Wszystko Co Najważniejsze

Rubinowe oczy Kremla. Tajemnice podziemnej Moskwy

    Dziennikarską przygodę rozpoczął od współpracy z radiową Trójką. Później był reporterem rozgłośni regionalnej w Bydgoszczy. Od wielu lat jest korespondentem zagranicznym Informacyjnej Agencji Radiowej Polskiego Radia. Pracował w Mińsku na Białorusi, a obecnie mieszka i pracuje w Moskwie. Autor książek „Matrioszka Rosja i Jastrząb”, „Klątwa gruzińskiego tortu”, „Krym: miłość i nienawiść”.
    wszystkie teksty autora

    Ludzie powiadają, że Moskwa jest przeklęta od XII wieku, gdy zamordowano ostatniego kapłana pogańskiego boga Jariły. Konając, rzucił on klątwę na tych, którzy w świętym miejscu chcieliby czcić innych bogów. Odtąd na Moskwę spadają różne nieszczęścia: zarazy, pożary i obce armie, a na kremlowskim tronie zasiadają okrutni władcy – o historiach i niezwykłym mieście pisze Maciej JASTRZĘBSKI w swej najnowszej książce „Rubinowe oczy Kremla”

    .Jedna za drugą. Wolno i majestatycznie. Wielkie krople spadały z liści drzew. Nim dotknęły ziemi, eksplodowały jaskrawym światłem — niczym gwiazdy wydające ostatnie tchnienie. Siła uderzenia rozrywała je na tysiące drobinek, w których słońce budziło uśpione kolory. Nad rozgrzaną upałem ulicą unosiła się tęczowa mgiełka. Strugi wody płynęły wzdłuż krawężników, tworząc w zagłębieniach niewielkie jeziorka. Szemrały coś do siebie, bulgotały i zaczynały wirować coraz szybciej i szybciej, aż zatracone w tym obłędnym tańcu, znikały w studzience kanalizacyjnej.

    W Moskwie od kilku dni panował wręcz tropikalny upał, dlatego każdy deszcz witany był entuzjastycznie. Dorośli nie chowali się w wiatach przystanków tramwajowych, nie kulili pod drzewami. Z uniesionymi głowami patrzyli na spadające krople, ciesząc się ich chłodnym dotykiem. Dzieci zdejmowały buty, wskakiwały w największe kałuże, pląsały i co chwilę wybuchały śmiechem. Nad rozgrzanym asfaltem unosiły się kłęby pary. Rynny, plując wodą, grały rytmiczną melodię, a ptaki ukrywające się dotąd w koronach drzew wtórowały im w radosnej piosence. Nawet stary wilczur wyszedł spod schodów, zlizał z nosa kroplę deszczu i bacznie rozejrzał się po okolicy. Ponieważ nie dostrzegł w pobliżu stadka szczeniaków, przed którymi chciał uchodzić za statecznego psa, bez namysłu wlazł do najbliższej kałuży. Tylko kaczki pływające w stawie na Czistych Prudach wzruszały skrzydłami, kwacząc z dezaprobatą, bo nijak nie mogły zrozumieć, dlaczego te wszystkie istoty zachowują się tak irracjonalnie. Woda to woda. Nie ma znaczenia, czy jest pod brzuchem, czy kapie na głowę. Mieszkańcy okolicznych kamienic otwierali okna i wyłączali klimatyzatory. „Wreszcie jest czym oddychać” — mówiły do siebie starsze panie, wycierając białymi chusteczkami szczebelki ławki, na której chciały przysiąść.

    — A wie pan, że zaraz po wojnie to taka ulewa przyszła, że woda ze stawu się wylała? — zagaił wąsaty dozorca do stojącego w progu domu lokatora.

    — Pan to chyba za młody, żeby pamiętać — odburknął lokator.

    — Ja nie widziałem, ale ojciec opowiadał, że zalało wszystkie podwórka — wyjaśnił dozorca.

    — No tak — mruknął lokator i poszedł sobie.

    — Dziwny facet, nieuprzejmy taki — szepnął sam do siebie dozorca. — Ale, to pewnie przez tę jego żonę — dodał już nieco głośniej.

