
Złoto, instytucje i okno, które się otwiera
Gdyby o zakupach złota decydował Sejm, dyskusja trwałaby trzy kadencje, a rezerwy prawdopodobnie by zmalały, bo ktoś uznałby, że lepiej je spieniężyć na bieżące potrzeby. Działa tu mechanizm znany w Polsce od stuleci: instytucje kolegialne paraliżują się nawzajem, a sprawczość jest wtedy, gdy jednostka ma kompetencję i wolę działania w ramach, które akurat pozwalają jej działać – pisze Maciej ŚWIRSKI
Na marginesie tekstu dr. Marcina Zarzeckiego „Złoto Rzeczypospolitej i rozpad systemu z Bretton Woods” opublikowanego we „Wszystko co Najważniejsze”:
Złoty kruszec chroni przed kataklizmem monetarnym. Nie zastąpi jednak instytucji, prawa, wiarygodnego sądownictwa, sprawnego państwa – dr Marcin Zarzecki1
.Dr Marcin Zarzecki napisał tekst, który zasługuje na uważną lekturę. Diagnoza kryzysu zaufania do pieniądza fiducjarnego jest trafna, opis strategii zakupowej NBP robi wrażenie. Chciałbym jednak podjąć wątek, który dr Marcin Zarzecki otwiera w ostatnim akapicie i na którym się zatrzymuje, bo właśnie tam zaczyna się pytanie najciekawsze.
Autor kończy zdaniem prawdziwym, ale jeśli potraktować je poważnie, okaże się, że to nie pointa, ale raczej początek rozmowy, której w Polsce prawie nikt nie prowadzi. Zacznijmy więc od tego, czego Marcin Zarzecki nie mówi wprost, choć jego tekst na to pozwala. Tego, że Polska dysponuje dziś ok. 570 tonami złota, nie wynika z polityki państwowej ani z parlamentarnego konsensusu.2 Jest to wynik decyzji i inicjatywy jednego człowieka, prezesa Adama Glapińskiego, który widzi dalej niż otoczenie i działa w granicach swoich kompetencji.
Gdyby o zakupach złota decydował Sejm, dyskusja trwałaby trzy kadencje, a rezerwy prawdopodobnie by zmalały, bo ktoś uznałby, że lepiej je spieniężyć na bieżące potrzeby. Działa tu mechanizm znany w Polsce od stuleci: instytucje kolegialne paraliżują się nawzajem, a sprawczość jest wtedy, gdy jednostka ma kompetencję i wolę działania w ramach, które akurat pozwalają jej działać. W polskich warunkach instytucje kolegialne pełnią częściej funkcję hamulca niż generatora decyzji strategicznych. A przy obecnej konstytucji efekt ten jest wzmocniony nachodzeniem się kompetencji rządu, prezydenta i usankcjonowaną silosowatością ustroju Polski.
.Paradoks polskiej sytuacji na tym że Polska jest suwerenna, jest w sojuszach, ma rosnący PKB, najniższe bezrobocie w Europie, potężniejące rezerwy kruszcowe, a jednocześnie posiada pseudoinstytucje, które trzymają ją w grajdołku niemożności. Wady ustrojowe powodują, że sąd gospodarczy rozstrzyga sprawę latami, reguły podatkowe zmieniają się z każdą kadencją, administracja obsługuje partię rządzącą, a prawo własności wymaga renegocjacji przy każdej zmianie władzy, a samo prawo pozbawione jest ciągłości, którą prawo musi mieć, żeby w ogóle zasługiwać na tę nazwę.
Mamy złoto warte ponad 300 miliardów złotych i system instytucjonalny, który nie potrafi z tego złota uczynić fundamentu czegokolwiek trwałego. System instytucjonalny jest nie tylko niekompatybilny z epoką technologiczną w którą wchodzimy, ale także nie jest zbieżny z podstawowymi polskimi interesami narodowymi – i to bez względu jak je definiować, bo w każdym przypadku interesy narodowe, racja stanu, aby mogły być realizowane musi mieć zaplecze wykonalności. A Polska dzisiejsza nie jest republiką wykonalności – i jako obywatele wszyscy to odczuwamy, ale nie wszyscy potrafimy to nazwać.
