
Pułapki liberalizmu
W liberalizmie pojęcie „liberalizm” jest świętością, a „demokracja nieliberalna (illiberalna)” należy do najgorszych wyzwisk, podobnie jak „prawicowy populizm”. Kwestionowanie wyższości liberalizmu jest myślozbrodnią – pisze Jan ŚLIWA
Pomieszanie pojęć
W dawnej NRD występowało określenie „realnie istniejący socjalizm”. Był to socjalizm, który widoczny był za oknem, w przeciwieństwie do socjalizmu opisanego w książkach i broszurkach. Podobnie jest z liberalizmem. Etymologicznie pochodzi od słowa libertas, czyli wolność; opisany został przez filozofów oświecenia jako system maksymalizujący wolność jednostki i minimalizujący dominację opresyjnych instytucji. Podstawą jego są świadomi obywatele, organizujący się swobodnie według umowy społecznej, na której straży stoją prawa, równe dla wszystkich. Królowie, kapłani i poborcy podatków są złem koniecznym, którego rola powinna być ograniczana. Ekonomią najlepiej steruje niewidzialna ręka rynku, dzięki której wytwórcy produkują to, czego potrzebują konsumenci, a ceny bez interwencji dochodzą do poziomu równowagi. System ten najlepiej uwalnia energię i innowacyjność jednostek i premiuje najlepszych, co powoduje wzrost bogactwa jednostek i narodów, a dzięki nietłumionemu postępowi technicznemu prowadzi do społeczeństwa obfitości.
Obecnie pod tą nazwą sprzedaje się „realnie istniejący liberalizm”, którego związek z ideą libertas jest czysto historyczny. Podobnie mówimy „wykręć mi ten numer”, mimo że komórka nie ma żadnej tarczy, albo mówimy o „taśmach prawdy”, mimo że od dekad nikt nie nagrywa niczego na taśmach. Liberalizm z wolnością niewiele ma wspólnego. W tym pomieszaniu pojęć podobną pozycję zajmuje „obóz demokratyczny”, w którym nie ma żadnej demokracji, a władzę dzierżą ci lepsi i szlachetniejsi, „aristoi”, i dbają o to, by jej nie wypuścić z rąk pod żadnym pozorem. Pojęcie to ma nieciekawą tradycję: tuż po wojnie, po przejęciu władzy przez komunistów, „obóz demokratyczny” kojarzył się ze strzałem w tył głowy.
.W realnie istniejącym liberalizmie rządzący pełnią rolę inżynierów dusz, aparat represji strzeże prawomyślności, a najwyższą władzę pełnią niewybierani sędziowie, którzy w pojedynkę mogą odwrócić wolę milionów. Gospodarka jest planowa, przy czym odstępstwa niesfornej rzeczywistości od planu korygowane są dodatkowymi przepisami, a te znowu muszą być poprawione listą wyjątków. Przypomina to system heliocentryczny, gdzie orbity planet były co prawda idealnymi, platońskimi okręgami, ale wymagają dodatkowych deferentów i epicykli. Taka złożoność ekonomii najwyraźniej wymaga przewrotu kopernikańskiego, ale kończy się tu na obietnicach wyborczych.
Żeby było trudniej, dodajmy, że politycy co innego mówią, co innego myślą (o ile myślą), a co innego robią. Czasem presja wymaga sformułowania stu konkretów, które okazują się ściemą. W tej chwili po wyborach na Węgrzech, wygranych przez Petera Magyara, komentatorzy próbują ustalić, kim on właściwie jest. Ale nie wpadajmy w depresję – już starożytni Ateńczycy otruli Sokratesa, a sądem skorupkowym wygnali Temistoklesa, swojego zbawcę. Dowodem starożytnego hejtu są ostraki z jego imieniem, przechowywane w muzeum na Agorze. Wyglądają na seryjną produkcję, co sugeruje działalność armii trolli.
W liberalizmie pojęcie „liberalizm” jest świętością, a „demokracja nieliberalna (illiberalna)” należy do najgorszych wyzwisk, podobnie jak „prawicowy populizm”. Kwestionowanie wyższości liberalizmu jest myślozbrodnią.