    .Nieuprzejmy lokator mieszkał na ostatnim piętrze, a właściwie na dwóch ostatnich, bo jego apartament zajmował dwie kondygnacje kamienicy przy Czistych Prudach. Wyglądał na jakieś 60 lat i tyle pewnie miał. Codziennie rano wychodził z domu, żeby parę ulic dalej otworzyć aptekę. Sprzedawał lekarstwa do 12.00, wywieszał kartkę „Przerwa na obiad”, po czym szedł do domu. Czy rzeczywiście jadł, co jadł i z kim, to akurat nikogo nie interesowało. Za to sąsiedzi nieustannie plotkowali o jego żonie. Wysoka, zgrabna, elegancko ubrana. „A jaki biust, wręcz bajeczny” — zachwycali się miejscowi mężczyźni. „Nietowarzyska, zołzowata, z siłami nieczystymi trzyma” — mówiły ich żony. Kobiety nie były zazdrosne, ponieważ wiedziały, że aptekarzowa, jak ją nazywały, świata poza swoim mężem nie widzi i na innego chłopa nie spojrzy. Owszem, miały do niej złość, ale z innego powodu, a nawet z kilku powodów. Po pierwsze, nigdy z nimi nie plotkowała. Po drugie, rzadko wychodziła z domu. Po trzecie, stać ją było na najdroższe ciuchy. Wreszcie po czwarte, była co najmniej o 30 lat młodsza od aptekarza. „To nie może być miłość — szeptały za jej plecami. — Na kasę poleciała” — twierdziły, święcie przekonane o swojej nieomylności. Gdy któregoś razu okazało się, że są w błędzie, bo zołzowata piękność całkiem nieźle radzi sobie w świecie biznesu, zalała je krew. Przez cały dzień nie odzywały się do siebie, a przez trzy dni ignorowały aptekarzową, nie odpowiadając na jej „dzień dobry” i „do widzenia”. Ich mężowie też plotkowali, ale o aptekarzu. Współczuli mu, sądząc, że taka młoda żona na pewno go wykorzystuje. Robili zakłady, czy przyprawia chłopinie rogi, czy nie. Czasami też dąsali się na niego, bo był mało rozmowny, nigdy nie wpadał na piwo do barku i traktował ich z góry.

    Marija Wiktorowna nie przejmowała się plotkami. Czasem miała ochotę przystanąć z sąsiadkami, pogawędzić, opowiedzieć im co nieco o sobie. Pewnie byłyby zdziwione, ale wiedziała, że szybko by ją zaakceptowały. Potrafiła nawiązywać kontakt z ludźmi, dlatego jej firma reklamowa tak świetnie radziła sobie na moskiewskim rynku. „Bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem jest kluczem do sukcesu” — powtarzała swoim klientom. Z definicji mass mediów pamiętała, że owszem środki przekazu mogą być masowe, ale przekaz jest zawsze indywidualny. Niestety, na wykorzystanie zawodowych umiejętności, aby zjednać sobie wścibskie sąsiadki, nie miała czasu. Z domu wychodziła zaraz po śniadaniu, a wracała, gdy panie ciekawskie podgrzewały mężom parówki. Nie zaglądała im do kuchni, ale co wieczór na korytarzu czuć było ten nieznośny zapach. Na szczęście jej ukochany Paweł Stanisławowicz stronił od serdelków.

    Tak: ukochany. Mimo dzielącej ich różnicy wieku kochała swojego męża, nie poleciała na jego kasę i nie przyprawiała mu rogów. W ich historii nie było nadzwyczajnych zbiegów okoliczności, aktów wdzięczności czy bohaterskich czynów. Poznali się zwyczajnie. Paweł Stanisławowicz, choć na co dzień urzęduje w aptece i sprzedaje ludziom lekarstwa, to ma sieć takich aptek w kilku największych miastach Rosji. Parę lat temu przyszedł do firmy, w której pracowała piękna długonoga szatynka. Poprosił o przygotowanie kampanii reklamowej i sobie poszedł. Nawet nie zwrócił na nią uwagi. Ona wręcz przeciwnie. Jak to mówią — zakochała się od pierwszego wejrzenia. Elegancki, wysportowany mężczyzna po pięćdziesiątce. Tak, wtedy on miał 52 lata, a ona zaledwie 25. Nie interesowały jej jego pieniądze. Miała bogatego ojca, a i sama całkiem nieźle dawała sobie radę. Gdy Paweł Stanisławowicz przyszedł skonsultować projekt kampanii, wiedziała o nim już prawie wszystko. Wdowiec, dwoje dzieci, stateczny człowiek, uczciwy biznesmen. Zaproponowała rozmowę przy obiedzie. Parę dni później uczcili podpisanie umowy kolacją, a dwa tygodnie później polecieli razem na Dominikanę.

