia.
Na wołyński czyn złożyły się więc trzy warstwy, z których żadna z osobna go nie wyjaśnia. Doncowska gnoza wyznaczyła cel, czyniąc z Polaka element do usunięcia z ziemi; zdegradowana wyobraźnia hierarchiczna sprawiła, że usunięcie to przeżywano jako oczyszczenie porządku, wolne od piętna zbrodni; od Niemców zaś przyszły narzędzie, wprawa i bezkarność, bez których cel i forma nie wyszłyby poza zamiar. Żadne z tych wyjaśnień winy nie zdejmuje; przeciwnie, im głębsze warstwy odsłaniają, tym pełniejsza staje się odpowiedzialność OUN-UPA, która z idei, wyobraźni i wyszkolenia ułożyła program, zaplanowała go i wykonała. A z tym odpowiedzialność poszczególnych Ukraińców. Tych którzy stworzyli ideologię, tych, którzy wydawali rozkazy i tych którzy mordowali.
.Żaden ze sprawców nie odpowiedział za Wołyń. Iwachiw poległ jeszcze w trakcie rzezi, Klaczkiwskiego dosięgło NKWD w 1945 roku, Szuchewycza obława w 1950, Łytwynczuka w 1951. W czasach sowieckich kult tych ludzi był ostro ścigany i zakazany, pamięć o UPA tępiono na równi z samym podziemiem. Sowieci nie ścigali upowców i zakazywali ich kultu ze względu na ludobójstwo wołyńskie. Przyczyną było ostrze antysowieckie UPA, które w pełni ujawnił się dopiero po 1945 roku, gdy kordon jałtański zapadł nad Ukrainą w granicach ZSRS, z przyłączonymi polskimi Kresami. Kult rozbudziły go dopiero po 1991 roku upowskie środowiska emigracyjne, które przez cały okres powojenny pielęgnowały mit na Zachodzie i wróciły z nim do kraju, znajdując posłuch we Lwowie i na zachodniej Ukrainie, gdzie opór przeciw sowietom stał się sposobem odróżnienia się od zsowietyzowanej ludności reszty kraju, znakiem tożsamości młodego państwa szukającego fundamentu.
I właśnie w chwili, gdy ten fundament dopiero wybierano, Polska miała w ręku kartę, jakiej nigdy później mieć już nie będzie. Pierwszego grudnia 1991 roku Ukraińcy w ogólnonarodowym referendum opowiedzieli się za niepodległością, przeszło dziewięć na dziesięć głosów padło na tak. Już nazajutrz, drugiego grudnia, Polska uznała niepodległość Ukrainy jako pierwsze państwo świata, przed mocarstwami, przed ONZ, na trzy lata przed memorandum budapeszteńskim. Uczyniła to w chwili, gdy sama ledwo dyszała, przygnieciona terapią szokową transformacji, a mimo to znalazła w sobie ten gest jako pierwsza.
Ukraińscy działacze doskonale wiedzieli, jak Wołyń jest w Polsce pamiętany, a nowo powstające państwo, zabiegające o każdy głos uznania, przyjęłoby wówczas każdy warunek. Polska nie postawiła żadnego. Sowiecka mentalność, żywa w ukraińskich elitach, odczytała to po swojemu, jako dowód, że Polacy są frajerami do wykorzystania. I przez następne dziesięciolecia, słowami dyplomacji, czołgami, Orderami Orła Białego i miliardami pomocy bez pokwitowania, Polska to przekonanie wielokrotnie potwierdzała.
V. Węzeł wschodu i zachodu
.W polskiej debacie pokutuje przekonanie, że zachodnia Ukraina, halicka i banderowska, jest częścią gorszą, bardziej antypolską, podczas gdy wschodnia, rosyjskojęzyczna, jest cywilizacyjnie bliższa. Halickość bierze nazwę od Halicza, stolicy średniowiecznego księstwa, od którego wzięła ją i cała Galicja, ziemia lwowska, stanisławowska i tarnopolska, przez wieki należąca do Rzeczypospolitej, potem do Austrii, w międzywojniu znów do Polski. W ukraińskim języku politycznym znaczy dziś zachodniość, grekokatolicyzm zamiast prawosławia, ukraińskość językową zamiast rosyjskojęzyczności, i zarazem tę tradycję nacjonalistyczną, z której wyrosły OUN i kult Bandery.
Rzecz ma się przy tym dokładnie odwrotnie, niż sądzi polska debata. To zachodnia Ukraina najdłużej trwała w orbicie łacińskiej, w Rzeczypospolitej, pod unią brzeską, w kontakcie z zachodnim prawem i zachodnim Kościołem. Jest zarazem najbardziej nacjonalistyczna i najbardziej europejska, co wcale nie jest sprzecznością. Nacjonalizm halicki to zdeformowany owoc tej samej łacińskiej podmiotowości, która w innych warunkach wydałaby personalizm. Wschodnią Ukrainę najgłębiej przeorała rusyfikacja i sowietyzacja, a Wielki Głód wymordował tam chłopstwo jako nosiciela pamięci, zostawiając czystą sowiecką episteme bez łacińskiej przeciwwagi.
Zamiast dwóch Ukrain, dobrej i złej, istnieje więc jeden naród rozdarty między dwoma okaleczeniami. Na zachodzie podmiotowość została po 1991 roku odbudowana, a jedyną gotową formą tej odbudowy okazał się nacjonalizm upowski. Sam nacjonalizm, naturalna forma samowiedzy narodu, niczym złym nie jest, lecz oparcie go na micie organizacji zbrodniczej z góry zdeterminowało, w którą stronę pójdzie, i stąd kłopoty, które Polska ma z Ukrainą do dziś. Na wschodzie podmiotowość zmiażdżono w bierność. Zaczęła się odradzać dopiero od pierwszego Majdanu, a gdy się odradzała, sięgnęła po jedyne wzorce, jakie leżały gotowe, czyli te same upowskie. Tyle że na wschodzie nikt o Wołyniu nie słyszał, więc pokolenie ochotników spod Mariupola i Bachmutu brało z UPA samą antyrosyjskość, symbol oporu wobec Moskwy oczyszczony z całej zbrodniczej historii. Żadna z połówek nie ma więc całego aparatu poznawczego, który pozwalałby oddzielić cześć dla sprawy od osądu czynu. Polska zachowała tę zdolność w całości, ponieważ nigdy nie utraciła naraz łacińskiego komponentu i Kościoła.
Skoro Wołyń był dziełem zachodnioukraińskiego ludu poprowadzonego halicką ideologią, to ten sam lud, który zbrodnię popełnił, jako jedyny mógłby ją odpokutować. Podmiotem pojednania może być tylko zachodni Ukrainiec, potomek sprawców, ten sam, który dziś najgłośniej czci UPA, ponieważ tylko on ma do czego się przyznać i tylko on zachował resztkę łacińskiego dziedzictwa, by to przyznanie pomyśleć; Ukraińcowi ze wschodu Wołyń jawi się jako odległy epizod cudzej historii. Do pojednania zdolny jest ten skruszony, niewinny zaś nie ma czego wyznawać, skrucha bowiem jest możliwa tylko tam, gdzie jest wina i narzędzie do jej rozpoznania, a oba znajdują się w tym samym miejscu.
VI. Wspólny korzeń roku trzydziestego ósmego
.Polska elita także miała swój moment, w którym przestała odróżniać osąd czynu od racji sprawy. Latem 1938 roku, na Chełmszczyźnie i południowym Podlasiu, państwo polskie zburzyło w ciągu dwóch miesięcy ponad sto prawosławnych cerkwi, świątyń często czynnych, niekiedy świeżo wyremontowanych, wśród nich zabytki z szesnastego wieku. Akcję przygotowało wojsko, milcząco przyzwolili na nią premier i marszałek Rydz-Śmigły, poprzedziła ją kampania prasowa o niebezpieczeństwie ukraińskim, a krytykę tłumiła cenzura. Metropolita prawosławny słał daremne telegramy z prośbą o wstrzymanie.
