Oswajanie inności. Europa imitacji. Stagnacja idei

Jarosław OBREMSKI

Senator RP. Były wiceprezydent Wrocławia.

zobacz inne teksty autora

Moja Europa to cudowna różnorodność języków, tradycji, alkoholi, twarzy, a nawet gestykulacji. To w końcu odkrywanie tego, co wspólne. Jej instytucjonalną formą jest Unia Europejska, organizacja, która współtworzyła sukces ekonomiczny ostatnich 60 lat, ze sprawnością, z której korzysta również Polska – pisze Jarosław OBREMSKI

.Powtórzę: to jedność w różnorodności. Henry Kissinger, narzekając na UE, twierdzi, iż jej istotą jest dostrzeżenie, do którego momentu ujednolicania i zatraty różnorodności to wszystko będzie miało jeszcze jakikolwiek sens. Z drugiej strony wzrost znaczenia każdej biurokracji przejawia się w dążeniu do ujednolicenia, do podporządkowania inności utopijnemu modelowi biurokratów albo wizji i interesów partnera najsilniejszego.

Wszyscy dostrzegamy więc kryzys UE. Jednym z jego przejawów jest nadmierne zbiurokratyzowanie, niebezpieczna tendencja zastępowania wolnego rynku (free market) rynkiem jednolitym (singel market ). To właśnie z protekcjonizmu wynika krytyka Polski poczyniona ostatnio przez zwycięzcę francuskich wyborów.

Niestety, rynek jednolity zastępuje także w UE coraz częściej rynek wolny w świecie idei oraz politycznych i społecznych rozwiązań.

Zabijając różnorodność, nawet na uniwersytetach, eliminujemy rezerwuary, bufory dla tradycji, wyuczonych zachowań, które pozwalałyby cofnąć się, gdyby narzucane rozwiązania, także obyczajowe, okazały się ślepą uliczką.

Nasz papież często mówił o dwóch płucach Europy. Wydawało się, że dopiero w 2004 Europa zaczęła więc oddychać pełną piersią. Oznaczało to, że nasza część Europy (Wyszehrad, Międzymorze, Polska) nie jest gorsza. Jest inna i w niektórych sprawach w wyniku splotu okoliczności, chociażby historycznych, wytwarza inne szczepy wirusów i bakterii społecznych. To jest spojrzenie otwarte, oznaczające także poszukiwanie szczepionek u innych, Hiszpanów, Anglików, na nasze polskie czy środkowoeuropejskie „demony”. Jednocześnie wymaga to uznania, iż są wartości, bakterie, które decydują o polskim zdrowiu, i nie należy traktować ich niektórymi, silnymi brukselskimi antybiotykami. Różnorodność jest jednocześnie wzmocnieniem wewnętrznym każdego kraju członkowskiego i w efekcie poprzez dobrowolną wymianę najlepszych praktyk ubogaceniem UE.

Podam przykład. Jeżeli założymy, że tzw. stambulska konwencja antyprzemocowa nie jest dokumentem inżynierii społecznej, lecz rzeczywiście miała służyć ratowaniu kobiet przed agresją, interesujące byłoby przeanalizowanie, dlaczego ze wszystkich krajów UE w Polsce agresja werbalna i fizyczna względem kobiet jest zdecydowanie najniższa, a nie proponować rozwiązania z krajów, w których problem jest największy. Dlaczego badanie to, wykonane przecież przez instytucje unijne, spotkało się z absolutnym brakiem zainteresowania? Jedynym wyjaśnieniem byłaby usłyszana przeze mnie opinia holenderskiego posła, że badania musiały być nierzetelne, gdyż nasz kraj nasiąknięty katolicyzmem musi z definicji być opresyjny względem kobiet.

A może gdyby nie traktowanie naszej części Europy jako młodszego, niedouczonego brata, z czegoś można byłoby skorzystać?

Choć mam świadomość, że każdy przeszczep musi uwzględniać tradycję społeczną. Inaczej może szkodzić. Ta reguła działa w obie strony.