    Córkom Pawła nie przeszkadzało, że ojciec spotyka się z ich rówieśnicą. Od śmierci ich mamy minęło dziesięć lat, a ojciec wciąż był sam. W pierwszą rocznicę znajomości Marija i Paweł pobrali się. Oprócz miłości połączyła ich wspólna pasja. Uwielbiali poznawać tajemnice Moskwy. Nie, nie przebierali się w żółte kurtki z napisem digger. Nie szukali wejść do obiektu D-6, ale za to przynajmniej raz w tygodniu przesiadywali godzinami w miejskich archiwach, przeglądając stare gazety. Szukali w nich artykułów poświęconych niezwykłym mieszkańcom Moskwy.

    Na szczęście dla mnie oboje byli znajomymi wujka Borki. I tak, dzięki jego protekcji, wspinałem się po schodach kamienicy na Czistych Prudach. Gdy stanąłem przed drzwiami oznaczonymi numerem 6, odczekałem chwilę, aż złapię oddech, i zapukałem. Nim szczęknęła zasuwa, usłyszałem zbliżające się kroki. „Szpilki” — zdążyłem pomyśleć. Skrzypnęły zawiasy i w progu powitała mnie Marija Wiktorowna.

    — Dzień dobry, proszę wejść i czuć się swobodnie — mówiła cichym, dziewczęcym głosem. Ubrana była w zwiewną sukienkę koloru żółtego, a na nogach rzeczywiście miała sandały na cienkim obcasie. — Czego się pan napije? — spytała.

    — Wody mineralnej z cytryną, jeśli można — odparłem.

    Zaprowadziła mnie do pokoju, w którym wszystkie ściany zastawione były szafami pełnymi książek. Obok okna stało biurko, też zawalone książkami. Na środku pomieszczenia leżał kolorowy dywan, zdaje się, że ręcznie tkany, a na nim stały dwa ciężkie, obite brązową skórą fotele.

    — Biblioteka jest do pańskiej dyspozycji — rzuciła kobieta i poszła przynieść wodę mineralną.

    Na pierwszy rzut oka zgromadzone przez aptekarza i jego małżonkę książki nie wzbudzały szczególnego zainteresowania. Najważniejsze dzieła rosyjskiej literatury, kilkadziesiąt pozycji ze światowej listy bestsellerów, encyklopedie i opasłe tomiska historii Rosji, Europy i świata. Ze zdziwieniem, któremu towarzyszyło przyjemne ukłucie w sercu, zauważyłem także klasykę polskiej literatury, oczywiście w przekładzie na język rosyjski. Na jednej z półek stały obok siebie: Quo vadis Henryka Sienkiewicza, Chłopi Władysława Reymonta, a także zbiory wierszy Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza. „Pewnie dlatego, że byli laureatami literackiej Nagrody Nobla” — przemknęło mi przez głowę.

    Mniej okazale prezentowały się książki zgromadzone na półkach sąsiednich szafek. Niewielki format, najczęściej miękka i podniszczona okładka. Na pozór nic wartościowego, a jednak badacz miejskich legend byłby zachwycony. Któż bowiem nie chciałby mieć w swoich zbiorach XIX – i XX -wiecznych przewodników po Moskwie czy kryminalnych kronik z okresu ZSRR? Z mojego punktu widzenia najciekawsze wydawały się zbiory legend i opowiadań dotyczących rosyjskiej stolicy.

    — Proszę się nie krępować, książki są po to, żeby je czytać, bo inaczej po cóż ktoś miałby je pisać. — Usłyszałem tuż za swoimi plecami dziewczęcy głos pani aptekarzowej.

    — Ma pani rację, ale bez zgody właściciela… — zacząłem, ale Marija Wiktorowna machnięciem ręki przerwała mi w pół zdania.