W głowach pułkowników akcja uchodziła za rewindykację, odzyskiwanie; o zbrodni nikt tam nie myślał. Prawosławie kojarzyli z Rosją, a wiele burzonych cerkwi rzeczywiście postawił carat po likwidacji unii jako pomniki panowania, więc burzenie odczytywali jako usuwanie śladu zaborcy. Mieli zresztą w pamięci świeży precedens, który cała Polska przyjęła z ulgą, rozbiórkę soboru Aleksandra Newskiego na placu Saskim, wzniesionego przez Rosjan w samym sercu Warszawy jako pomnik ich panowania. Sobór był dla tamtego pokolenia tym, czym trzy dekady później stał się i po dziś dzień pozostaje pałac imienia Stalina, tyle że jeszcze natarczywszym, bo górował nad reprezentacyjnym placem stolicy, a jego rozbiórka, wraz z odarciem pałacu Staszica z rosyjskich ozdób, stała się widomym znakiem wyrwania się Polski spod rosyjskiego buta. Haniebną akcję na Chełmszczyźnie traktowali zapewne tą samą miarą, nie dostrzegając różnicy między pomnikiem triumfu zaborcy w stolicy a czynną świątynią żywej wspólnoty na wsi.
Do tego dochodziła polityka państwowa w czystej postaci, dążenie do całkowitej polonizacji obszarów na zachód od Bugu i do zerwania związku prawosławia z ukraińskością, a na samym dnie najchłodniejsza z kalkulacji, że Cerkiew nie ma za sobą żadnego mocarstwa, więc protesty odbiją się jak groch o ścianę i można bezpiecznie uderzyć w bezbronnego. U podstaw wszystkich trzech motywów leżała niezdolność polskich elit do radzenia sobie z wielowyznaniowym charakterem państwa. Sanacyjna formacja, modernizacyjna i etatystyczna, podeptała jagiellońską tradycję tolerancji, którą sam Piłsudski głosił niespełna dwadzieścia lat wcześniej w odezwie wileńskiej.
W tych samych latach trzydziestych, gdy polskie państwo burzyło cerkwie, po stronie ukraińskiej Mychajło Kołodziński pisał Ukraińską doktrynę wojenną, ideologiczny fundament późniejszej eksterminacji, wprost wzywając do wymiecenia co do nogi polskiego elementu z ziem uznawanych za ukraińskie. Zbieżność czasu dwóch wydarzeń jest uderzająca, lecz pozorna tam, gdzie liczy się istota, a publicyści skłonni doszukiwać się polskiej winy wszędzie tam, gdzie była cudza zbrodnia, skwapliwie przerabiają ją na fałszywą symetrię. Burzenie cerkwi miało pobudkę państwową i biurokratyczną. Stało za nim wojsko i administracja państwowa, dla których liczyła się unifikacja ziem między Wisłą a Bugiem, zerwanie więzi prawosławia z ukraińskością i bezpieczeństwo zaplecza przyszłej wojny, dalekie od jakiejkolwiek doktryny narodowej czystości. Był to akt etatystycznej racji stanu, mierzącej w tożsamość i w więź, oszczędzającej życie.
Polskie państwo chciało prawosławną ludność Chełmszczyzny, żyjącą przecież w samym środku kraju, spolonizować i związać z Warszawą, w najgorszym razie przesiedlić z miejsca, gdzie zawadzała, i na tym próg się zatrzymywał, bo po polskiej stronie nie istniał żaden dokument w rodzaju Dekalogu, nakazujący nie wahać się przed największą zbrodnią dla dobra sprawy, ani doktryna czyniąca z wymordowania ludności program narodowy. Ukraiński nacjonalizm integralny chciał Polaka zabić i wpisał to zabicie w swój program. Między przymusem unifikacyjnym a eksterminacją leży przepaść rodzaju, jakiej żadna gradacja stopnia nie odda. Oba zjawiska łączy jeden tylko rys, zawieszenie prymatu osoby na rzecz prymatu jednolitej ziemi; po polskiej stronie zawiesiła go racja stanu, czego skutkiem było burzenie świątyń, po ukraińskiej ideologia, która doprowadziła do bestialskiego mordu na ludziach. O tym, że nie chodzi o jeden łańcuch przyczynowy, świadczy zresztą geografia, rzeź wybuchła tam, gdzie cerkwi nie ruszano, a tam, gdzie je burzono, do rzezi na taką skalę nie doszło. Różnicy tej nie wolno zacierać w żadną stronę, ani usprawiedliwiając krzywdę zadaną prawosławnym, ani zrównując biurokratyczny przymus z zaplanowaną rzezią.
Płynie z tego dowód, że zdolność osądu działa, i to działa od razu, w samym środku zdarzeń, bez czekania na perspektywę pokoleń; do kajania się nikt tu Polski nie wzywa. Sprzeciw odezwał się bowiem już wtedy, i odezwał się z miejsca dla polskiej miary najważniejszego, z wnętrza samych struktur państwa, które akcję prowadziło.
Henryk Józewski, wojewoda wołyński, twórca eksperymentu wołyńskiego, czyli całej polityki pozyskiwania Ukraińców dla wspólnego państwa w duchu republikanizmu dawnej Rzeczypospolitej, w kwietniu 1938 roku złożył dymisję na ręce premiera Sławoja-Składkowskiego właśnie w proteście przeciw akcji polonizacyjnej i burzeniu cerkwi. Najwyższy urzędnik kresowego województwa wolał odejść, niż firmować czyn, który uznał za hańbiący, a jego gest dowodzi, że polski sprzeciw wyszedł z samego sumienia tych, którzy państwo wówczas reprezentowali, bez zwłoki i bez zewnętrznego przymusu. Co więcej, to właśnie wokół jego wołyńskiego eksperymentu toczył się przed wojną realny polski spór o sposób traktowania Ukraińców, spór, w którym linia pojednania w ramach wspólnego państwa miała swoich wpływowych orędowników, póki żył Piłsudski. Osąd dopełnił się później, aż po słowa prezydenta, że nie uszanowano naturalnego azylu, jakim jest każdy Dom Boży, i że są to wydarzenia, z powodu których trzeba wyrazić ubolewanie. Polska potrafiła własny grzech nazwać grzechem, i to nazwać go w chwili, gdy był popełniany. Różnica polega na zdolności osądu, o czystość zaś nikt się tu nie spiera: Polska ma prawo mówić o Wołyniu, choć sama nie jest bez winy, gdyż własną winę umiała rozpoznać wtedy, gdy ją popełniała, i potrafi ją nazwać dziś. Ukraina wobec UPA tej zdolności jeszcze nie uruchomiła.
Po stronie ukraińskiej głosy sprzeciwu także się odezwały, lecz ich los odsłania działanie tamtejszego aparatu poznawczego dobitniej niż samo milczenie. Najmocniej zaprotestował lud, ten sam, z którego rekrutowali się mordercy. Tysiące ukraińskich chłopów ostrzegało polskich sąsiadów przed napadem, ukrywało ich, karmiło w leśnych kryjówkach, wstawiało się za nimi przed bojówkami, a UPA odpowiadała na to mordowaniem własnych rodaków, którzy za pomoc Polakom płacili życiem, według różnych szacunków od tysiąca do kilku tysięcy zabitych.
Sprawiedliwi Ukraińcy dowodzą, że wczucie przetrwało w ludzie nawet wtedy, gdy w ideologii wygasło doszczętnie, skoro ta zabijała swoich za odruch sumienia. Inaczej zachowała się góra. Metropolita Szeptycki, najwyższy autorytet moralny zachodniej Ukrainy, wobec Zagłady Żydów uruchomił pełną miarę osądu, ogłosił list pasterski Nie zabijaj, pisał do Himmlera, ukrywał Żydów we własnej rezydencji i klasztorach, głosił, że zabójca sam wyklucza się z Bożej społeczności. Wobec mordu na Polakach tej miary już nie przyłożył. W liście z sierpnia 1943 roku, pisanym w szczycie rzezi, mówił o strasznych morderstwach dokonanych przez młodych ludzi, może nawet w dobrych zamiarach, ale ze zgubnymi następstwami dla narodu, i na tym poprzestał, sprawców wprost nie potępił, częścią dlatego, że dawał wiarę pogłosce, jakoby pierwsi zaczęli Polacy, częścią z obawy, by potępienie nie zaszkodziło sprawie ukraińskiej niepodległości. A przecież mówił o ludziach, którzy mordu uczyli się w niemieckiej służbie przy Zagładzie i którzy przenieśli ten warsztat na polskich sąsiadów; trudno w nich widzieć bojowników o wolność. I Szeptycki, i upowcy byli przecież formalnie obywatelami Rzeczypospolitej.