Zaryglowany system władzy
Ponieważ liberalizm zakłada, że ludzie się dzielą na lepszych i gorszych, musi dbać o to, by ci gorsi nie przejęli władzy, a przynajmniej nie na długo. Mówi się, że jedną z cech autorytaryzmu jest kult wodza i dehumanizacja opozycji, a dalej jej delegalizacja albo i eliminacja, choć raczej nie fizyczna. Autorytaryzm liberalny jest na ogół kolektywny, czyli raczej nie ma wodza, możliwa jest rotacja partii i przywódców, ale wyłącznie należących do określonego klucza. Innych oddziela kordon sanitarny lub zapora przeciwpożarowa (Brandmauer). Traktowani są jak czarnoskórzy w bantustanach. Mogą sobie żyć, ale mają siedzieć cicho. Ciekawy jest aktualny przykład Niemiec, gdzie antysystemowa AfD samodzielnie wysuwa się na prowadzenie, zatrzymać może ją jedynie szeroka koalicja anty-AfD, sparaliżowana ze względu na wewnętrzne różnice, niezdolna do działania. Nic się na przykład nie da zrobić z powrotem do energii atomowej. Co więcej, w wielu Landach AfD może zdobyć absolutną większość i jedynym sposobem zachowania „demokracji liberalnej” będzie otwarta dyktatura i państwo policyjne.
Niespodziewanym atutem AfD jest jej całkowita izolacja od funkcji państwowych. Nie jest więc za nic odpowiedzialna, może opowiadać, co chce, i zbierać wszystkich niezadowolonych, których liczba rośnie. Konstruktywnym rozwiązaniem byłaby dediabolizacja AfD i próba jej włączenia w system. Konieczność podejmowania realistycznych, lecz niepopularnych decyzji sprowadziłoby ją na ziemię. Z drugiej strony Niemcy pamiętają, że kiedyś próbowali cywilizować Hitlera. Z trzeciej strony to nie AfD walczy z demokracją i wolnością słowa, ale akurat liberałowie.
Efektem tego wszystkiego jest poparcie dla kanclerza Merza na poziomie 20 proc. (80 proc. przeciw!), mimo że Niemcy to naród zdyscyplinowany. Merz robił groźne miny, szastał miliardami, snuł imperialne wizje, ale niewiele mu się udało. Niemcy, naród, który kilkakrotnie chciał podbić Europę (za czym nie tęsknię), walczy teraz o zbicie ceny benzyny o 17 centów. To i tak mało, bo ważne jest, by na wyświetlaczu z przodu stała jedynka, a nie dwójka. Takie są aktualne ambicje Niemiec, hegemona Europy.
Charakterystyczny jest przykład Węgier. Za wybranym ostatnio Peterem Magyarem kibicowała cała europejska liberalna elita – co nie jest zabronione. Ale UE stosowała również ostrzejsze metody: naciskała finansowo i blokowała środki, a warto też sprawdzić, jak była finansowana antyorbanowska propaganda. Ciekawe też, że ci kibice (sponsorzy, mocodawcy?) nie poczekali ani chwili, by Węgrzy się mogli nacieszyć swoim demokratycznym wyborem. Natychmiast pojawiły się informacje, jak Unia ma zamiar za korzystny wynik zapłacić i czego oczekuje w zamian. Jest to lista 27 twardych żądań, które w efekcie mają złamać opór Węgier wobec centralizacji Unii. Zaskoczeniem są wypowiedzi Magyara, że w polityce międzynarodowej i surowcowej nie zamierza zbyt wiele zmieniać. Cokolwiek by mówić, Węgry nie zmieniły położenia na mapie. Poczekajmy, jak się rozwinie sytuacja. Nie wiemy więc, kto kogo wykiwał. Możliwe oczywiście jest, że te suwerenistyczne wypowiedzi to tylko retoryka dla uspokojenia elektoratu.
Wokół Węgier toczy się wielka gra, można tylko mieć nadzieję, że sami Węgrzy będą mieli tu coś do powiedzenia. W polityce wewnętrznej Magyar gra ostro, na granicy faulu lub poza. Jako że właśnie wygrał, żąda, by wszyscy ważni urzędnicy ustąpili z urzędu, mimo że ich kadencje trwają. Po wizycie u prezydenta wysłał dość żałosny wpis, gdzie na zdjęciu stoi u prezydenta w jego pałacu w pozornej zgodzie, ale w tekście żąda od prezydenta ustąpienia, ponieważ „nie jest godny tego stanowiska”. Maniery czekisty. Budzi to oczywiście zachwyt „liberalnej Europy”. O tempora, o mores…
Polityczna poprawność, cenzura, donosicielstwo
Istotną cechą książkowego liberalizmu jest wolność myśli i wolność słowa. Jak to wygląda obecnie?
