Edward LUCAS: Polityka Donalda Trumpa zamienia sojusze w twarde, cyniczne transakcje

Polityka Donalda Trumpa zamienia sojusze w twarde, cyniczne transakcje

Photo of Edward LUCAS

Edward LUCAS

Brytyjski dziennikarz, europejski korespondent tygodnika „The Economist”. Autor “The New Cold War: Putin’s Russia and the Threat to the West”

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi? Wystarczy spojrzeć na to, jak wysoką cenę ma retoryka prezydenta Stanów Zjednoczonych, przynosząca niewiele korzyści – pisze Edward LUCAS

.W historii przemówień politycznych trudno znaleźć słowa, które kosztowałyby tak dużo, a dały tak niewiele, jak ostatnie wypowiedzi Donalda Trumpa o najbliższych sojusznikach Ameryki. W rozmowie z Fox News amerykański prezydent oświadczył, że „nie jest pewien”, czy NATO ruszyłoby Stanom Zjednoczonym na pomoc, „gdybyśmy kiedykolwiek jej potrzebowali”. Dorzucił, że „tak naprawdę nigdy niczego od nich nie wymagaliśmy”. Następnie skwitował: „Będą mówić, że wysłali żołnierzy do Afganistanu. I rzeczywiście tak zrobili, tylko że trzymali ich z dala od linii frontu”.

Te niedorzeczne, pogardliwe uwagi mogą podobać się jego fanom z ruchu „America First”, którzy zapewne wierzą, że Stany Zjednoczone samodzielnie wygrały pierwszą i drugą wojnę światową oraz że brały w nich udział od początku do końca. Ale dla państw (trzydziestu członków NATO i dwudziestu jeden partnerów), które stanęły po stronie Ameryki po zamachach z 11 września 2001 roku, kiedy to Sojusz po raz pierwszy w historii uruchomił artykuł 5 o zbiorowej obronie, słowa Donalda Trumpa są po prostu obrzydliwe.

Dla porządku: z 3621 poległych żołnierzy sił koalicyjnych w Afganistanie 2461 było Amerykanami. Jak zazwyczaj bywa u Donalda Trumpa, także i tym razem w jego słowach jest trochę niewygodnej prawdy. Niektóre państwa – zwłaszcza Niemcy, Włochy, Francja i Hiszpania – wysyłały swoje kontyngenty z poważnymi ograniczeniami, tzw. caveats, określającymi, gdzie i w jaki sposób mogą być użyte (zakazywały na przykład patroli nocnych). Krytycy kpili wówczas, że skrót ISAF – International Security Assistance Force – w rzeczywistości znaczy „I Saw Americans Fight” (Patrzyliśmy, jak walczą Amerykanie).

W efekcie Stany Zjednoczone bardziej polegały na tych, którzy nie wprowadzili szeregu ograniczeń dla udzielanej pomocy. Najwyższe straty (w stosunku do liczby ludności) poniosły Gruzja, Dania, Wielka Brytania i Estonia. Kraje te nie miały w Afganistanie nic do ugrania. Stawiły się, bo są częścią Sojuszu, i skoro ta wojna była ważna dla USA, była ważna także dla nich.

Donald Trump, jak wiadomo, nigdy za nic nie przeprasza. Nawet gdy w reakcji na niecodzienną publiczną reprymendę ze strony brytyjskiego premiera sir Keira Starmera wydał dodatkowe oświadczenie, w którym chwalił brytyjskie wojsko, tylko podkreślił postawę „nie wiem, nie obchodzi mnie to” wobec pozostałych sojuszników. Fakt, że niemal nikt z protrumpowskich komentatorów w Stanach Zjednoczonych tej kompromitacji nawet nie zauważa – albo nie postrzega jej jako coś istotnego – jeszcze pogarsza sytuację.

Zniewaga dotyczy przeszłości, ale kształtuje przyszłość. NATO istnieje z jednego powodu: by w razie potrzeby włączyć amerykańską potęgę militarną w obronę Europy. Do tego potrzebne są pieniądze z Kapitolu oraz ludzie, plany i sprzęt z Pentagonu – wszystko, co zamienia deklaracje w realną siłę. Ale ostatecznie i tak o podjęciu działań zadecyduje charakter prezydenta Stanów Zjednoczonych. Czy jako naczelny dowódca rzeczywiście będzie gotów wysłać żołnierzy na wojnę w obronie sojuszników?

Wyobraźmy sobie konkretną scenę. Środek nocy. Telefon. Informacja o rosyjskiej prowokacji – powiedzmy, w Norwegii. Czy amerykański przywódca wyda zgodę na użycie śmiercionośnej siły? Czy padnie rozkaz? A może tylko wymamrocze, że rano zadzwoni do Putina, i wróci pod kołdrę? Prezydent, który z taką swobodą umniejsza cudze ofiary, sam raczej nie będzie skłonny ryzykować wojny w cudzej sprawie. Zwolennicy Trumpa twierdzą, że nowy, „transakcyjny” sojusz transatlantycki jest bardziej realistyczny. Tylko jaki sens ma jakakolwiek transakcja, skoro nie można ufać, że druga strona dotrzyma warunków umowy?

.Łatwo ulec pokusie pławienia się w moralnym oburzeniu (patrz sześć poprzednich akapitów). Tyle że to nie wskrzesi zabitych ani nie przywróci kończyn okaleczonym. Europejczycy nie powinni więc pielęgnować urazy, lecz z ponurą, naglącą determinacją zrobić to, co do tej pory wciąż odkładali: wzmocnić fundamenty własnego bezpieczeństwa, tj. spójność, odporność, obronę i odstraszanie. Im mniej możemy liczyć na Amerykanów, tym bardziej musimy polegać na tym, co zbudujemy sami.

Edward Lucas

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 28 stycznia 2026
Fot. Kevin LAMARQUE / Reuters / Forum