Marcin Zarzecki pięknie przywołuje historię 79,5 tony wywożonej we wrześniu 1939 roku przez Rumunię, Turcję, Syrię, Casablankę, Saharę. Formułuje to celnie: „państwo wystarczająco mądre, by mieć rezerwy, i zbyt słabe, by je utrzymać”. Warto jednak pociągnąć tę myśl dalej. Polska przez tysiąc lat nie zdołała zbudować instytucji w pełni zabezpieczających produkcję, akumulację i ochronę bogactwa na własnym terytorium, a przyczyny tego stanu były za każdym razem wewnętrzne, choć chętnie przypisywaliśmy je wyłącznie sąsiadom.
Zdolności Polakom nigdy nie brakowało. Problem leżał w tym, że w kluczowych momentach historycznych układ sił sprzyjał równowadze niskiego poziomu, takiej, w której wszystkim głównym aktorom było wygodnie bez zmian. Widać to doskonale już w czasach tak zwanego Złotego Wieku. Rzeczpospolita wpadła wówczas w pułapkę surowcową i w pułapkę braku akumulacji kapitału. Wpadła w nią zgodnie z interesami własnych elit, a nie wbrew nim. Magnateria czerpała zyski z eksportu zboża i nie potrzebowała instytucji kredytowych ani manufaktur, bo te mogłyby zagrozić jej dominacji. Silne mieszczaństwo było zbędne, a nawet niebezpieczne. Król nie miał twardych partnerów instytucjonalnych, nie miał z kim budować państwa, bo wszyscy woleli status quo. Szlachta zaś, zamiast akumulować kapitał, prowadziła ekstensywną gospodarkę monokultury zbożowej, bo to było najprostsze i najszybciej przynosiło dochód. Ciekawe, że głównym podręcznikiem ekonomicznym była książka o prowadzeniu folwarku, a nie banku. Banków po prostu nie było. Ich funkcję pełnił Żyd arendarz, który udzielał szlachcicowi kredytu na przednówku, a zwrot następował po zbiorach.
Ten mechanizm powtarzał się potem w różnych odsłonach. Podczas rozbiorów to zaborcy blokowali akumulację. W dwudziestoleciu zabrakło czasu. W PRL-u zniszczono same fundamenty zaufania społecznego. Po 1989 roku weszliśmy w liberalny model, który obiecywał, że instytucje zbudują się same pod wpływem rynku. Nie zbudowały się. Powstały za to instytucje pozorne, których forma odpowiada zachodnim wzorcom, ale których treść pozostaje pusta lub skorumpowana. Albo – jak w przypadku systemu bankowego – służące przede wszystkim maksymalizacji krótkoterminowego zysku banków kosztem obywateli (kredyt hipoteczny w Polsce należy do najdroższych w Europie, a wskaźnik WIBOR ustalany jest w warunkach ograniczonej konkurencji przez te same instytucje, które na nim zarabiają). Mechanizm był za każdym razem ten sam: zatrzymać łatwiej niż stworzyć, spieniężyć prościej niż oszczędzać, a skonsumować wygodniej niż inwestować w coś, czego efekty zobaczą następni.
Simmel i Weber, których Marcin Zarzecki tak trafnie przywołuje, powiedzieliby to jeszcze dobitniej. Simmel rozumiał, że pieniądz, każdy, także kruszcowy, istnieje w sieci relacji społecznych; złoto samo w sobie nie jest bogactwem, jest bogactwem o tyle, o ile istnieją instytucje pozwalające je wymienić, zainwestować i obronić. Weber zaś nie przestawałby powtarzać, że racjonalność ekonomiczna wymaga biurokracji w sensie pozytywnym, przewidywalnego i bezosobowego stosowania reguł. Polska tej biurokracji nigdy w pełni nie zbudowała. Budowała ją fragmentami, w pojedynczych instytucjach, nigdy jednak jako system. NBP pod prezesurą Glapińskiego jest jednym z takich fragmentów, ale trudno z niego wyprowadzić regułę dla całości.