Zależnie od kraju wyrażanie opinii może być mniej lub bardziej ryzykowne. Na platformie X zwłaszcza użytkownicy z Niemiec bronią się przed ujawnianiem personaliów z uwagi na konsekwencje, szczególnie w miejscu pracy. Również w Niemczech urzędowo ustanawiane są „stacje donosicielstwa” (Meldestellen). Można tam zgłaszać przypadki rasizmu, antyfeminizmu, antyeuropeizmu, antyaborcjonizmu itp. Anonimowo dla zgłaszającego, z pełnymi danymi o zgłaszanym, również w przypadku działań poniżej progu przestępstwa.
Wychowuje się „płatki śniegu”, dla których samo usłyszenie odmiennej opinii jest niebezpieczne dla zdrowia. Studenci przepędzają nieprawomyślnych prelegentów, choć przecież mogą po prostu nie przyjść na referat. Na uniwersytetach organizowane są bezpieczne przestrzenie, gdzie „marginalizowane grupy” mogą się swobodnie komunikować. W pewnym sensie to rozumiem, takim miejscem powinna być dla katolików kaplica. Jednak zwłaszcza uniwersytet powinien być miejscem swobodnej wymiany myśli, nawet kontrowersyjnych. Jak kontrowersyjnych? Na Uniwersytecie Berneńskim widzę ogłoszenia kółka marksistowskiego, swastyk nie ma. Niemniej student powinien wytrzymać lekturę Iliady, mimo że się tam biją.
Regres wykształcenia, zanik kultury
Mimo licznych uczelni, a może z uwagi na rosnącą ich liczbę obniża się poziom wykształcenia. Jest to oczywiście spowodowane m.in. rozwojem techniki i „tiktokizacją” komunikacji. Ale też swoją rolę odgrywa szerzona pogarda dla „zmarłych białych samców” i ogólne lekceważenie przeszłości. Zwłaszcza na wydziałach humanistycznych dominuje ideologia: najpierw znane są wnioski, potem przeprowadza się badania. Pewne tematy są forsowane, innych lepiej nie ruszać. Zależy to oczywiście od kraju, uczelni i kierunku. We Francji na przykład można pisać o Bractwie Muzułmańskim pod warunkiem, że się go nadmiernie nie krytykuje. Od czasu rozpoczęcia kampanii antywoke przez Donalda Trumpa trudniej jest samemu krytykować woke, ponieważ wpada się wtedy do szufladki trumpistowskiej. Opieram się tu na książce demaskującej „obskurantyzm woke” w nauce, która została w końcu opublikowana w wydawnictwie uniwersyteckim, choć podejmowano próby jej zablokowania.
Porażające są tweety i filmiki posłów i ministrów. Wykazują poziom wiedzy niepozwalający na ukończenie podstawówki, prymitywizm językowy oraz agresywność i triumfalizm Cezara zwracającego się do wodza podbitego ludu. Autor filmiku wie, że stoi za nim machina medialna, a jego wróg może tylko jęczeć jak Wercyngetoryks ciągnięty w łańcuchach przez Forum Romanum. Jako człowieka starej daty boli mnie, że język współczesnych Cezarów nie dorównuje Komentarzom o wojnie galijskiej.
Pamiętam, jak bohaterką wystąpień proaborcyjnych stała się chyba najbardziej wulgarna postać tego ruchu. Wraz ze swoimi duchowymi siostrami wrzeszczała „Wyp…ać!”, a damy z towarzystwa były dumne z tego, że przezwyciężyły swoje burżuazyjne opory i klęły jak pijany furman. Na Zachodzie mówiono o nich „polskie kobiety”. Bolało mnie to. I żeby była jasność – mówię tu o stronie liberalnej, o tych „aristoi”, niosących przed narodem oświaty kaganiec. Gotowi są oni w ramach walki z chamstwem z blokowisk walić swoich adwersarzy po łbie dechą. A czy wiedzą, że oświaty kaganiec nie odnosi się do psów?
Ma to związek z kastową strukturą społeczeństwa liberalnego, gdzie „elity” dopada urojenie wyższościowe. Historia zna wiele przypadków takiego urojenia. Niektóre prowadzą do zbrodni, w Polsce kończy się na nawoływaniu do chędożenia oponentów, które na szczęście nie przechodzi w czyn.
