Czy Emmanuel Macron chce kontrolować debatę publiczną we Francji?

W końcowej fazie swojej drugiej kadencji Emmanuel Macron coraz częściej przedstawia walkę z dezinformacją jako jedno z najważniejszych wyzwań dla francuskiej demokracji. Równolegle w Senacie pojawiły się propozycje stworzenia nowych mechanizmów przeciwdziałania nie tylko zagranicznym operacjom wpływu, lecz także tzw. „ingerencjom wewnętrznym”. Debata ta wywołała jednak gwałtowną reakcję części francuskich publicystów, konstytucjonalistów i środowisk medialnych, którzy ostrzegają przed ryzykiem nadmiernej ingerencji państwa w wolność słowa.
Czym są „ingerencje wewnętrzne”?
Jednym z najostrzejszych głosów w tej dyskusji jest komentarz redakcyjny Yves’a Thréarda opublikowany w Le Figaro. Autor przekonuje, że pod hasłem walki z dezinformacją może dojść do stworzenia mechanizmów pozwalających państwu wpływać na granice dopuszczalnej debaty publicznej.
Szczególne kontrowersje wzbudziły sformułowania zawarte w senackim raporcie dotyczącym dezinformacji. Dokument proponuje objęcie szczególnym nadzorem nie tylko działań prowadzonych przez obce państwa, ale również zjawiska określanego jako „ingerencje wewnętrzne”. Samo pojęcie pozostaje jednak nieostre i nie posiada jednoznacznej definicji prawnej.
To właśnie ten element stał się osią krytyki i podnoszonego alarmu. Zdaniem przeciwników nowych rozwiązań tak szeroko sformułowana kategoria mogłaby w przyszłości obejmować bardzo różne formy aktywności medialnej, politycznej czy społecznej, pozostawiając szerokie pole interpretacji organom państwa.
„Czy wkrótce nie będzie już wolno powiedzieć, że Festiwal w Awinionie jest intelektualnym oszustwem, że rap jest szkodliwą muzyką albo że picie wina może dawać także ogromną przyjemność? (…) Czy zamiast chronić debatę publiczną, państwo zacznie ją kneblować? Czy pod hasłem walki z fałszywymi informacjami Francja zmierza ku stworzeniu policji pilnującej jedynie słusznego sposobu myślenia? Czy polityczni przeciwnicy oraz media, które nie wpisują się w oficjalną linię, mogłyby być ścigane za przestępstwo opinii? Czy pod pretekstem zwalczania nadużyć ci sami ludzie, którzy niegdyś głosili hasło „zakazuje się zakazywać”, chcą dziś ograniczyć wolność słowa?” – pyta Yves Thréard na łamach Le Figaro.
Obserwatorium do walki z dezinformacją
Według omawianych propozycji istotną rolę miałoby odgrywać niezależne obserwatorium zajmujące się analizą dezinformacji. Zwolennicy rozwiązania argumentują, że w dobie mediów społecznościowych oraz coraz bardziej złożonych operacji wpływu państwo potrzebuje nowych narzędzi pozwalających identyfikować skoordynowane kampanie manipulacyjne.
Krytycy odpowiadają jednak, że praktyczna niezależność takiej instytucji byłaby bardzo trudna do zagwarantowania. Ostrzegają, iż podobny organ mógłby stopniowo przejmować rolę arbitra autorytatywnie decydującego o tym, które treści są dopuszczalne w debacie publicznej, a które powinny zostać uznane za szkodliwe lub niewiarygodne.
Szczególnie, że w praktyce w organie tym zasiadaliby w nim przede wszystkim przedstawiciele zaangażowanych ideowo organizacji. „Przekształceni w pomocników wymiaru sprawiedliwości pseudoeksperci oznaczaliby, klasyfikowali i cenzurowali źródła informacji według kryterium ich zgodności ideologicznej. Finansowani z pieniędzy podatników i występujący w imieniu narodu francuskiego wyznaczaliby właściwe zachowania oraz decydowaliby, co jest dobrem, a co złem” – ostrzega Yves Thréard.