Metropolita, ważąc mord na współobywatelach na szali ukraińskiej sprawy, w istocie uznał rozbicie Polski za stan prawomocny, a własne obywatelstwo za niebyłe. Człowiek, który umiał nazwać zło po imieniu, gdy ofiarą był Żyd, zawiesił osąd, gdy sprawca występował pod sztandarem narodowej sprawy, i przepuścił zbrodnię przez jej sito. Podobnie wewnątrz samej OUN, gdzie część prowidu nazwała rzeź samowolą i błędem politycznym, jakby kilkadziesiąt tysięcy zamordowanych było kwestią taktyki, a słowo zbrodnia nie przeszło nikomu przez gardło. Sprzeciw od dołu opłacony krwią i wykręt na górze układają się w jeden obraz. Lud zachował resztki wczucia, lecz wszędzie tam, gdzie do głosu dochodziła sprawa, osąd czynu gasł, od wiejskiej bojówki po metropolitalny pałac.
VII. Ukraińska scena i jej kalkulacja
.Majowy dekret Zełenskiego, nadający w roku 2026 jednostce wojskowej miano „Bohaterów UPA”, wyrósł z pobudek wewnętrznych, z rozgrywki, w której pamięć polskich ofiar nie waży nic albo prawie nic, a sam akt jest na wskroś ukraiński; przypisywanie go Moskwie byłoby fałszem.
Pozycja Zełenskiego słabnie od miesięcy. W sondażach ufa mu mniej niż połowa Ukraińców, podczas gdy generałowi Załużnemu siedmiu na dziesięciu, a Budanowowi przeszło połowa, i kolejne badania spychają prezydenta na trzecie miejsce. Do tego doszła afera korupcyjna Tymura Mindicza, wspólnika Zełenskiego z czasów aktorskich i współwłaściciela studia Kwartał 95, która zmiotła ze sceny Andrija Jermaka, prawą rękę prezydenta, a desperacka próba ograniczenia autonomii biura antykorupcyjnego NABU skończyła się odwrotem pod naciskiem ulicznych protestów. Prezydent, który poświęcił najbliższego współpracownika i przegrał starcie z instytucjami kontrolnymi, potrzebował tematu, który przykryje skandal i uruchomi dobrze opisane w socjologii polityki zjawisko skupienia narodu wokół przywódcy w obliczu zewnętrznego sporu, gdy zaatakowany z zewnątrz lider zyskuje poparcie nawet tych, którzy dzień wcześniej go krytykowali. Dekret o Bohaterach UPA spełnił to zadanie wzorowo, bo polska fala gniewu, w tym zapowiedź odebrania Orderu Orła Białego, sprawiła, że Ukraińcy walnie stanęli po stronie swojego prezydenta, a możliwość odebrania mu polskiego odznaczenia potraktowali osobiście. Polski gniew stał się paliwem wewnętrznej mobilizacji.
Część polskich komentatorów idzie dalej. Ukraina wie już, że pełnego członkostwa w Unii w przewidywalnym czasie nie dostanie, skoro Berlin przesądził formułę członkostwa stowarzyszonego, związania bez prawa głosu. Ukraińskie media same piszą, że Warszawa mogłaby blokować wejście Ukrainy do Unii z powodu sporu o upamiętnienie UPA, i w tym właśnie tkwi użyteczność konfliktu, bo gdy drzwi do Unii okażą się zamknięte, gotowy będzie winny, polska pamięć zamiast niemieckiej kalkulacji i własnych zaniedbań. Podobnie z wojną.
Front się ustabilizował, od grudnia ukraińska armia odzyskuje więcej terytorium, niż traci, a strategia dronowa daje Ukrainie równoważenie rosyjskiej przewagi, lecz nie daje sił do odtworzenia tego, co utracone, więc mówi się o zawieszeniu broni być może już latem. Pokój zawarty w takich warunkach będzie pokojem bolesnym, z utraconymi ziemiami, i ktoś będzie musiał za niego odpowiedzieć przed ukraińskim wyborcą. Sprowokowana ostra reakcja Polski, gdyby doprowadziła do zachwiania zachodniego wsparcia, dostarczyłaby gotowej narracji, że niekorzystny pokój wymusiła polska kłótliwość, a słabość własnego obozu zniknęłaby z pola widzenia. Nikt nie dowiedzie, że taki rachunek istnieje w czyjejś głowie w Kijowie, lecz dekret działa na jego korzyść niezależnie od tego, czy ktoś go ułożył. W tej kalkulacji Polska nie występuje nawet jako adresat; figuruje w niej jako koszt, którego się nie liczy, ponieważ nie ma w niej głosów do zdobycia.
.O tym, że gra toczy się o rynek głosów, a idea jest tu bez znaczenia, najlepiej świadczy to, po co Zełenski nie sięgnął. W tych samych dniach mijała setna rocznica zabójstwa Semena Petlury, atamana, który w 1920 roku ramię w ramię z Piłsudskim ruszył na Kijów i którego nazwisko mogło posłużyć za sztandar pojednania polsko-ukraińskiego. Rocznica przeszła bez echa, gdyż w Radzie Najwyższej nie zasiada żadna frakcja petlurowców, o której głosy warto by zabiegać, a bohater bez wyborczego zaplecza jest politykowi do niczego niepotrzebny. Ukraiński rynek polityczny premiuje UPA, symbol eksterminacji, a odrzuca Petlurę, choć to on mógłby łączyć. Cynizm jednostki nie wystarczyłby do takiego wyboru, gdyby gleba pod to nasienie nie była gotowa od dawna. W Polsce żaden polityk nie zdobyłby głosów, nadając jednostce wojskowej imię formacji mordującej cywilów, gdyby taka w polskiej tradycji w ogóle istniała, bo zmiażdżyłaby go opinia publiczna. Na Ukrainie taki gest się opłaca, gdyż przegrody między czcią dla sprawy a osądem czynu tam nie ma.
Rosyjska propaganda uczyniła uzasadnieniem napaści z 2022 roku kłamstwo o konieczności denazyfikacji Ukrainy rzekomo opanowanej przez banderowców. Liczby mówią co innego. Ukraińska scena dzieliła się wówczas między postkomunistyczne i jawnie prorosyjskie partie wschodu a obóz niepodległościowy, w którym ugrupowania odwołujące się wprost do tradycji OUN były marginesem. Partia Swoboda, która w 2012 roku osiągnęła szczyt z wynikiem ponad 10 procent, w 2014, mimo aneksji Krymu i wojny w Donbasie, czyli w warunkach teoretycznie dla niej najlepszych, spadła poniżej progu, a w 2019 wszystkie ugrupowania nacjonalistyczne razem, Swoboda, Prawy Sektor i Korpus Narodowy, zdobyły wspólnie 2,15 procent głosów. Prezydentem został rosyjskojęzyczny Żyd z Krzywego Rogu, wybrany miażdżącą większością, i to wybrany jako kandydat pokoju, którego obóz niepodległościowy atakował wręcz za prorosyjskość. Z tamtej strony padały zarzuty, że Zełenski rozbraja Ukrainę, że kazał zlikwidować zaporę oddzielającą okupowany Krym od reszty kraju, wzniesioną po 2014 roku, przez co rosyjskie kolumny w pierwszych dniach inwazji przeszły bez oporu na Melitopol i Berdiańsk, zamykając od zachodu pierścień wokół Mariupola, który bez tego mógł się obronić, i że obronę Donbasu prowadzono przed inwazją w reżimie ciszy, w którym żołnierzy karano za odpowiadanie na rosyjski ostrzał. Państwo opanowane przez banderowców nie wybiera prezydenta oskarżanego o sprzyjanie Moskwie. Teza o faszystowskiej Ukrainie jest empirycznie fałszywa i wojny nie usprawiedliwia. Ten właśnie człowiek, niegdyś podejrzewany o prorosyjskość, wydaje dziś dekret o Bohaterach UPA.
Słabość partii nie dowodzi jednak słabości kultu. Banderowcy jako stronnictwo przegrywają wybory, lecz kult UPA przeniknął do głównego nurtu, do polityki pamięci państwa, do ustaw, nazw ulic, wojskowego panteonu, niezależnie od tego, kto akurat rządzi. Partię można przegłosować, struktury kultury przegłosować się nie da, a problemem jest właśnie ona. Najlepiej świadczy o tym, że dekret o UPA wydał Zełenski, człowiek z antybanderowskiego wschodu, choć przez lata partyjną twarzą kultu Bandery był Ołeh Tiahnybok, wieloletni lider Swobody. Sięga po ten kult, ponieważ brak przegrody między czcią dla sprawy a osądem czynu przestał być poglądem stronnictwa i stał się wspólnym wyposażeniem całej klasy politycznej. Czyni to rzecz znacznie trudniejszą, niż gdyby chodziło o stronnictwo, zmaganie ze strukturą kultury jest bowiem robotą na pokolenia.