Moralność, demografia, społeczeństwo
Współczesny liberalizm prowadzi wojnę kulturową z tradycyjnym społeczeństwem. Dawne normy są negowane, takie jak: heteroseksualne, możliwie trwałe małżeństwo monogamiczne oraz posiadanie dzieci i wychowanie ich w rodzinie. To samo dotyczy zwracania uwagi na demografię i dbania o zdrowie społeczeństwa. Owszem, dyktatorzy potrzebują zdrowych chłopców na mięso armatnie i silnych dziewcząt, by ich rodzić. Nie może to z tego powodu być tematem tabu. Jeszcze większym tabu jest jednolitość etniczna i spójność kulturalna.
Promowana jest różnorodność, lecz jest to różnorodność zadekretowana. Przy kręceniu filmu potrzebny jest czarnoskóry, Żyd, „native American” i Azjata. Lista może być aktualizowana. Żyda może lepiej zastąpić Palestyńczykiem. Polak się przyda, ale tylko jako szwarccharakter. Dziewczynki sypiące kwiatki na Boże Ciało na pewno nie należą do poprawnej różnorodności. W ten sposób „różnorodność” oznacza „zglajchszaltowanie”. Ostatnio pytano duńskiego reżysera, dlaczego w jego filmie nie ma czarnoskórych. Odpowiedział: „Ale to jest Dania w XVIII wieku”. Czy taki argument wystarczy?
Rasizm wraca szerokim frontem. Niby jest to antyrasizm, ale najpierw każdy musi dostać swoją rasową etykietkę. Walcząc z rasizmem, negując istnienie ras, ciągle o nich mówimy. Martin Luther King marzył o tym, by czarne dzieci się bawiły z białymi, by kolor nie grał roli. Dziś „color blindness” (ślepota na kolor) nie wystarcza. Trzeba aktywnie wspierać wszystkie odcienie. Wyjątkiem są Azjaci, których się nie wspiera, lecz wycina, bo zbyt pilnie się uczą.
Wymiar sprawiedliwości
Wymiar sprawiedliwości jest ważnym polem bitwy. Opanowanie trybunałów pozwala na sprawowanie władzy niezależnie od wyborów, które stają się rozrywką dla plebsu. Państwo prawa zmienia się w państwo prawników. Przy obsadzaniu Trybunału Konstytucyjnego nikt nie pyta, czy kandydat jest zacnym i mądrym człowiekiem, tylko czyj on jest.
W XIX wieku francuski grafik Honoré Daumier rysował karykatury prawników: aroganckich, z tępawym wzrokiem, przysypiających w sali sądowej. Bardzo je lubię. Nie znaczy to, że wszyscy prawnicy są tacy, ale są wśród nich czarne owce. Bardzo smutne jest to, że psują oni opinię całemu środowisku. Co gorsza – system jest manipulowany przez cynicznych polityków. Wydaje się, że przed procesem (zwłaszcza dotyczącym spraw politycznych) należałoby ustalić, to gra w jakiej drużynie i jak mocne ma karty, a potem ogłosić wynik. Oszczędziłoby to wielu kosztów.
Do tego liczba przepisów rośnie wykładniczo. Ponieważ poznanie tak zawiłego (i pewnie wewnętrznie sprzecznego, krajowego, unijnego…) prawa jest praktycznie niemożliwe, w efekcie dominuje prawo silniejszego, wspierane ekspertyzami spolegliwych sędziów. Ich język służy bardziej zaciemnieniu niż wyjaśnieniu sprawy, a wsłuchujący się w ich wywody obywatel znajduje się w takiej samej sytuacji jak Egipcjanin wpatrzony w płaskorzeźby na portalu świątyni przedstawiające przewagi wojenne faraona, opisane niezrozumiałymi dla niego hieroglifami. Co jest tam zrozumiałe – to postać władcy trzymającego za włosy pęczek wrogów i okładającego ich maczugą. Podobnie w liberalnym systemie prawnym najważniejsze jest to, kto trzyma maczugę. Wykładnia ma słuchacza nie przekonać, lecz przytłoczyć. Pełna jest zdań potrójnie zanegowanych i poczwórnie złożonych, naszpikowanych terminami typu kontratyp, prekluzja i reasumpcja.