Co nas Polaków, a może i Węgrów, Ukraińców, Czechów, Rumunów różni od pozostałej części Europy? Historia krótkich niepodległości ostatnich 200 lat i doświadczenie komunizmu. To daje nam specyficzny szczep bakterii.

Krótkie niepodległości to mentalne poczucie kruchości wolności, to patrzenie oczami ludów podbijanych, a nie zwycięzców i kolonizatorów. Stąd albo kult powstań, konieczność myślenia w romantycznych realiach „za naszą i waszą wolność” i na drugim krańcu szejkowska autoironia. To mechanizm budowania tożsamości nie wokół wspólnoty politycznej, lecz kulturowej. To przekonanie, iż walka o naród (coś, co można w bardziej zachodniej Europie nazywać nawet nacjonalizmem), była główną motywacją krajów okupowanych w walce także w II wojnie światowej. Mimo iż świat za przyczynę tej strasznej wojny uważa właśnie nacjonalizm. Ratunek w kulturze to sojusz z Kościołem i stąd inne zderzenie ze świeckością, to ruch robotniczy, z Solidarnością, rzadko antykościelny, to nawet polskie oświecenie robione przez osoby duchowne.

A mentalne i społeczne dziedzictwo komunizmu?

To nie tylko potęgująca się w czasie zależności od Związku Radzieckiego tęsknota za europejskością, wyobrażoną, rozumianą jako kultura śródziemnomorska, wdrożona symbioza Aten, Rzymu i Jerozolimy, to tęsknota za tradycyjnym pięknem w kontrze do szarości PRL-owskich blokowisk. Tęsknota tak wielka, że wielu z mojego pokolenia nadal żyje we śnie, iż oto tam jesteśmy i nie chcemy dostrzec Europy rzeczywistej, a nie wyśnionej. Także 1968 r. przeorał nas inaczej niż ówczesną młodzież Paryża. Wytłumaczcie dumnemu 60-latkowi, rebeliantowi rewolucji seksualnej i anarchizującego pacyfizmu, że „Dziady”, cierpienie za miliony, świętość narodowego wieszcza… Życzę sukcesu, ale się nie uda.

Czego nauczyliśmy się od komunizmu? Albo inaczej: czego uczyliśmy się, odrzucając komunizm? Na ile ta nauka pozwala nam inaczej patrzeć na brukselską biurokrację, na ciągle powtarzane zaklęcie „na kłopoty więcej Europy”? Czy coś więcej niż analogie z zaostrzaniem się walki klasowej wraz z rozwojem socjalizmu?

Po pierwsze — nie wierzymy w utopie, wiemy, że utopie zabierają wolność i godność osobie ludzkiej i mogą kosztować życie wielu z nas. Wiemy, że za utopią idzie wiara w postęp, nieunikniony i zawsze idący tylko w stronę lepszego świata. My byliśmy już w tej baśniowej krainie. Mówiono nam także, iż ateizm to wyższy stan świadomości, że rosyjskie (obce) jest lepsze, bo bliższe centrum postępu. Zaszczepiono nas na gnostyczne ukąszenie (mity naukowej nieuniknioności). Ale czy ktoś chce skorzystać z naszej wiedzy, intuicji i dystansu?

Po drugie — nauczono nas dwójmyślenia, co niestety ma też olbrzymie konsekwencje negatywne. Niemniej przemówień ideologicznych o UE nie traktujemy z taką powagą. Co innego słyszymy i w co innego wierzymy. Jesteśmy wielkimi entuzjastami UE nie z powodów ideologicznych, lecz geostrategicznych. Po prostu z wariantów możliwych ten jest ekonomicznie, kulturowo, pod względem bezpieczeństwa najlepszy.