VIII. Rezonans bez dyrygenta
.Przez Polskę przeszła fala gniewu po tym, gdy Zełenski ogłosił swój dekret. Fala szczera i masowa, a tam, gdzie gniew wybucha tak punktualnie i rozlewa się tak szeroko, rodzi się podejrzenie, że ktoś nim steruje. Podejrzenie to zwykle ubiera się w słowo orkiestracja, i ono właśnie prowadzi na manowce, każe bowiem szukać dyrygenta, a kiedy dyrygenta nie sposób wskazać, całe podejrzenie zostaje odrzucone jako urojenie.
Tymczasem to, co dzieje się wokół dekretu, jest rezonansem, zbieżnością ruchów, z których żaden nie potrzebuje pozostałych, a które razem dają efekt o sile nieosiągalnej dla każdego z osobna. Pierwszy ruch, ukraiński i autentyczny, to dekret zrodzony z wewnętrznej rozgrywki Zełenskiego. Drugi jest rosyjski i pasożytniczy: Moskwa nie musi niczego wymyślać, kiedy materiał dostała gotowy, a wątek wołyński eksploatuje od lat jako jedno z najpewniejszych narzędzi polaryzacji; wzmacnia go, choć go nie zainicjowała. Trzeci ruch, polski, jest tragiczny właśnie dlatego, że prawdziwy, naród niosący niezagojoną ranę reaguje bowiem na jej rozdrapanie odruchem szczerym, a przez to przewidywalnym i podatnym na sterowanie. Zranionego łatwo poprowadzić, ponieważ jego reakcja jest znana z góry.
Rosjanie wiedzą o tym lepiej niż ktokolwiek, ponieważ od dziesięcioleci stosują przeciw Polsce środki aktywne, jak w sowieckiej szkole wywiadu nazywa się cały arsenał oddziaływania na cudze społeczeństwo, dezinformację, fałszerstwa, agenturę wpływu, organizacje fasadowe i prowokacje, obliczony na kształtowanie cudzych emocji i decyzji, czym różni się od klasycznego zdobywania informacji. Przez te dziesięciolecia nauczyli się grać na Polakach jak na fortepianie, znają każdy klawisz, który wystarczy nacisnąć, by odezwał się przewidywalny ton, a klawisz wołyński brzmi najgłośniej.
To, co spaja ukraińską rozgrywkę, rosyjskie podżeganie i polski odruch w jeden efekt, nie potrzebuje żadnego sztabu. Spoiwem jest algorytm platformy społecznościowej. Mechanizm rekomendacyjny, obojętny na pochodzenie materiału i jego prawdziwość, maksymalizuje dwa parametry, długość czasu, jaki użytkownik poświęca tematowi, i natężenie jego emocji, a oba najpewniej podbija gniew. Dekret o UPA rozszedł się błyskawicznie jako goła iskra emocji. Pełniejsza wiedza wcale by go nie usprawiedliwiła, przeciwnie, im więcej kto wie o Wołyniu i o doktrynie, z której UPA wyrosła, tym surowiej dekret osądzi. Algorytm roznosi jednak sam odruch, oderwany od wiedzy, która czyniłaby z niego ugruntowany osąd, a gniew odruchowy, choćby najsłuszniejszy, jest sterowny w sposób, w jaki osąd nie jest. Robi przy tym maszynowo i bezosobowo dokładnie to, co ukraiński aparat poznawczy robi kulturowo, ocenia przekaz podług reakcji, jaką wywoła, czyli podług sprawy, której posłuży, z pominięciem prawdy, którą niesie.
.Jest więc algorytm technicznym wcieleniem tej samej zasady, brakiem przegrody między oceną czynu a oceną skutku. O skuteczności tego mechanizmu świadczy sposób, w jaki zareagowały obie strony, odruchem zamiast osądu, każda zamknięta we własnej rzeczywistości cyfrowej, w której gniew został już za nią rozpalony i rozprowadzony. Algorytm wykonuje dziś tę pracę synchronizacji, którą w czasach zimnej wojny musieli mozolnie wykonywać oficerowie wpływu, a wykonuje ją w godziny zamiast w lata, bez niczyjego rozkazu, po prostu dlatego, że na gniewie zarabia.
Hannah Arendt opisała stan, do którego to prowadzi, na długo przed istnieniem platform. Celem zorganizowanego kłamstwa, pisała, jest zniszczenie samej rzeczywistości wspólnego świata, rozdarcie tkanki faktów, w którą owijamy codzienne życie, i podstawienie w jej miejsce wymyślonej pseudorzeczywistości; wmówienie pojedynczego fałszu to przy tym celu drobiazg. Idealnym poddanym takiego porządku okazuje się człowiek, który stracił już zdolność odróżnienia faktu od kłamstwa, prawdy od jej ideologicznego odczytania; fanatyk przekonany do ideologii jest tu mniej przydatny. Rosyjska operacja od dziesięcioleci zmierza dokładnie do tego stanu, a algorytm okazał się jej najsprawniejszym, choć bezwiednym narzędziem, bo robi maszynowo to, co kiedyś trzeba było robić ręcznie, rozprasza fakt i zostawia samą emocję. Polak i Ukrainiec, każdy zamknięty we własnej cyfrowej rzeczywistości, w której gniew został już za niego rozpalony, tracą wspólny grunt faktyczny, bez którego żaden spór o Wołyń nie może się nawet zacząć, bo nie ma już wspólnego świata, w którym dałoby się go toczyć.
Polska debata, skupiona na jednej Moskwie, przeocza przy tym, że samo rozegranie polskiej rany, czyjakolwiek ręka je uruchamia, jest korzystne dla dwóch potęg naraz, których interesy z przeciwnych powodów schodzą się w jednym punkcie. Rosji każde pęknięcie między Warszawą a Kijowem osłabia front, który ją powstrzymuje. Niemcom zależy na tym, by na wschód od nich nie wyrósł samodzielny biegun, a trwały sojusz polsko-ukraiński oparty na prawdzie byłby właśnie takim biegunem. Zmowy zakładać nie trzeba, wystarczy zbieżność interesu, a ta wynika z samego położenia obu państw.
IX. Sowiecka ręka, dawna i dzisiejsza
.Rosyjska eksploatacja tej rany ciągnie się nieprzerwanie od zimnej wojny, co potwierdzają odtajnione dokumenty amerykańskie i przesłuchania Kongresu Stanów Zjednoczonych z 1982 roku. Korzystając z nich, trzeba pamiętać o ich charakterze. Powstały w obronie antysowieckiej diaspory ukraińskiej, czyli w znacznej mierze emigracji banderowskiej, którą Ameryka traktowała jako zimnowojennego sojusznika przeciw Moskwie, toteż o zbrodniach UPA milczą, a jej spadkobierców przedstawiają jedynie jako ofiary. Dokumentują za to rzetelnie samą sowiecką robotę.
KGB prowadziło wieloletnią kampanię środków aktywnych wymierzoną w tę diasporę, posługując się fałszerstwami, grupami fasadowymi, agentami wpływu i prasą, a jej celem był, w sowieckim języku, rozkład organizacji emigracyjnych i sianie nieufności w ich szeregach. Do ulubionych narzędzi należało skłócanie Ukraińców z Żydami przez spreparowany obraz sojuszu syjonistów z banderowcami, a najtwardszym środkiem było zabójstwo, czego dowodzi likwidacja Bandery w Monachium w 1959 roku. Moskwa nie musiała przy tym niczego zmyślać o zbrodniach UPA, te bowiem były olbrzymie i prawdziwe. Jej operacja polegała na generalizowaniu winy konkretnej formacji na cały naród, tak by każdy Ukrainiec stał się w oczach świata banderowcem. Tą samą techniką Putin uzasadnił napaść z 2022 roku, biorąc realną ranę i rozszerzając ją na całość, by zohydzić naród.