Piszę to jednak nie po to, żeby narzekać. Widzę coś, czego narzekający zwykle nie dostrzegają. Kryzys systemu z Bretton Woods, który dr Zarzecki tak precyzyjnie opisuje, tworzy warunki, w których Polska może zrobić coś, czego nie zrobiła przez dziesięć wieków: zbudować instytucje warte tego złota, które gromadzi. Samo złoto może tu posłużyć za katalizator, bo 570 ton w skarbcu daje Polsce coś, czego historycznie nigdy nie miała: margines błędu, bufor finansowy i czas na reformy.
Kraj z silnymi rezerwami kruszcowymi może pozwolić sobie na zmiany, na które kraje bez takich rezerw nie mają odwagi. Sprawne sądownictwo gospodarcze staje się możliwe, bo jest bufor na okres przejściowy. Reforma systemu podatkowego przestaje być samobójstwem politycznym, bo kryzys walutowy nie zmusi do panicznego wycofywania się po dwóch latach. Inwestycje w produkcję realną, w stabilną energetykę i w zdolności obronne, uzyskują twardsze oparcie, bo wiarygodność kruszcowa obniża koszt kapitału. Pojawia się wreszcie szansa, żeby przestać być krajem żyjącym od kadencji do kadencji i zacząć planować w horyzoncie pokoleniowym.
Jednym z konkretnych mechanizmów, które mogłyby tę szansę przełożyć na praktykę, byłby fundusz inwestycyjny powiązany z rezerwami kruszcowymi. Nie chodzi tu o spieniężanie złota, ale o wykorzystanie przyrostów jego wartości rynkowej jako zabezpieczenia długoterminowych inwestycji państwowych. Gdyby część nadwyżki wyceny rezerw zasilała fundusz o horyzoncie dwudziesto- czy trzydziestoletnim, przeznaczony wyłącznie na infrastrukturę produkcyjną i technologiczną, Polska zyskałaby instrument planowania, który nie zależy od kalendarza wyborczego. Norweski fundusz naftowy (Oljefondet) pokazał, że surowcowe bogactwo da się przekuć w instytucjonalną trwałość, pod warunkiem że zasady wypłat są twarde, a politycy nie mają do kasy codziennego dostępu. Rezerwy kruszcowe mogłyby spełnić w Polsce analogiczną funkcję, pod warunkiem że ich konstrukcja prawna byłaby oddzielona od budżetu bieżącego i poddana kontroli niezależnej od cyklu wyborczego. Bez takiego oddzielenia każdy rząd potraktuje fundusz jako kasę na własne priorytety, a sama idea straci sens w ciągu jednej kadencji. Warunek prosty do sformułowania i niemal niemożliwy do spełnienia w polskiej kulturze politycznej. Ale wart postawienia.
To wszystko wymaga jednak czegoś, czego dr Zarzecki nie formułuje jako postulat, a co jest warunkiem sine qua non: rezerwy muszą zostać przełożone na produkcję i instytucje, które tę produkcję zabezpieczają. Złoto, które leży w skarbcu i rośnie na wartości, to jeszcze nie strategia, to co najwyżej jej zabezpieczenie. Strategią byłoby powiedzieć: mamy 570 ton i wykorzystujemy ten margines bezpieczeństwa, żeby zbudować sądy gospodarcze rozstrzygające spory w miesiącach zamiast w latach, system podatkowy stabilny przez dwadzieścia lat i – co najważniejsze – zdolność produkcyjną, która sama generuje bogactwo.