Przy tym piękne i jasne reguły prawa rzymskiego niestety nie są traktowane poważnie i są de facto uzupełniane unieważniającymi je warunkami. I tak:
lex retro non agit – prawo nie działa wstecz (chyba że pan minister się zdenerwuje),
pacta sunt servanda – umów należy dotrzymywać (chyba że kraj ma niewłaściwy rząd),
audiatur et altera pars – wysłuchaj także drugiej strony (chyba że to prawicowy populista),
in dubio pro reo – wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego (jak wyżej, żadnej tolerancji dla złych ludzi),
nemo iudex in causa sua – nikt nie może być sędzią we własnej sprawie (chyba że to Komisja Europejska: jest wtedy prawodawcą, stroną, sędzią i wykonawcą wyroku).
Przyznaję, że moje zdanie to zdanie zewnętrznego obserwatora, ale w końcu prawo powinno być jako tako zrozumiałe dla wszystkich.
Podstawy ekonomiczne i społeczne
Karol Marks szukałby przyczyn obecnych przemian w ekonomii. Jest w tym sporo racji. Zapowiadane społeczeństwo obfitości nie nadeszło. Następuje pauperyzacja szerokich warstw społeczeństwa. Dotyczy to również elit lub raczej tych, którzy za elity chcieliby się uważać. Występuje nadprodukcja elit, młodzi studiują przyjemne, lecz bezużyteczne kierunki. Dodatkowo zmasakruje ich sztuczna inteligencja, bo typową pracę o prawicowym populizmie napisze w dwie minuty. W przeszłości chociaż siłę rewolucjom dawał zbuntowany lud, inicjatywa wychodziła od niedowarzonych adwokatów i dziennikarzy. Dzisiejsi „klerkowie” raczej nie wiodą ludu na barykady, lecz siedzą na uniwersytetach, korzystają z grantów i narzekają na populus. Efektywnie są czarną reakcją. Do czego to doprowadzi, nie wiem.
A problemy są autentyczne. Zupełnie nietrafiona transformacja energetyczna zabija przemysł. Podczas gdy zablokowanie cieśniny Ormuz kolejny raz pokazało, jak newralgiczne są szlaki komunikacyjne, forsowana jest umowa z krajami Mercosur, według której istotna część produktów rolnych ma być sprowadzana zza oceanu. Jedynym pomysłem na masową imigrację jest eksport problemów do bezpiecznych dotąd krajów, tak by eksplodował nie jeden kraj, tylko cały kontynent. System zderza się ze ścianą i nie wystarczy już zaklinanie rzeczywistości.
Istotą problemu jest dogmatyczne myślenie spowodowane brakiem cyrkulacji elit. Wynikiem jest niesterowny system, bez możliwości korekty. Jedynym celem elit jest niedopuszczenie alternatywnych partii nawet do cienia władzy. Ponieważ pod naporem faktów mur pęka, mnożą się zalecenia, by zakazać jakichkolwiek kontaktów z ich działaczami, by traktować ich jak trędowatych lub gorzej, jak to już w Niemczech bywało. Bez fizycznej eliminacji, choć rozbicie kijem głowy posłowi AfD jest już w porządku. W publicznej dyskusji (bez trędowatych) ważne jest, kto mówi, a nie co ktoś mówi. Sypiące się mosty i brak na życie do pierwszego to nie są sprawy najważniejsze, zapora przeciwpożarowa musi trwać! I tak siedzą „ci lepsi” w swoich gabinetach jak dwór Ludwika XVI w Tuileries i czekają na nadejście jakobinów.
Upadek poczucie obywatelskiego
Centralnym elementem liberalizmu jest jednostka. Żyje ona w płynnym społeczeństwie (według Zygmunta Baumana), lewitując bez punktu zaczepienia. Wszelkie związki są tymczasowe. Nie ma więc rodziny w ścisłym sensie ani innych stałych związków, nie mówiąc już o narodzie. O niczym nie można powiedzieć: „To jest moje miejsce”, a zwłaszcza „To jest moja ojczyzna”. W ten sposób nie warto dbać o cokolwiek. Owszem, trzeba dbać o to, co umożliwi mi kolejny krok kariery, ale planowanie dla przyszłych pokoleń nie ma sensu, zwłaszcza że najprawdopodobniej nigdy one nie nastąpią. Nie będzie państw z narodami i obywatelami, lecz tylko obszary z ludnością. Dlatego trzeba też z rezerwą traktować opowieści o przyszłej potędze państw. Po co mieć czołgi, skoro nikt do nich nie wsiądzie, a już na pewno nikt nie będzie ryzykować życia dla „nie wiadomo czego”. Ani nie będzie strzelać, bo przecież nie do swoich syryjskich braci po drugiej stronie frontu.