Sowiecka penetracja sięgała zresztą głębiej niż propaganda, aż do prowokacji. NKWD, a po reorganizacji MGB, tworzyło tak zwane grupy specjalne, fałszywe oddziały przebrane za bojowników UPA, w skład których wcielano niekiedy przewerbowanych członków podziemia pod nadzorem oficera. W połowie 1945 roku było ich ponad sto pięćdziesiąt. Część z nich, jak stwierdza raport do Chruszczowa z 1949 roku, dokonywała okrucieństw na ludności cywilnej po to właśnie, by upozorować je jako dzieło UPA i obrócić ludność przeciw nacjonalistom. Mechanizm polegał na niszczeniu autentycznego ruchu od wewnątrz, przez podszywanie się pod niego i przypisywanie mu własnych zbrodni.
Wszystko to ani na jotę nie umniejsza zbrodni rzeczywiście przez UPA popełnionych. Dowodzi za to, że sowiecka, a dziś rosyjska machina od dziesięcioleci pracuje na cudzej ranie tym samym chwytem, ręcznie wówczas, algorytmicznie dziś. Tę samą metodę pozoracji przeniesiono zresztą na pojałtańską Polskę, gdzie komunistyczna bezpieka, wprost korzystając ze wzorców NKWD, tworzyła grupy pozorowane podszywające się pod polskie podziemie niepodległościowe, by rozkładać je od środka. Na sowieckiej Ukrainie technika ta uderzała w UPA, na ziemiach polskich w podziemie poakowskie i WiN, a była to metoda eksportowana z jednego ośrodka. Polska i Ukraina padły ofiarą tego samego sowieckiego chwytu rozkładania oporu od wewnątrz, każda na swój sposób.
X. Dlaczego Niemcy milczą
.Pytanie o Niemcy, wielkiego nieobecnego polskiej debaty o dekrecie i o całym sporze z Ukrainą, domaga się osobnej odpowiedzi. Debata ta niemiecki interes w tym sporze albo pomija, albo karykaturuje jako poszukiwanie niemieckiej ręki za każdym nieszczęściem. Rzecz jest subtelniejsza i obywa się bez tezy o sprawstwie. Pozycja Niemiec jako środka ciężkości Europy zależy od tego, by na wschód od nich nie powstał samodzielny ośrodek siły zdolny prowadzić własną politykę między Berlinem a Moskwą. Blok polsko-ukraiński, oparty na pojednaniu w prawdzie, z połączoną demografią, rolnictwem i bojowo zweryfikowanym potencjałem militarnym, byłby końcem tej architektury. Berlin nie musi więc sporu wywoływać ani podsycać, od tego są inni. Wystarczy, że go nie rozbraja.
Dokładnie to widać w niemieckiej prasie. Główny nurt relacjonuje spór jako zatarg dyplomatyczny, cytuje Tuska i wzmiankuje o możliwym odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego, najwyższego polskiego odznaczenia, lecz natury UPA nie nazywa, kontekst wołyński pomija albo kwituje jednym zdaniem. Każde mocniejsze nazwanie obciążałoby państwo, które jest dziś głównym europejskim płatnikiem ukraińskiej obrony, więc niemiecki główny obieg wybiera przemilczenie. Rzecz po imieniu nazywają jedynie tytuły z obrzeży tego obiegu, piszą o niej i gazety lewicowe, i prawicowe, podczas gdy środek milczy. Milczenie służy temu samemu, czemu służy rosyjskie podsycanie, temu, by rana się nie zabliźniła, tyle że działa od przeciwnej strony. Niemieckie milczenie konserwuje ukraińską niezdolność do osądu, choć jej nie stworzyło, i odbiera jedyny nacisk, który mógłby ją przełamać, gdyż nacisk polski Ukraina zbywa jako interesowny, a nacisk zachodni, gdyby przyszedł od głównego mocodawcy, byłby nie do zbycia.
Niemiecka postawa ma za sobą całe stulecie ciągłości. Już w sierpniu 1914 roku, gdy tylko wybuchła wojna, państwa centralne sięgnęły po kartę ukraińską przeciw Rosji, a Związek Wyzwolenia Ukrainy powstał we Lwowie pod austriacko-niemieckim patronatem i został wpięty w plan Mitteleuropy, ten sam, który w Brześciu roku 1918 czynił z Ukrainy niemiecki przyczółek na wschodzie. Stałą osią tej polityki był sprzeciw wobec odrodzenia samodzielnej polskiej państwowości, Korony jako historycznego podmiotu zdolnego organizować przestrzeń między Niemcami a Rosją, a poszczególne efemerydy bywały tylko narzędziami.
Dlatego po roku 1918, gdy odrodzona Rzeczpospolita stanęła Niemcom na drodze, ostrze ukraińskiej karty, wymierzone dotąd w Rosję, skierowano przeciw Polsce, a ukraiński nacjonalizm pozostał tym, czym był od początku, narzędziem w cudzym ręku. Przez całe międzywojnie z kasy Abwehry płynęły do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów pieniądze, broń i sprzęt, a współpraca nabrała wymiaru strategicznego po dojściu Hitlera do władzy, by w roku 1939 przybrać postać Legionu Ukraińskiego i prób wzniecenia antypolskiego powstania na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Rozgrywał tę kartę Wilhelm Canaris, ten sam, którego Hitler później powiesił, i nic to nie zmienia, bo antyhitlerowiec mógł być antypolski tak samo jak Hitler, w grę wchodziła trwała linia, niezależna od poglądów jednego człowieka czy jednego reżimu.
Linia ta nie urwała się w roku 1945. Po wojnie siatkę banderowską przejął do gry przeciw Sowietom Reinhard Gehlen, hitlerowski szef wywiadu wschodniego, który stanął na czele zachodnioniemieckiego wywiadu, a gdy Brytyjczycy porzucili Banderę jako zbyt skrajnego, to właśnie niemiecki BND nawiązał z nim w 1956 roku kontakt i do końca dekady przerzucał jego ludzi do ZSRS. Rosyjska propaganda posługuje się dziś tym faktem jako dowodem, że Ukraina jest tworem faszystowskim wymagającym denazyfikacji. Fakt ten dowodzi jedynie stałości, z jaką niemiecka racja stanu sięga po ukraiński instrument, kimkolwiek akurat są jego dysponenci; o faszystowskim charakterze dzisiejszej Ukrainy nie mówi nic.
Niemieckie milczenie ma jeszcze dno głębsze niż geopolityczny interes, dno, które z punktu widzenia Berlina czyni je czymś więcej niż wygodą, wręcz koniecznością. Wołyń w 1943 roku był ziemią pod okupacją niemiecką, w granicach Komisariatu Rzeszy Ukraina, a mocarstwo okupacyjne, w myśl regulaminu Konwencji Haskiej z 1907 roku, ma obowiązek zapewnić bezpieczeństwo ludności cywilnej na zajętym terytorium. Niemcy obowiązku tego zaniechali, a na dodatek dostarczyli rzezi narzędzia, gdyż to z uzbrojonej i wyszkolonej przez nich ukraińskiej policji pomocniczej, opanowanej przez nacjonalistów, wywodził się znaczny trzon formacji, która mordowała. Każde mocne nazwanie natury UPA przez niemiecki głos sprowadza więc nieuchronnie pytanie, gdzie był wtedy okupant zobowiązany chronić tę ludność i czyja policja dostarczyła sprawcom ludzi i broni. Milczenie o UPA jest dla Niemiec zarazem milczeniem o własnej odpowiedzialności okupacyjnej.
.Fałszywego alibi nikt z tego nie dostaje, niemiecka współodpowiedzialność przez zaniechanie i uzbrojenie sprawców niczego bowiem nie zdejmuje z OUN-UPA, która rzeź wymyśliła, zaplanowała i przeprowadziła, i która ponosi za nią pełną odpowiedzialność sprawczą. Niemiecki rachunek jest osobny, obejmuje obowiązek okupanta, którego Berlin nie dopełnił. Właśnie dlatego, że rachunek ten istnieje, niemieckie milczenie o Wołyniu jest unikiem dyplomatycznym, a zarazem ucieczką przed własną przeszłością i odpowiedzialnością, a jedno milczenie osłania drugie.