Ta idea złotego zabezpieczenia inwestycji strukturalnych nabiera szczególnego wymiaru w zestawieniu z faktem, który polska debata gospodarcza konsekwentnie pomija. W niecce tomaszowskiej w województwie łódzkim znajduje się ponad 80% krajowych zasobów piasków i piaskowców kwarcowych – łącznie ponad 600 milionów ton złóż udokumentowanych, z zawartością krzemionki przekraczającą 98% – co plasuje Polskę wśród największych posiadaczy tego surowca w Europie.3 To ruda – w tym samym sensie, w jakim rudą żelaza jest hematyt, a rudą miedzi chalkopiryt: surowiec, z którego nowoczesny proces technologiczny wydobywa produkt o nieporównywalnie wyższej wartości. Kilogram piasku kwarcowego z niecki tomaszowskiej kosztuje grosze. Kilogram krzemu metalurgicznego po pierwszym oczyszczeniu – około 2 dolarów. Kilogram polisiliconu elektronicznego klasy półprzewodnikowej, po kolejnych etapach rafinacji do czystości 6 dziewiątek (99.9999%) i wyżej – już 20 dolarów. Kilogram gotowego wafla krzemowego, cienkiego krążka o średnicy 30 centymetrów, z którego wycina się substraty pod układy scalone – około 1000 dolarów. A kilogram tego samego wafla po przejściu przez linie produkcyjne TSMC, pokrytego układami scalonymi na węźle technologicznym 3 nanometrów – 200 000 dolarów lub więcej. Złoto kosztuje dziś 145 000 dolarów za kilogram. Wafel z chipami jest droższy od złota.
Polska trzyma tę rudę w ziemi i robi z niej kostkę brukową albo szyby. A przecież ten sam kwarc, odpowiednio oczyszczony, jest absolutnym początkiem łańcucha wartości, na którego końcu jest chip – ten w komputerze, na którym piszę ten tekst, ten w procesorze AI będącej maszyną parową obecnej rewolucji technologicznej, ten w głowicy rakiety eksplodującej właśnie w górach Iranu. Droga od piasku do wafla krzemowego wiedzie przez oczyszczanie do krzemu metalurgicznego, potem polikrystalicznego, potem monokryształu – i właśnie ta technologia stanowi węzeł krytyczny, na którym globalny przemysł półprzewodnikowy jest dziś najwrażliwszy.
Znacząca część światowych dostaw kwarcu wysokiej czystości niezbędnego do produkcji polisiliconu pochodzi z jednej kopalni w Spruce Pine w Północnej Karolinie, a Chiny aktywnie pracują nad przejęciem kontroli nad tym ogniwem łańcucha – próbując wypchnąć zachodnie moce produkcyjne poprzez dominację w segmencie ogniw fotowoltaicznych, współdzielącym z elektroniką ten sam surowiec bazowy. Tajwan, odpowiadający za ponad 60% światowej produkcji półprzewodników i ponad 90% produkcji chipów najbardziej zaawansowanych, jest na tę presję surowcową strukturalnie narażony – i szuka dywersyfikacji. Polska ma zatem do zaoferowania konkretną wartość: zabezpieczony europejski łańcuch dostaw surowca bazowego w zamian za technologię oczyszczania i wejście na najniższy, a zarazem strategicznie kluczowy szczebel globalnego przemysłu krzemowego. Propozycja racjonalnego partnerstwa – polski piasek i europejskie bezpieczeństwo geopolityczne dostaw po stronie surowcowej, tajwańska technologia po stronie przetwórczej – która mogłaby zapoczątkować pierwszy od czasów transformacji autentycznie suwerenny łańcuch wartości w polskim przemyśle.
