
Sześć prawd o służbie zdrowia
Masowe ludowe oburzenie wywołane obnażeniem dobrze obmyślanego systemu przywilejów w warszawskim szpitalu na Ursynowie przeradza się teraz w kryzys polityczny, który skrupi się ostatecznie na premierze Donaldzie Tusku – pisze Jan ROKITA
.Lud bowiem, choć świetnie wie o tym, iż system zorganizowanych przywilejów panuje nie tylko na Ursynowie, i nie wierzy w to, aby ów system dawało się zlikwidować, zarazem wybucha wściekłością wobec wszelkiej elity – politycznej, intelektualnej, majątkowej – jeśli kawa na ławę zostanie mu pokazany kolejny namacalny przejaw takiego systemu
Sprytny, niespełna trzydziestoletni lekarz i działacz Platformy, który był przekonany, iż stworzył sobie w ursynowskim szpitalu swoiste „perpetuum mobile” napędzające jego prywatne konto, dzięki ułatwieniom dostępu do leczenia ludziom z warszawskiej elity, przeszedł do historii jako przypadkowy w sumie sprawca wybuchu nienawiści wobec tej elity, nagonki na lekarzy, a w końcu kryzysu politycznego.
Tyle tylko że w oku cyklonu nienawiści, nagonki i kryzysu każdy, kto liczy na głosy wyborców albo nawet wiąże swoje dochody z zasięgami tekstów publicystycznych czy podkastów, panicznie boi się powiedzieć w tej sprawie cokolwiek serio, bo jedyne co widzi –to nadzwyczajna okazja do „załapania się” na falę ludowego gniewu i wylansowania się na niej w roli przyjaciela albo nawet rzecznika ludu. Cóż, trudno mieć o to pretensje, taka jest natura demokratycznej polityki. Ale ja sam pomyślałem, że skoro jestem w dość unikalnej sytuacji, w której nic mi ani z głosów wyborczych, ani z zasięgów w sieci, to warto, abym na swoją miarę wypowiedział publicznie kilka prostych, a moim zdaniem oczywistych tez na temat polskiej służby zdrowia.
A więc PRIMO
Nieformalne systemy przywilejów są naturalnym i nieuchronnym produktem piekielnie trudnego oficjalnego dostępu do systemu służby zdrowia. Polski paradoks polega na tym, że mamy dobrą publiczną służbę zdrowia, w tym sensie, że na europejskim tle w Polsce otrzymuje się dużo lepsze leczenie niźli w innych krajach, dużo bogatszych, by wymienić tylko Wielką Brytanię. Ale wejść w ten system jest dla człowieka chorego prawdziwym przekleństwem.
Tymczasem żyjemy w epoce, w której fizyczne zdrowie stało się powszechnie wyznawaną najwyższą wartością życia, nieporównanie ważniejszą od wykształcenia, umiejętności myślenia czy twórczego życia. Dlatego niemal każdy, jeśli choruje on sam albo ktoś bliski, nie zważając na żadne zasady czy normy moralne, natychmiast kombinuje, jakby tu załatwić sobie przywileje w dostępie do leczenia.
Ludzie z elity społecznej czy bogacze nie różnią się w tym względzie od zwykłych ludzi, tyle tylko że dysponują lepszymi możliwościami przełamania trudności dostępu. Wściekłość ludu, jak zwykle zresztą w historii, nie bierze się z tego, że istnieją przywileje, ale z tego, że elita łatwiej znajduje do nich dostęp. Jednak można być też ubogim człowiekiem z prowincji, ale mieć znajomego lekarza w dobrym szpitalu. I wtedy też się staje szczęśliwym beneficjentem przywilejów.
SECUNDO
Trudności dostępu nie są możliwe do zlikwidowania; to przesąd, w który wierzą dziewiętnastowieczni socjaliści, tacy jak Adrian Zandberg.
Wynika to z oczywistej nierównowagi pomiędzy nieograniczonym popytem na leczenie i mocno ograniczoną podażą, biorącą się z powodów finansowych i kadrowych.
Nigdy nie będzie tylu lekarzy, ilu potrzeba (zwłaszcza dobrych lekarzy), i nigdy nie będzie tylu pieniędzy, aby sfinansować w oszałamiającym tempie rosnące koszty najnowocześniejszych procedur medycznych. Wąskie gardła istnieć zatem muszą, są one logiczną częścią systemu, zwłaszcza gdy idzie o dostęp do lekarzy specjalistów. Inna sprawa, że zasady owego dostępu, w większości przychodni szpitalnych, jakie widziałem, są postawione na głowie.
Nikt nie ma wyznaczonej godziny, nikt nie wie, czy zostanie przyjęty, zdesperowane tłumy ludzi w źle wentylowanych poczekalniach kłębią się i zarażają nawzajem wirusami. Ilekroć widzę takie poczekalnie, mam wrażenie, że gdybym był dyrektorem szpitala, to potrzebowałbym miesiąca, aby tę patologię zracjonalizować.
TERTIO
Wąskie gardła można powoli zmniejszać, jeśli rozumna polityka państwa podporządkowana zostanie dwóm celom: zwiększaniu podaży i ograniczaniu popytu.