Ta sama linia ma też wymiar najnowszy, gospodarczy, widoczny w sporze o unijną przyszłość Ukrainy. Berlin występuje dziś w roli hojnego patrona europejskich aspiracji Kijowa, proponując Ukrainie status członka stowarzyszonego, z dostępem do funduszy i gwarancji, lecz bez prawa głosu, czyli związanie bez podmiotowości, przyciągnięcie Ukrainy w stopniu, który nie pozwoli jej odpłynąć, przy zatrzymaniu jej przed progiem, za którym stałaby się samodzielnym graczem zdolnym współtworzyć z Polską własny biegun wewnątrz Unii.
Hojność ta nic Niemiec nie kosztuje, gdyż niemieckie rolnictwo nie konkuruje z ukraińskim zbożem. Realny ciężar pełnej akcesji, zalew rynku tańszą żywnością, spada na Polskę, sąsiada i bezpośredniego konkurenta. Niemcy mogą więc zbierać wdzięczność Kijowa cudzym kosztem, a polski opór rolny, słuszny i konieczny, ustawić jako egoizm hamujący europejską solidarność z walczącym narodem. Ten sam wzorzec przewija się przez całe stulecie. W 1943 roku zaniechano ochrony i ginęli Polacy, dziś gra się patrona Ukrainy i płaci polski rolnik, a korzyść za każdym razem zostaje w Berlinie, rachunek trafia do Warszawy albo do Kijowa, poróżnione zaś stolice nie składają się w biegun, który likwidowałby niemiecką dominację w Europie Środkowo-Wschodniej.
XI. Dwie reakcje na to samo zdarzenie
.Prawdę o rosyjskim rezonansie można obrócić w dwie przeciwne strony i właśnie to robi obecny rząd III RP. Ministerstwo Spraw Zagranicznych samo przyznaje, że dekret może posłużyć rosyjskiej propagandzie do skłócania obu narodów. Przesłanka jest więc wspólna. Rząd wyprowadza z niej nakaz milczenia, wyciszenia sprawy, niedrażnienia Kijowa.
Wniosek to wygodny, pozwala ubrać uległość w troskę o bezpieczeństwo i nie przyznawać się do prawdziwego motywu, którym jest obawa przed konfliktem. Wejście rządu w spór z Kijowem na tle polskich interesów, geopolitycznych i tożsamościowych zarazem, wywołałoby bowiem niezadowolenie Berlina, a w przyjętej przez ten obóz roli Polska ma być biernym przedmiotem polityki europejskiej, dalekim od podmiotu walczącego o swoje.
Z tej samej przesłanki płynie wniosek odwrotny. Skoro Rosja chce rozegrać polski gniew, nie wolno dać się rozegrać, a to znaczy co innego niż milczeć. Znaczy panować nad ujściem gniewu, mówić prawdę o Wołyniu pełnym głosem i zarazem odmawiać udziału w spektaklu wzajemnej nienawiści, na którym zarabia kto inny.
Kto z groźby rozegrania wyprowadza nakaz milczenia, sam ulega rozegraniu, tak samo jak ten, kto daje się rozpalić, tyle że od przeciwnej strony, bo jedno i drugie zostawia polską ranę narzędziem w cudzym ręku. Kto ostrzega przed rozegraniem, ten broni Polski i jej słusznego gniewu przed obróceniem go przeciw niej samej; ukraińska polityka historyczna nie znajduje w tym ostrzeżeniu żadnej obrony.
XII. Co robić teraz
.Odpowiedź na dziś zaczyna się od twardego rozdzielenia poziomu państwowego od społecznego. Wobec Kijowa stanowczość bez taryfy ulgowej, nazwanie dekretu tym, czym jest, postawienie ekshumacji i upamiętnień jako twardego warunku, bez proszenia, gdyż to relacja między państwami i tam Polska ma narzędzia nacisku. W tym samym ruchu, drugą ręką, wobec Ukraińców mieszkających w Polsce świadome niewpuszczenie owej twardości na ulicę. Każdy akt wrogości wobec ukraińskiego sąsiada, pracownika, dziecka w szkole jest dokładnie tym, na co czeka rezonans, pracą wykonaną za darmo na cudzy rachunek. Twardość należy się górze, czyli linii rządów, dołowi zaś, linii sąsiedztwa, należy się spokój, a kto myli te poziomy, pracuje przeciw własnemu państwu.
Inicjatywę odbiera się rozgrywającym przez wyprzedzające nazwanie mechanizmu. Jeśli głośno pokazać, że podsycanie antyukraińskiej histerii w Polsce jest dokładnie tym, czego chce Moskwa, odbiera się temu podsycaniu paliwo, gdyż człowiek świadomy, że jego gniew jest sterowany, gniewa się ostrożniej. To broń szybsza niż każda nota dyplomatyczna i to jest rola publicystyki.
Osobnego namysłu wymaga obawa o piątą kolumnę, problem realny i krytyczny. Groźniejsze od samych ludzi jest to, że polskie państwo nie prowadzi wobec ponad miliona Ukraińców żadnej polityki, ani asymilacyjnej, ani choćby informacyjnej. Zbiorowość pozostawiona samej sobie, żyjąca tylko w ukraińskiej przestrzeni pamięci i informacji, daje się z zewnątrz poruszyć, a źródłem tej podatności jest porzucenie, wrogość nie ma tu nic do rzeczy. Państwo, które wpuszcza milion ludzi ukształtowanych przez obcą politykę historyczną i nie czyni nic, by przedstawić im polską prawdę o wspólnej przeszłości, zostawia próżnię, a próżnię tę wypełnia przekaz ukraiński i rosyjski. Brak polskiej polityki informacyjnej jest oddaniem pola i sam w sobie stwarza zagrożenie, a odpowiedzialność za nie spada na gospodarza, który nie wykonał swojej powinności, trudno ją bowiem składać na gościa.
Z gościny płynie zarazem obowiązek, a Polska ma pełne prawo go egzekwować. Kto korzysta z polskiego bezpieczeństwa, pracy i pomocy, ten winien lojalność państwu, które go przyjęło, a to znaczy, że na polskiej ziemi nie ma miejsca na kult formacji, która mordowała Polaków, ani na wrogą Polsce działalność. Egzekwowanie tego obowiązku jest normą, którą stosuje każde państwo wobec gości na swoim terytorium, i powinnością wobec własnych obywateli; z niechęcią do cudzoziemca nie ma nic wspólnego. Rzecz w tym tylko, by czynić to po polsku, czyli sądząc czyn zamiast pochodzenia.
Ścigać trzeba konkretne akty nielojalności, kult UPA, próby przeniesienia banderowskiego mitu na polską ziemię, działalność wymierzoną w polskie bezpieczeństwo. I ścigać imiennie tych, którzy się ich dopuszczają, narzędziami prawa i kontrwywiadu. Nie obejmować zaś podejrzeniem miliona ludzi za to, kim są albo skąd przyszli, gdyż byłaby to ta sama odpowiedzialność zbiorowa, którą pułkownicy zastosowali w 1938, paląc cerkwie niewinnych za sabotaże nielicznych. Naród, który umie osądzać osobę, sądzi jednostkę za to, co zrobiła, i nie obciąża zbiorowości za to, czym jest, a właśnie ta zdolność, utrzymana nawet pod presją realnego zagrożenia, jest polską siłą. Odpowiedzią na zagrożenie jest więc jedno i drugie naraz, twarde egzekwowanie lojalności wobec konkretnych nielojalnych i ta polityka informacyjna i integracyjna, której zaniechano, robota spóźniona o lata, lecz wciąż wykonalna.
XIII. Co robić na pokolenia
.Rozwiązanie długoterminowe jest trudniejsze, gdyż wymaga cierpliwości, której polityka zwykle nie ma. Żądanie samej skruchy jest jałowe, ponieważ elita ukraińska nie ma czym jej wykonać, a wymuszanie wyznania od kogoś bez aparatu do wyznania tylko karmi resentyment. Milczenie dla świętego spokoju jest równie szkodliwe, gdyż konserwuje brak hamulca, a naród z bojowo zweryfikowaną armią, z mitem opartym na formacji o programie państwa etnicznie czystego i bez narzędzia do osądu własnych zbrodni, jest sąsiadem strukturalnie nieprzewidywalnym. Strukturalna nieprzewidywalność nie wymaga przy tym żadnego planu sięgnięcia po Małopolskę, którego nie głosi żaden ukraiński ośrodek władzy i który stałby w poprzek ukraińskiego interesu; wystarczy brak wewnętrznego hamulca, który takie roszczenie wykluczyłby raz na zawsze.