Inny Zachód
Powyższe rozważania domyślnie odnosiły się do Unii Europejskiej, a w dużej mierze do Niemiec. Istnieje jednak inny Zachód. Czy jest liberalny? To zależy od definicji liberalizmu. Kanadyjski autor Mathieu Bock-Côté przedstawia ten kontrast w książce Dwa Zachody (Les Deux Occidents). Z jednej strony mamy system europejski, łagodny, prowadzący obywatela za rączkę i pilnujący go jak dziecka, zbaczający w kierunku neosowieckim. Z drugiej strony mamy Zachód trumpistowski, zuchwały, często brutalny i wulgarny, ale pełen energii. Który z nich zwycięży? Chociaż może będzie to tylko walka o drugie, trzecie miejsce w świecie zdominowanym przez Chiny.
Każdy z tych dwóch Zachodów uważa się za ten właściwy. Za pierwszych rządów Donalda Trumpa Niemcy Angeli Merkel uważały się za strażnika prawdziwych wartości Zachodu. Z dumą przejęły pochodnię wolności od Ameryki, która je niegdyś pokonała, a według innej wersji wyzwoliła. Od kogo? Od nazistów z kosmosu, a może od samych siebie. Trumpa należało przeczekać i przeczekano. Spokój zapanował w Europie, hojnie smarowany węglowodorami z rurociągu Nord Stream, łączącego pokojowo Eurazję od Atlantyku po Pacyfik pod patronatem Władimira Putina. A potem zły Trump wrócił, a Putinowi puściły nerwy, bo przecież mógł wszystko osiągnąć krok po kroku. No i mamy obecny zamęt. Z praw fizyki i ekonomii wynika, że bez głębokich reform, bardzo głębokich, Unia nie jest w stanie wydobyć się z energetycznej i gospodarczej zapaści. Gdy ceny energii wygonią resztki przemysłu i pojawi się masowe bezrobocie, nie wiem, czy wystarczy pielęgnowanie odmienności seksualnej i zastąpienie niemieckich prawicowych populistów miłymi przybyszami z Afryki i Bliskiego Wschodu. Może to zadziała, Inszallah, ale raczej w to wątpię.
W tym drugim Zachodzie są narody, które wciąż chciałyby istnieć. Należą do nich Polacy, a przynajmniej ich część. W sieci pełno jest filmików zagranicznych gości pokazujących Polskę z sympatią i nostalgią. Nostalgią, bo widok Polski przywołuje miłe wspomnienia: „U nas też tak kiedyś było, pamiętam z dzieciństwa i opowiadań rodziców”. Takie nastawienie idzie wyraźnie pod prąd. Pod silny prąd. Ale polskość ma też siłę, co udowodniła przez stulecia. Przetrwała najbardziej brutalny nacisk. Ludzie Zachodu to widzą. Przynajmniej ci, którzy mają otwarte oczy. Widzą czyste, zadbane miasta, gdzie można się bezpiecznie przechadzać do późnej nocy. Nawet kuchnia, niby przaśna i prowincjonalna, ale swojska, znajduje swoich amatorów.
No cóż, niektórzy tym gardzą i chcieliby w Polsce przywracać praworządność (ogniem i mieczem) lub nawracać nas na LGBTIQCAPGNGFNBA+. Mogą teraz dominować, ale nie mają przyszłości. Im więcej LGBT, tym prędzej szariat i burka. Jak rolnicy wypierają nomadów, tak silne i liczne społeczeństwa wypierają słabe. To prawa natury. Idąc pod prąd, to właśnie Polska może nie będzie zapyziałym skansenem, lecz zaczynem zmian, jak już tyle razy.
Jan Śliwa
Literatura
Christopher Lasch „The Revolt of the Elites and the Betrayal of Democracy”, 1995
Patrick J. Deneen „Why Liberalism Failed”, 2018
Patrick J. Deneen „Regime Change”, 2023
Mathieu Bock-Côté „Le Totalitarisme sans le goulag”, 2023
Mathieu Bock-Côté „Les Deux Occidents”, 2025
Jean-Pierre Le Goff „Malaise dans la démocratie”, 2016
Victor Davis Hanson „The Dying Citizen”, 2021
Ryszard Leguko „The Demon in Democracy”, 2016
Peter Turchin „End Times”, 2023
Vivek Ramaswamy „Woke, Inc.”, 2021
Pierre Vermeren, Emmanuelle Hénin i Xavier-Laurent Salvador „Face à l’obscurantisme woke”, 2025