    — Nie bądźmy tacy poprawni. Ciekawość to nie tylko pierwszy stopień do piekła, ale także klucz do poznania — roześmiała się i wskazując jeden z foteli, poprosiła, abym usiadł. Podała mi szklaneczkę z wodą mineralną, a sama też usadowiła się na drugim fotelu.

    .Rozmowa z tą kobietą na temat zakurzonych historyjek, pokrytych pajęczyną legend czy o truchłach lokalnych bohaterów wydała mi się nie na miejscu. W takiej rozmowie nie było miejsca na komplementy, a te same cisnęły się na usta. Jakże bowiem nie wspomnieć o burzy ciemnych włosów, z których słońce wyłuskiwało kasztanowe pasemka, o niebieskich oczach i karminowych ustach? Marija Wiktorowna w tej swojej zwiewnej sukience odsłaniającej ramiona i uda, w sandałkach na wysokim obcasie ledwie skrywających zgrabne stopy nie przypominała ani mola książkowego, ani fanatycznego poszukiwacza tajemnic. Dyskusja o modzie, o tym, czy możliwa jest przyjaźń między kobietą i mężczyzną, albo o błękitnych lagunach — to rozumiem. Takie tematy jak najbardziej pasowały do okoliczności, ale nie grzebanie w przeszłości pełnej upiorów, sekretów i złych emocji.

    — Jak żyje nasz wspólny przyjaciel? — wyrwał mnie z zamyślenia jej głos.

    W pierwszej chwili nie skojarzyłem, o kogo pyta.

    — Borys Anatolijewicz? — upewniłem się.

    Skinęła potakująco głową.

    — Borka ma się dobrze, choć ostatnio jakoś stracił zapał do wspólnych spacerów po Moskwie — odparłem.

    — Wspaniały człowiek. — Marija Wiktorowna rozpływała się w zachwytach nad moim przyjacielem.

    „Ten, to ma szczęście” — pomyślałem, ukradkiem zerkając na wydatny dekolt pani aptekarzowej.

    — Dzięki niemu udało się nam zgromadzić część tych skarbów — wskazała na półki z książkami. W kącikach jej ust pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Obawiałem się, że kobieta zauważyła moje spojrzenie. — Słyszał pan o Jakubie Brusie? — zmieniła nagle temat rozmowy.

    — Przykro mi, ale nie — odparłem, nieco zmieszany moją niewiedzą.

    Marija Wiktorowna wstała z fotela, przeszła kilka kroków w kierunku szaf z książkami, zdjęła z półki opasłe tomisko i wróciła na miejsce. W milczeniu czekałem na dalszy ciąg, starając się unikać zbyt nierozważnych spojrzeń.

    — Encyklopedia — wyjaśniła. Przewertowała parę stron i zaczęła czytać: — „Jakub Bruce, hrabia, rosyjski feldmarszałek, inżynier wojskowy i naukowiec. Szkot z pochodzenia. Urodził się w 1670 roku w Moskwie. Zmarł w 1735 roku w Glinkach. Jeden z najbliższych współpracowników cara Piotra I, twórca rosyjskiej artylerii”. Taka ogólna wiedza wystarczy, ponieważ nie o jego oficjalnej działalności chciałam panu opowiedzieć — stwierdziła, podnosząc się z fotela.

    Odłożyła encyklopedię na miejsce i z sąsiedniej szafki wzięła niewielką szarą książeczkę. Zapewne kiedyś okładka była biała, ale czas zrobił swoje.

    — Bruce miał ogromny wkład w rozwój rosyjskiej nauki — rzuciła, wracając na fotel. — To jemu Rosja zawdzięcza pierwsze drukowane książki, pierwsze wyprawy archeologiczne na Syberię, pierwszy kalendarz astronomiczny i rozwój geometrii — dodała. — W tamtych czasach prości ludzie w badaniach naukowych doszukiwali się działania sił nadprzyrodzonych, dlatego Bruce’a, który przede wszystkim interesował się astronomią i miał dość obojętny stosunek do Cerkwi, a przy tym obcesowo traktował sąsiadów, zaczęto nazywać czarnoksiężnikiem.

    Nie przerywałem jej. Marija Wiktorowna mogłaby być doskonałym wykładowcą akademickim dla trudnych studentów. Wyglądem rusałki i cichym dziewczęcym głosem potrafiła przykuć uwagę słuchacza. Przy tym jej wiedza nie ustępowała urodzie.