W rezultacie doświadczeń z PRL-u wiemy, że dziennikarze nie służą prawdzie, że media mogą być realizatorem projektów ideologicznych, politycznych, oderwanych od rzeczywistości. Wiemy, że dla mediów i dziennikarzy ważniejsze mogą być kształtowanie władzy, zysk niż obiektywny komentarz czy rola arbitra. Zachód dopiero to odkrywa, wierząc w mit niezależności BBC sprzed 20 lat. Proszę zauważyć, że media w bardziej zachodniej Europie przedstawiają wyłącznie poglądy establishmentu i wykluczają z obiegu publicystycznego legalne partie o poparciu przekraczającym 20%, budują socjologiczny, towarzyski ostracyzm względem nich. W efekcie wentyl społeczny ujawnia się w intrenecie i powoduje, że np. we Francji kandydaci antyeuropejscy i antynatowscy zdobyli w pierwszej turze ponad 40%.

Po trzecie — mamy przesadny wstręt do biurokracji. PRL to kultura „bumagi i pieczątki”. Mamy wyuczone mechanizmy anarchii i obchodzenia prawa, co być może dodatkowo pogłębia teoretyczność naszego państwa, ale też dystansuje nas od brukselskiej biurokracji i jej centralnego planowania.

To wszystko mogłoby być naszym kapitałem, dodatkowym lustrem dla Europy, rezerwuarem szczepionek na przesadę i zbyt szybki marsz. Niestety, jest to niemożliwe, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, nie mamy z nimi wspólnego metajęzyka, a po drugie, oni nie chcą widzieć w nas, często z naszej winy, partnera w systemie akceptowalnych wartości, mądrości i siły ekonomicznej.

W latach 80. przeorał polską opozycję esej M. Kundery „Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej”. Czech pyta tam: „Czy jest zatem winą Europy Środkowej, że Zachód nawet nie zauważył jej zniknięcia?”, i dalej: „Zniknięcie środkowoeuropejskiego ogniska kultury było niewątpliwie jednym z największych wydarzeń stulecia dla całej cywilizacji zachodniej. Powtarzam więc pytanie: jak to możliwe, że pozostało niezauważone i niezrozumiane?”.

Być może jest tak, że już wcześniej nasza część, tak upstrzona małymi państwami, ciągle sprawiająca kłopot Wielkim, została zaklasyfikowana do peryferii geograficznych i intelektualnych, w których Zachód mógł widzieć swą wyższość i proponować tylko imitacje.

Być może nadal trwa mentalny romans Woltera i carycy Katarzyny ponad naszymi głowami. Jak to silny był mechanizm, niech świadczy fakt, że już w 1990 r. do Wrocławia przyjeżdżali do nas, rok wcześniej jeszcze działaczy podziemnej Solidarności, uczyć demokracji i praw człowieka aktywiści z Drezna, w tym jeszcze przed rokiem członkowie partii Honeckera. Być może już wtedy trzeba było zrozumieć, że nikt na nas nie czeka, że zafunduje się nam 15 lat karencji, a kryzys ekonomiczny po 2008 r. wydobędzie na wierzch stereotyp o naszej części Europy, która nie odrobiła lekcji.