.Problem Polski polega na tym, że nie ma teraz zdolności sfinansowania pierwszego kroku przetwórczego na odpowiednią skalę i z odpowiednim ryzykiem technologicznym. Budowa instalacji krzemu metalurgicznego, polikrzemu wysokiej czystości i infrastruktury energetycznej dla tych procesów to projekty rzędu kilkunastu–kilkudziesięciu miliardów dolarów. Same w sobie nie są poza zasięgiem państwa wielkości Polski. Poza zasięgiem jest ich finansowanie w warunkach niestabilności instytucjonalnej i wysokiego kosztu kapitału.
Dźwignia kruszcowa zmienia właśnie ten parametr poprzez wiarygodność ceny pieniądza w czasie. Jeżeli Polska jest w stanie powiedzieć rynkom: za tym projektem stoi nie tylko budżet i nie tylko polityczna deklaracja, ale także twardy bufor rezerwowy, który obniża ryzyko systemowe – koszt finansowania spada. Spada nieznacznie w procentach. W wartościach bezwzględnych – o miliardy. Przy programie inwestycyjnym liczonym w dziesiątkach miliardów dolarów Polska uzyskuje zdolność produkcji rzędu kilku milionów ton polikrzemu rocznie. To nie jest jednorazowy zysk ze sprzedaży surowca, ale strumień dochodu, który stabilizuje się w czasie i zakorzenia się w kraju. W tym sensie dźwignia kruszcowa nie finansuje tylko fabryk – finansuje przejście od gospodarki, która sprzedaje zasoby, do gospodarki, która buduje zdolności.
Na tym poziomie Polska nie staje się jeszcze producentem chipów. Ale przestaje być krajem stojącym poza łańcuchem – staje się jego pierwszym, niezbędnym ogniwem. To zmienia relację z podmiotami takimi jak TSMC, Intel czy Samsung. Z relacji petenta przechodzi się do relacji partnera, który dostarcza zasób krytyczny.
Wejście w technologię „sześciu dziewiątek”, w czystość rzędu 99,9999%, nie jest parametrem technicznym. Jest barierą cywilizacyjną. Osiągnięcie jej oznacza zdolność do kontroli procesu na poziomie, który eliminuje przypadek – moment, w którym przemysł przestaje być produkcją, a staje się systemem wiedzy ucieleśnionej w materii. Państwa, które tę barierę przekroczyły, nie oddają tej wiedzy. Można ją tylko współdzielić – i tylko z tymi, którzy wnoszą coś, czego nie da się łatwo zastąpić. Polska, mając stabilny strumień produkcji i zabezpieczony łańcuch dostaw w Europie, przestaje prosić o technologię. Oferuje warunek stabilności dla tych, którzy tej technologii potrzebują. Transfer technologii nie wynika wtedy z dobrej woli, lecz z konieczności dywersyfikacji ryzyka po stronie partnera.
Z czasem naturalnym krokiem staje się wejście w produkcję wafli krzemowych jako kontynuacja rozwoju technologicznego. Monokryształy, ultraprecyzyjna obróbka, kontrola defektów na poziomie atomowym – to wszystko wymaga dekad akumulacji wiedzy i kapitału. System bez stabilnego finansowania nie przechodzi tego etapu. System z buforem – może. Po trzech–czterech dekadach powstaje coś, czego nie widać na początku: nie chodzi już o konkretne instalacje, lecz o sieć zależności – dostawy surowca, półprodukty, standardy jakości, kadry, know-how rozproszone w instytucjach. Polska staje się NIEZASTĘPOWALNA. Wyłączenie takiego elementu na przykład poprzez atak Rosji nie jest zdarzeniem lokalnym. Powoduje zakłócenie łańcucha dostaw i napięcia w sektorach zależnych od półprzewodników – od energetyki po obronność. Innymi słowy: usunięcie Polski z tego układu wywołuje kryzys nie polityczny, lecz strukturalny.
A przed takimi kryzysami chronią ogniwo łańcucha technologicznego i dostaw sojusze i prawdziwa obecność militarna tych, dla których ciągłość dostaw jest podstawą ich rozwoju technologicznego. Niezastępowalność będzie dla Polski najlepszą gwarancja bezpieczeństwa.