Otwiera się więc droga, której polska polityka nigdy nie próbowała, cierpliwe budowanie na Ukrainie, zwłaszcza na jej łacińskim zachodzie, dostępu do tego aparatu, który Polska ma, a Ukraina utraciła. Przez Kościół, przez wspólną przeszłość Rzeczypospolitej, której Ruś była współtwórcą, czymś znacznie więcej niż naskórkiem, przez uniwersytet, wreszcie przez to, że doświadczenie polskiego dobra po roku 2022 dało ludowi ukraińskiemu materiał, na którym taki aparat może wyrosnąć. Naród, który nauczy się sądzić własne zbrodnie podług ich natury, przestaje być sąsiadem bez hamulca. Ma w tym swoją rolę także ukraińska diaspora w Polsce, gdyż jeśli zetknie się z dojrzałym polskim aparatem poznawczym zamiast z polską wrogością, jeśli zobaczy, że Polska potrafi pokazać jej pamięć Wołynia bez nienawiści do niej samej, stanie się najlepszym kanałem, którym ten aparat z czasem wróci na Ukrainę. Zbiorowość potraktowana wrogo zamienia się we wroga, sąsiad potraktowany po ludzku, ale w prawdzie, staje się nosicielem prawdy.
Jest to robota obliczona na dwa pokolenia, jakiej żadna nota dyplomatyczna nie zastąpi. Węzeł, który wydaje się nierozwiązywalny, zawdzięcza tę pozorną nierozwiązywalność okaleczeniu, a okaleczenie, w odróżnieniu od natury, daje się z czasem leczyć.
Kolejność spraw jest przy tym nieubłagana: pojednanie jest celem dalekim, bezpieczeństwo obowiązkiem bieżącym, i nigdy nie wolno temu drugiemu ustąpić pierwszemu. Leczenie ukraińskiego aparatu poznawczego potrwa dwa pokolenia, a kult UPA zagraża polskiej przyszłości teraz. Przeciwnik przy tym jest niejeden. W jednym punkcie schodzą się trzy żywioły: doncowska gnoza, wciąż żywa w ukraińskim panteonie, dla której czyn ocenia się podług sprawy zamiast podług natury, rosyjska szkoła środków aktywnych, od dziesięcioleci rozgrywająca polską ranę, i niemiecka przebiegłość, od stulecia obracająca ukraiński nacjonalizm przeciw polskiej państwowości. Wobec takiej mieszanki dobra wola nie wystarcza, gdyż żaden z tych żywiołów dobrej woli nie honoruje. Dopóki więc Ukraina nie wytworzy własnego hamulca, hamulcem musi być polska siła. To znaczy własny potencjał obronny niezależny od ukraińskiej życzliwości, niezgoda na wpisanie formacji o programie eksterminacji do jakiegokolwiek wspólnego kanonu sojuszniczego, i traktowanie prawdy o Wołyniu jako warunku relacji, którego nie wolno sprowadzić do ozdoby. Pojednanie budujemy cierpliwie, ale ani na dzień nie zawieszamy czujności, gdyż naród, który leczy cudzą ranę kosztem własnego bezpieczeństwa, nie doczeka ani pojednania, ani bezpieczeństwa.
Polski gniew po dekrecie o UPA jest prawdziwy i ma prawo do głosu. Przed Polską stoi zarazem zadanie trudniejsze niż samo oburzenie, dopilnowanie, by ten słuszny gniew służył jej samej, zamiast zasilać tych, którzy z polsko-ukraińskiej rany czerpią od dawna i z różnych stron. Naród, który nie umie obronić własnego gniewu przed wykorzystaniem, jest tak samo bezbronny jak ten, który gniewu nie ma. Dojrzałość mierzy się panowaniem nad tym, dokąd gniew zostaje skierowany, a sama siła uczucia o niczym jeszcze nie świadczy.
XIV. Order, czyli dwa odczytania jednego daru
.Najczystszy i najbardziej współczesny wyraz różnicy obu aparatów poznawczych dał los jednego odznaczenia. Order Orła Białego, najwyższy order Rzeczypospolitej, nadał Zełenskiemu Andrzej Duda wiosną 2023 roku, rok po wybuchu wojny, gdy nie sposób było jeszcze przewidzieć, jak się ona skończy, i bez żadnego warunku ani żądania wzajemności. Dla Polaka gest ten był przejrzysty i szlachetny. Polak odczytał ukraiński opór jako walkę toczoną w jego własnym, odziedziczonym po wiekach porządku, za wolność naszą i waszą, za rzecz świętą samą w sobie, niezależnie od tego, co z niej dla Polski wyniknie. Order był darem, hołdem złożonym męstwu w chwili, gdy męstwo wydawało się jedyną pewną rzeczą, i nie było w nim rachuby, dar za wolność bowiem rachuby nie znosi.
Ukraiński aparat poznawczy odczytał ten sam order wprost przeciwnie, i równie konsekwentnie, bo i to odczytanie wypływało z własnej struktury. Skoro sami Polacy przyznają, że Ukraina broni także Polski i całej Europy, to znaczy, że Ukraińcom należy się za to więcej, niż gdyby bronili jedynie własnych granic. Order z daru do odwzajemnienia zamienił się w pokwitowanie długu, który ma wobec Ukrainy świat. A skoro dług jest po stronie świata, to ten, kto daje i niczego w zamian nie żąda, uchodzi w tym porządku za naiwnego, o szlachetności nikt tam nie myśli. Polska oddała czołgi w pierwszych, rozstrzygających tygodniach, otworzyła granicę dla milionów, wzięła na siebie ciężar pomocy, nie zażądawszy niczego, ani prawdy o Wołyniu, ani jednego zobowiązania na piśmie, a na dodatek przypięła ukraińskiemu prezydentowi swoje najwyższe odznaczenie. To, co w polskim porządku było szczytem wielkoduszności, w ukraińskim stało się dowodem, że dający sam nie wie, ile jest winien, więc można brać dalej.
Ukraiński internet ma na to gotowe słowo, krótkie i bezlitosne. Kynuty łocha, obrobić frajera, naiwniaka, który daje, bo nie umie policzyć, i nie żąda pokwitowania, bo wstydziłby się żądać. Polak, który dał order za walkę o wolność i nie wziął niczego w zamian, jest w tej optyce dokładnie łochem, którego się kynuło; na dobroczyńcę, któremu się dziękuje, nie ma w tym słowniku miejsca. Trudno w tym widzieć chłodną kalkulację cynika; to odruch wpisany w strukturę, w której wdzięczność za dar bez ceny nie ma się gdzie zaczepić, bo dar bez ceny czyta się jako słabość dającego.
.Dowodu dostarczył sam Zełenski, i to zaledwie pół roku po orderze. We wrześniu 2023 roku, na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, w sporze o zboże, mówił o europejskich przyjaciołach, którzy odgrywają solidarność w teatrze politycznym i w istocie pomagają przygotować scenę dla moskiewskiego aktora. Komentatorzy odczytali to jednoznacznie jako uderzenie w Polskę, a sam Zełenski opuścił salę przed przemówieniem polskiego prezydenta. Polskę, która oddała czołgi i przyjęła miliony, postawiono pośrednio w jednym szeregu z Rosją, pół roku po tym, jak udekorowała jego przywódcę.
Dla Polaka była to obelga niepojęta, czarna niewdzięczność, rzecz, która w głowie się nie mieści. W ukraińskim aparacie poznawczym była zupełnie spójna. Skoro Ukraina broni wspólnej sprawy, a Polska tę sprawę uznała, choćby przypinając order, to każdy polski interes postawiony w poprzek ukraińskiemu, choćby obrona własnego rolnika przed zalewem taniego zboża, jest zdradą wspólnej sprawy, a zatem obiektywnie służy wrogowi. Ta sama reguła, podług której czyn ocenia się wedle sprawy zamiast wedle własnej natury, każe widzieć w Polaku broniącym swego pola pomocnika Moskwy zamiast sąsiada pilnującego swego. Order i oskarżenie z mównicy ONZ układają się w dwa odczyty jednej rzeczy, dokonane przez dwa różne aparaty poznawcze, i dopiero widziane razem przestają być zagadką.