Wyraźnie wysuwa się wobec nas postulat: akceptujecie wszystko na naszych warunkach, macie naśladować (A. Mickiewicz nazwałby to świeżomałpować), potakiwać, słuchać, a nie proponować. Co więcej, zaakceptujcie, że jak mamy kłopot, to wasza inność jest idealnym materiałem na kozła ofiarnego. Patrząc na asymetryczność gospodarczą i coraz słabszą, od zachodu po wschód, konsekwencję tworzenia i wdrażania strategii państwowych, mamy problem z opieraniem się. Nawet pojawienie się nowego pokolenia, co w UE nie czuje się sublokatorem, ale jest u siebie, niewiele zmienia. Oni też dostrzegają szklany sufit dla swojego kraju. Dostrzegają asymetryczność rynków, drenaż mózgów i zysków z handlu. To widzi też część polityków i próbuje prowadzić politykę bardziej podmiotową. Niestety, oni nie umieją znaleźć wspólnego języka z Brukselą, a obawiam się, że także z nowym pokoleniem. Z kolei ci, co komunikują się z instytucjami UE bądź z wyrachowania są potakiwaczami, albo bezkrytycznie są w obecny kształt Unii wpatrzeni i traktują ją jako pomysł ideologiczny, który zaleczy wszystkie, według nich przeogromne, nieeuropejskie wady naszego narodu poprzez roztopienie ich tam, gdzie „wszyscy ludzie będą braćmi”. To nie jest syndrom tylko Polski. Wystarczy posłuchać w Radzie Europy przedstawicieli partii socjalistycznej z Węgier. Może to jest postawa realistyczna, ale ma ona w sobie zgodę na prowincjonalizm, co może jest lepszym rozwiązaniem niż przynależność do rosyjskiej strefy wpływów. Ma ona w sobie syndrom postkolonialny, który jest także efektem postkomunizmu jako akceptacji bezalternatywności i odrzucenia samodzielności myślenia (np. lider opozycji mówi o konieczności akceptowania wszystkiego, co proponują komisarze unijni), rezygnacji z polityki historycznej. Jest też swoistym wyznaniem wiary w turbokapitalizm, który tylko pogłębia dysproporcje między starą a nową Unią i osłabia spoistość wewnętrzną krajów Europy Środkowej. Nie dziwmy się, kiedy do supermarketów nowszych w UE państw trafiają niby te same towary z tańszymi, często mniej zdrowymi zamiennikami, kiedy sprzedaje się nam wadliwy sprzęt AGD i mniej piorące proszki do prania, wykorzystując nieefektywność sprzeciwów konsumenckich.

Czy potakiwaczom trzeba odmawiać patriotyzmu i tłumaczyć ich można tylko intelektualnym lenistwem? Nie, ich strategia wynika z pewnych założeń, czasami pozwala przecież nam to coś ugrać, np. choć na chwilę przekonać większych, że Rosja to anty-Zachód. Momentami więc to ta strategia jest skuteczniejsza, a wtedy pozwala uwierzyć potakiwaczom, iż polityka podmiotowa to tylko naiwna szarża kawalerii na czołgi.

Problemu polsko-polskiej wojny tu nie rozstrzygam. Twierdzę tylko, że ugodowa Polska i Międzymorze to rezygnacja z własnego szczepu bakterii, który choć trochę mógłby podleczyć UE.

Jeżeli choroba Unii to nie grypa (trwa za długo), tylko zapalenie płuc, to lepiej wykorzystywać dwa płuca. Potrzebna jest otwartość na naszą inność i pozbycie się strachu u nas, że naszą inność oni chcą nam zabrać.

Może trzeba założyć, a to przecież widać, że podobnie poprzez zbliżoną historię, tradycje, przyjęte rozwiązania ekonomiczne i socjalne myślą o sobie bloki państw. Finom jest bliżej do Duńczyków, Włochom do Hiszpanów, a nawet, o paradoksie historii, Irlandczykom do Brytyjczyków.

Wniosek z tego będzie więc optymistyczny. W 27-państwowej Unii konieczne będą nie doraźne, od projektu do projektu, ale stałe bloki, w których skuteczność będzie większa poprzez głębsze partnerstwo w blokach i dopiero potem utrząsany konsensus całości. Koncepcja ta może powstrzymać samobójczą tendencję tzw. Europy wielu prędkości. Wtedy różnorodność Europy będzie widziana i utrzymana zarówno wewnątrz bloków, jak i w Brukseli. Bloki są też odpowiedzią na zarzucany przez H. Kissingera brak mechanizmów dylatacji między widocznymi z Ameryki napięciami UE Południa i Północy, Wschodu i Zachodu. Nasze udomowienie w UE wiedzie więc raczej nie przez potakiwanie, ale poprzez wspólnoty zapośredniczone, akceptowalne biologicznie dla naszych bakterii.

Jarosław Obremski

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z