Autor odwołuje się przy tym do tradycyjnej francuskiej koncepcji wolności prasy, przypominając znaczenie ustawy z 29 lipca 1881 r., która od ponad wieku stanowi fundament ochrony swobody wypowiedzi. Jego zdaniem to właśnie niezależne sądy, a nie nowe organy administracyjne czy eksperckie, powinny rozstrzygać spory dotyczące naruszeń prawa.
Kolejni eksperci ostrzegają przed rozszerzaniem kontroli nad debatą publiczną
Podobne obawy formułują również inni francuscy komentatorzy i eksperci zajmujący się funkcjonowaniem państwa oraz przestrzeni cyfrowej. Cyrille Dalmont, dyrektor badań w Instytucie Thomasa More’a i autor raportu poświęconego polityce cyfrowej Emmanuela Macrona, w „Le Figaro” ocenia, że przedstawione przez senatorów propozycje wpisują się w trwający od kilku lat proces stopniowego rozszerzania kompetencji państwa w zakresie regulowania informacji publikowanych w internecie. Według niego coraz częściej odchodzi się od ścigania jasno zdefiniowanych naruszeń prawa na rzecz tworzenia bardzo szerokich kategorii, które mogą obejmować także wypowiedzi całkowicie legalne.
Dalmont zwraca uwagę, że projektowane rozwiązania nie koncentrują się wyłącznie na zwalczaniu treści bezprawnych. W jego ocenie nowe mechanizmy mogłyby obejmować również błędy, przesadę, ostre opinie, analizy mniejszościowe czy konkurencyjne narracje polityczne, pozostawiając regulatorom, platformom internetowym oraz powołanym ekspertom możliwość decydowania o ich widoczności. Oznaczałoby to przesunięcie ciężaru z odpowiedzialności karnej za konkretne naruszenia prawa na administracyjne zarządzanie zasięgiem legalnych wypowiedzi.
Szczególne kontrowersje wielu ekspertów pojawiające się w senackim raporcie pojęcie „ingerencji wewnętrznych”. Zdaniem Cyrille’a Dalmonta jest ono na tyle nieprecyzyjne, że może zostać wykorzystane do bardzo szerokiej interpretacji działalności prowadzonej podczas kampanii wyborczych. Autor ostrzega, iż w praktyce „wrogiem wewnętrznym” przestałby być wyłącznie ten, kto działa przeciwko państwu z użyciem przemocy lub łamie prawo, a stałby się nim również uczestnik demokratycznej debaty skutecznie podważający dominujące narracje polityczne.
Wolność słowa tematem kampanii Francja 2027
Spór o walkę z dezinformacją wpisuje się w szerszą dyskusję o stanie francuskiej demokracji u schyłku prezydentury Emmanuela Macrona. W ostatnich latach kwestie wolności słowa, regulacji internetu, wpływu platform cyfrowych oraz ochrony przed zagranicznymi operacjami informacyjnymi coraz częściej stają się przedmiotem sporów politycznych.
Można oczekiwać, że temat ten będzie powracał również przed wyborami prezydenckimi w 2027 r. Zwolennicy nowych rozwiązań będą argumentować konieczność ochrony demokracji przed manipulacją i wpływami zewnętrznymi. Ich przeciwnicy będą natomiast wskazywać na ryzyko stopniowego rozszerzania kompetencji państwa w zakresie oceny treści obecnych w przestrzeni publicznej.
Dyskusja pokazuje, że we Francji spór o dezinformację przestał być wyłącznie debatą o technologii czy mediach społecznościowych. Coraz częściej staje się pytaniem o granice ingerencji państwa w debatę publiczną oraz o równowagę między bezpieczeństwem informacyjnym a wolnością słowa.
Arkadiusz Jordan
Paryż