Takie postawienie sprawy jest w Polsce trudniejsze niż kupno następnych stu trzydziestu ton, ale bez niego kolejny rekord tonażowy pozostanie imponującą liczbą i niczym więcej.
Wenecja była potęgą, bo miała prawo handlowe, arsenał, dyplomację i sądy, które działały; złoto było tego pochodną, a nie przyczyną. Holandia XVII wieku zbudowała imperium w oparciu o Bank Amsterdamski, na prawie własności, na zaufaniu instytucjonalnym, które przyciągało kapitał z całej Europy.4 Złoto tam płynęło, bo istniały instytucje, w których warto je było trzymać. W obu przypadkach kruszec podążał za porządkiem prawnym, a nie go wyprzedzał.
Stary system pęka. Nowy jeszcze nie powstał.
Dzięki decyzji jednego człowieka Polska ma dziś rezerwy złota, jakich nie miała nigdy w swojej historii. Margines bezpieczeństwa, jakiego nie dostaliśmy od stuleci. Teraz stawka jest prosta: albo wykorzystamy ten margines, żeby wreszcie stać się państwem wykonalnym – albo zmarnujemy go jak wszystkie poprzednie szanse. Powtarzam: prawdziwe bezpieczeństwo Polski nie polega na sojuszach i deklaracjach. Polega na tym, czy jesteśmy dla świata zastępowalni, czy nie. A żeby przestać być zastępowalnymi, musimy przestać być republiką udawania i stać się republiką wykonalności – państwem, w którym instytucje naprawdę działają, prawo jest stabilne, a decyzje są wykonywane, a nie tylko ogłaszane.
.Mamy złoto. Mamy czas.
Pytanie brzmi tylko jedno: czy tym razem wystarczy nam woli, żeby to złoto zamienić w siłę trwałą – czy znowu skończy się na kolejnym rekordzie i kolejnej dekadzie pozorowania państwa.
Maciej Świrski
PRZYPISY
1. Cytat za: M. Zarzecki, Złoto Rzeczypospolitej i rozpad systemu z Bretton Woods, „Wszystko Co Najważniejsze”, 2025.
2. Dane NBP: stan rezerw złota na koniec I kwartału 2025 r.
3. Łączne krajowe zasoby bilansowe 38 złóż wynosiły 652,5 mln ton według stanu na koniec 2023 r., z czego ponad 80% przypada na niecką tomaszowską, przy zawartości krzemionki przekraczającej 98% i Fe2O3 poniżej 0,08%. Źródła: Państwowy Instytut Geologiczny – Państwowy Instytut Badawczy, Surowce szklarskie, aktualizacja 2024, pgi.gov.pl; E. Poręba, M. Nieć, S. Dróżdż, Złoża piasków kwarcowych w niecce tomaszowskiej, stan i problemy ich dokumentowania, „Górnictwo Odkrywkowe” nr 3/2018. Udział Tajwanu w światowej produkcji półprzewodników: U.S. International Trade Commission, Silicon Island: Recent Developments in Taiwan’s Semiconductor Industry, February 2024; U.S. Department of Commerce / ITA, Taiwan – Semiconductors including chip design for AI, Country Commercial Guide, 2025 – przychody sektora przekroczyły 165 mld USD w 2024 r., stanowiąc około 20% PKB wyspy, przy udziale ponad 60% w globalnych przychodach z produkcji kontraktowej i ponad 90% mocy wytwórczych dla układów najbardziej zaawansowanych. Koncentracja dostaw kwarcu: ITIF, China Plans to Dominate a Key Semiconductor Material, September 2025, itif.org.
4.Jan de Vries, Ad van der Woude, The First Modern Economy: Success, Failure, and Perseverance of the Dutch Economy, 1500–1815, Cambridge University Press, 1997.