Dekret o Bohaterach UPA dopełnia tej sekwencji i ma swoje właściwe imię. Jest świętokradztwem wobec pamięci ofiar Wołynia, sacrilegium memoriae victimarum Volhyniae, profanacją dokonaną na umęczonych, którym do dziś odmawia się grobów. Polska pamięć sięga po sakralną łacinę, bo tylko ona unosi powagę tej zbrodni. Ukraiński obieg odpowiada żargonem ulicy, kynuty łocha. W zderzeniu tych dwóch języków, modlitewnego i złodziejskiego, widać całą przepaść między oboma aparatami poznawczymi, głębszą niż jakikolwiek spór dyplomatyczny, bo sięgającą samego sposobu, w jaki każda ze stron nazywa to, co święte, i to, co wolno wziąć.
XV. Predykcja, czyli trwały konflikt epistemiczny
.To, co rozgrywa się między Polską a Ukrainą wokół Wołynia, orderu i dekretu, tylko w języku polskiej debaty uchodzi za nieporozumienie. Nieporozumienie zakłada wspólny grunt, na którym strony różnią się odczytaniem tych samych faktów, i daje się usunąć, gdy fakty wyłoży się dość cierpliwie. Tu wspólnego gruntu nie ma.
Dwa aparaty poznawcze zadają dwa różne pytania: polski, czy czyn się wydarzył i czy był złem samym w sobie, ukraiński, czyjej sprawie czyn służy. Polskie pytanie trafia do ukraińskiego ucha, lecz nie może doczekać się odpowiedzi, bo żeby odpowiedzieć, trzeba mieć aparat, który osadzi je we własnej siatce pojęć, w aksjologii i w realizmie poznawczym, a w ukraińskim aparacie pytanie o zło samo w sobie nie ma się gdzie osadzić. Polak ukraińskie pytanie słyszy, tyle że słyszy w nim wykręt, i słusznie. Uczciwa ukraińska odpowiedź brzmiałaby bowiem, że wymordowano ich, bo służyło to sprawie, a tego głośno powiedzieć nie sposób, gdyż nawet w ukraińskim aparacie tli się świadomość, że takie postawienie sprawy kompromituje. Więc odpowiedź wymija się w stronę tragedii, w formułę wzajemnych win bez sprawcy, i w biurokratyczne utrudnianie ekshumacji, byle prawda nie stanęła nad otwartym grobem. Polak wykłada fakty o Wołyniu w przekonaniu, że fakt zobowiązuje, a Ukrainiec te same fakty przepuszcza przez sito sprawy, w którym fakt obciążający własny panteon w ogóle nie zostaje uznany za dowód. Jest to konflikt epistemiczny, różnica w samym kryterium tego, co liczy się jako prawda, i żadnym sporem do rozstrzygnięcia być nie może. Sprawa ma jeden tylko aspekt pozytywny. Dekret Zełenskiego i polski gniew wyniosły Rzeź Wołyńską przed szeroką opinię świata, która przez osiemdziesiąt lat wolała o niej nie wiedzieć.
Tu schodzą się dwie kobiety, które los postawił po dwóch stronach tego samego mechanizmu. Edith Stein, fenomenolog wczucia, tego samego, które głód lat trzydziestych wypalił w ukraińskim chłopie, zginęła w Auschwitz z rąk machiny, która w człowieku nigdy osoby nie widziała, z rąk państwa będącego dokładnym przeciwieństwem tego, o którym pisała w Studium o państwie, gdzie to władza podlega porządkowi wartości, nigdy odwrotnie. Pokazała, gdzie leży korzeń: w zaniku wczucia, w utracie zdolności dostrzeżenia drugiego jako człowieka, zanim się go osądzi. Hannah Arendt, patrząc na Eichmanna, sprawcę z tej samej machiny, pokazała skutek, ową opisaną wyżej osłonę przed rzeczywistością, której nie przebije żaden argument. Korzeń i skutek opisują ten sam stan, w którym czyn ocenia się podług sprawy zamiast podług natury, a osoba znika, zanim padnie cios. Ukraiński aparat poznawczy jest okaleczeniem, lecz okaleczenie nie jest niewinnością. Istnieje świat normalny, dostępny każdemu, kto zechce w niego spojrzeć, i w tym świecie można się dowiedzieć, czym jest mordowanie dzieci siekierami. Kto mając tę prawdę na wyciągnięcie ręki wybiera trwanie w okaleczeniu, ten dokłada do niego złą wolę, i dlatego wyjaśnienie nie jest rozgrzeszeniem. Leczenie zaś ma swoją miarę w pokoleniach, do której noty dyplomatyczne i cykle wyborcze nigdy nie dorosną.
Dopóki ukraiński aparat poznawczy trwa w obecnej postaci, sceny takie jak wręczenie orderu, po którym przychodzi oskarżenie z mównicy ONZ, albo dekret gloryfikujący sprawców rzezi, po którym przychodzi polskie oburzenie i ukraińskie zdumienie tym oburzeniem, będą się powtarzać. Polski dar bez ceny zostanie odczytany jako słabość, polskie żądanie prawdy jako zdrada wspólnej sprawy, a fakt obciążający panteon jako rosyjska prowokacja. I za każdym razem Polak będzie zdumiony, bo jego aparat takiej odpowiedzi nie przewiduje, a Ukrainiec będzie zdumiony polskim zdumieniem, bo jego aparat innej odpowiedzi nie zna. Trudno będzie widzieć w tym złośliwe wybryki kolejnych polityków; to regularny wytwór struktury, która inaczej działać nie umie. Samo się to nie skończy, nieporozumienia bowiem mijają, a konflikt trwa, dopóki trwa jego przyczyna.
Dla Polski płynie z tego nakaz realizmu. Z narodem, którego aparat poznawczy nie rozpoznaje daru bez ceny, nie wolno postępować jak z narodem, który go rozpoznaje. Pomagać trzeba, gdy pomoc leży w interesie Polski, ale z otwartymi oczami, wystawiając rachunek, żądając pokwitowania, stawiając warunek. Szlachetność nie ma tu nic do rzeczy, w tamtym aparacie poznawczym dar bez warunku po prostu zapisuje się jako dług dającego, a pamięć o darze nie powstaje wcale. Równolegle trzeba cierpliwie, przez Kościół, przez wspólną przeszłość Rzeczypospolitej, przez polskie dobro okazane bez nienawiści, odbudowywać w sąsiedzie tę zdolność wczucia, którą wypalił mu Hołodomor. Stein nazwała wczucie fundamentem wszelkiej etyki. Rachunek i cierpliwość muszą iść razem, sam rachunek rodzi bowiem wrogość, a sama cierpliwość frajerstwo.
.Koniec tego konfliktu ma swoją miarę, której żadna nota dyplomatyczna nie wyznaczy: dzień, w którym ukraiński umysł zdoła pomyśleć zdanie dziś dla niego niemożliwe, „nasz bohater dokonał ludobójstwa”. A polski gniew, który ten dzień przybliża głośniej niż cała dyplomacja, jest prawdziwy i ma prawo być ostry, bo trwa wojna, a Zełenski zraża do Ukrainy jedynego prawdziwie bezinteresownego sojusznika, jakiego Ukraina miała. Miarą tej bezinteresowności jest fakt, że spośród wszystkich państw świata Polska jedna płaciła za ukraińską niepodległość własną historią, za granicą uznaną w 1991 roku bez jednego zastrzeżenia, pierwszą na świecie, za którą pozostały Lwów i wołyńska ziemia z niepogrzebanymi kośćmi polskich obywateli.
Przez trzydzieści lat Polska ani razu nie uczyniła z tej historii argumentu, a w Kijowie nikt tego wyrzeczenia nawet nie zauważył. Stała za nim ta sama zdolność, o którą toczy się cały ten spór, rozróżnienie sprawy i czynu, które pozwala wesprzeć słuszną sprawę sąsiada, nie rozgrzeszając jego zbrodni, i upomnieć się o zbrodnię, nie zdradzając sprawy. Zdolność ta ma korzenie starsze niż jakiekolwiek państwo ukraińskie, sięga początku polskiego chrześcijaństwa, świętego Wojciecha, który niósł prawo moralne poganom i zapłacił za to życiem, i świętego Stanisława, który zginął, bo postawił to prawo ponad władzą króla.
Od tysiąca lat polska kultura wie, że jest prawo wyższe niż sprawa, choćby najświętsza. Ukraina będzie sojusznikiem Polski dopiero wtedy, gdy się tego nauczy, a do tego dnia pod wołyńską ziemią będą leżeć kości pomordowanych, bez grobu, bez krzyża i bez imienia. One jedne mają czas.