O podaży będzie w punkcie quinto, a teraz dwa słowa na temat popytu. Nie bardzo wierzę w to, aby dawało się realnie zmniejszać populację chorych za pomocą popularyzacji profilaktyki, w co zdają się wierzyć polscy specjaliści od zarządzania służbą zdrowia. Natura rzeczy jest bowiem taka, że jedne masowo występujące choroby zastępują inne, które przestały być masowe.
Jest tylko jeden sposób na ograniczenie popytu i są nim pieniądze. Człowiek potrzebuje swojego państwa, które da mu bezpłatną opiekę medyczną, jeśli spadnie na niego prawdziwe chorobowe nieszczęście, a koszty leczenia są całkowicie poza jego możliwościami. Tak jest np. w przypadku leczenia raka. Ale chorzy, których boli gardło, mają katarek, boli ich brzuszek (upraszczając trochę całą rzecz), powinni wnosić opłatę za udzieloną im usługę medyczną. Nie po to nawet, by zasilić finansowo system, ale po to właśnie, by ograniczać popyt. W tej mierze jedynymi, którzy myślą roztropnie, próbując ułatwić dostęp poważnie chorym, są klasyczni liberałowie.
QUARTO
Skoro wąskie gardła muszą pozostać, to jedyna rzecz możliwa do zrobienia – to przeformułowanie priorytetów.
Afera na Ursynowie zaczęła się nieprzypadkowo od kierownika SOR-u, bo to właśnie jest najbardziej piekielne miejsce w całym systemie. Co rusz wybucha gdzieś skandal, że po długim oczekiwaniu na SOR-ze ciężko chory człowiek w końcu umarł, zresztą bliska mi osoba doświadczyła ostatnio stanu bezpośredniego zagrożenia śmiercią po wielu godzinach oczekiwania na SOR-ze w krakowskiej klinice.
Rzecz w tym, że tłum czekający na SOR-ze – to zarówno ludzie ciężko chorzy i zagrożeni śmiercią, jak i wszyscy ci, którym coś drobnego przydarzyło się nagle ze zdrowiem i nie mają się do kogo zgłosić po poradę i pomoc. Na SOR-ach nie chcą pracować lekarze i to tam właśnie są te pensje przekraczające milion złotych rocznie.
Warto się więc zastanowić nad reformą SOR-ów: można np. stworzyć odrębny system pomocy medycznej dla drobnych przypadków (takie dawniejsze Pogotowie Ratunkowe), a na SOR-ach przyjmować tylko ludzi po ciężkich wypadkach i wymagających natychmiastowego przyjęcia do szpitala. Można też nakazać ustawowo absolwentom studiów medycznych dwuletnią obowiązkową służbę na SOR-ze, tak by zapełnić deficyt lekarzy. Ale w każdym razie piekło SOR-ów wymaga przemyślanej reformy.
QUINTO
Lekarze powinni zarabiać dużo, bardzo dużo, właśnie dlatego, że – jako się rzekło – zdrowie stało się naczelną wartością w naszej hedonistycznej kulturze. A ci, którzy zaspokajają najbardziej cenioną potrzebę współczesnego człowieka, powinni być milionerami, bo inaczej uciekną do Niemiec albo gdzie indziej.
Z punktu widzenia społecznego socjalizmu wygląda to na niesprawiedliwość, ale jeśli spojrzeć na rzecz z perspektywy uznawanych dziś powszechnie wartości – rzecz wydaje się oczywista. Dlatego napuszczanie ludowego gniewu na lekarzy milionerów jest głupotą, która sprawi, że lekarzy będzie mniej, będą unikać trudnych oddziałów szpitalnych, a dostęp będzie trudniejszy, a szemrane przywileje będą rosnąć.
To samo dotyczy przyjmowania do pracy w Polsce lekarzy z Ukrainy czy Indii, których powinniśmy brać z pocałowaniem w rękę i wysyłać na szpitalne SOR-y. Tak robią np. Niemcy.
I wreszcie SEXTO
Rozpętana obecnie przez populistyczne media i polityków kampania ludowego gniewu wokół szpitala ursynowskiego nie poprawi, ale pogorszy sytuację przeciętnego pacjenta.
Owszem, rozumiem, że cała ta kampania jest swego rodzaju odwetem na skrajnie nieudolnym premierze Tusku, który przecież nigdy nie umiał rządzić państwem ani go to nawet szczególnie nie interesowało, a kochany przez pół Polski był tylko dlatego, że obiecał zniszczyć PiS, czego też nigdy nie potrafił zrobić.
W pewnym sensie wszystko to w jakiś sposób należy się sprawiedliwie Tuskowi, więc jeśli nagonka na szpitale i lekarzy, uprzywilejowujących elitę, ma być częścią planu osłabienia i pokonania Tuska, to przynajmniej ją rozumiem. Boję się tylko, że miliony zwykłych ludzi roją sobie teraz w głowach, że po takim skandalu musi już być choć trochę lepiej. Tymczasem ta stricte polityczna kampania niszczy do reszty system służby zdrowia, napuszcza ludzi na doktorów, skłania Tuska, aby zamiast reformować system, zajął się znów tym, co najbardziej lubi: rzucaniem ofiar na pożarcie.
To wszystko, co miałbym do powiedzenia na temat trwającego kryzysu wokół służby zdrowia.
Jan Rokita