    — Interesująca postać. — To było jedyne stwierdzenie, na jakie było mnie w tej chwili stać.

    — Jeśli się nie mylę, pracuje pan w radiu? — upewniła się. Pokiwałem potakująco głową. — A więc z wyobraźnią wszystko u pana w porządku. — Uśmiech ponownie zagościł w kącikach jej ust.

    — Aż za bardzo — pozwoliłem sobie na nieco odważniejszą uwagę.

    — Zauważyłam — odparła, szczerze rozbawiona moim zakłopotaniem. — Okej, wróćmy do Jakuba Bruce’a — przerwała frywolną wymianę zdań. — Proszę zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że jest pan na placu Suchariewskim. Widzi pan szeroką arterię, pędzące samochody? — zapytała jak wytrawny hipnotyzer. — Teraz proszę sobie wyobrazić to samo miejsce, ale trzysta lat wcześniej.

    — Będzie mi trudno, ponieważ nie mam aż tylu lat, a nawet gdybym miał, to na pewno nie bywałbym wtedy w Moskwie — zażartowałem.

    — To proszę mi uwierzyć na słowo i wyobrazić sobie, że wtedy stał tam przepiękny budynek nazywany Basztą Suchariewa — nadal mówiła tym swoim spokojnym, cichym głosem. Przy tym wyjaśniła, że wieżę wybudowano w 1695 r., jako jeden z elementów obronnej infrastruktury Moskwy, a rozebrano ją w 1934 r. na rozkaz Józefa Stalina. — Rozebrano, a nie zburzono — podkreśliła.

    — To aż takie istotne?

    — Odrobina cierpliwości, odpowiedź padnie na końcu opowieści — odparła uprzejmie. — Ponad trzysta lat temu mieszkańcy Moskwy patrzyli na Basztę Suchariewa ze strachem. Gdy widzieli światło na trzecim piętrze wieży, szeptali, że właśnie zabrał się do pracy wielki mag Jakub Bruce — mówiła niezwykle sugestywnie.

    .Poczułem się jak małe dziecko, któremu mama opowiada bajkę. Wyobraziłem sobie starą basztę na obrzeżach Moskwy, z wycelowanym w niebo ogromnym teleskopem. Czasami z jej okien dolatywały dziwne dźwięki: trzaski, skrzypienia i wybuchy. Mieszkających po sąsiedzku kupców najbardziej jednak niepokoiły rozbłyski kolorowego światła. „Graf Bruce znowu zajmuje się czarną magią” — szeptali. Z czasem zaczęto plotkować, że carski inżynier dysponuje jednym z najbardziej tajemniczych dzieł, jakie widział świat, „czarną księgą” króla Salomona. Najprawdopodobniej chodziło o Lemegeton, inaczej nazywany mniejszym kluczem Salomona, czyli o księgę demonologiczną zawierającą szczegółową charakterystykę duchów, demonów i aniołów. Przedstawione w niej opisy pozwalały przywoływać mieszkańców zaświatów, zmuszać ich do posłuszeństwa i z powrotem odsyłać w inny wymiar. Mieszkańcy XVIII -wiecznej Moskwy wierzyli, że używając „czarnej księgi”, Jakub Bruce potrafi wpływać na ich losy, przywoływać deszcz, ściągać pioruny i wzniecać pożary. W tym przekonaniu utwierdzał ich również sam graf, który ściągał do Baszty Suchariewa przeróżne dziwne przedmioty: kolby, lustra, miedziane druty i ampułki z alchemicznymi proszkami.
    Zrzut ekranu 2017-04-11 (godz. 22.09.33)
    Przy tym ze względu na swoje zamiłowanie do astronomii Bruce całe noce spędzał w swojej pracowni, obserwując gwiazdy. „Porządni ludzie pracują w dzień, a nocą śpią” — plotkowali mieszkańcy sąsiadujących z wieżą kamienic. Tak narodziła się legenda o wielkim czarnoksiężniku, który pomaga carowi Piotrowi I zapanować nad światem.

    Maciej Jastrzębski
    Fragment najnowszej książki „Rubinowe oczy Kremla. Tajemnice podziemnej Moskwy”, Wyd.EditioBlack, 2018 POLECAMY w wersji eBook i Print: [LINK]

    Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
    Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.
    20 kwietnia 2017