Maciej ŚWIRSKI: Parlament nie jest Bogiem

Parlament nie jest Bogiem

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Tomasz Morus uznał prawo parlamentu do rozstrzygania o następstwie tronu, lecz odmówił mu władzy nad sumieniem i Kościołem. Jego proces odsłania granicę między stanowieniem prawa a żądaniem bezwarunkowego posłuszeństwa. Maciej ŚWIRSKI zestawia ten spór z polską tradycją ustrojową i pyta, czego żadna większość parlamentarna uchwalić nie może.

Tomasz Morus patron rządzących i polityków

Trzydziestego pierwszego października 2000 roku św. Jan Paweł II ogłosił „niebieskim Patronem rządzących i polityków” Tomasza Morusa, skazanego na śmierć przez rządzących i polityków. Prawnik i humanista, autor „Utopii” i przyjaciel Erazma z Rotterdamu, był w latach 1529–1532 kanclerzem Anglii, jako jeden z nielicznych świeckich na tym urzędzie. Ustąpił, kiedy Henryk VIII, chcąc unieważnić małżeństwo z Katarzyną Aragońską i poślubić Annę Boleyn, zerwał z Rzymem i kazał duchowieństwu uznać się za głowę Kościoła w Anglii. Sądzono go 1 lipca 1535 roku w Westminster Hall, w sali należącej do dziś do pałacu parlamentu, a pięć dni później ścięto na Tower Hill.

Kto wyjdzie z Westminster Hall i skręci na zachód, po kilkuset krokach minie Opactwo Westminsterskie. W kwietniu 1534 roku wezwano Morusa do Lambeth, pałacu arcybiskupa Canterbury, aby przysiągł na ustawę o sukcesji, która uznawała małżeństwo króla z Anną i prawa jej dzieci do tronu, a we wstępie odrzucała władzę papieża. Następstwo tronu Morus gotów był uznać, skoro jego ustalanie należało do parlamentu, przysięgi w tym brzmieniu jednak nie złożył i powodów wyjawić nie chciał. Oddano go wtedy na cztery dni pod straż opata Westminsteru. William Roper, mąż jego córki Małgorzaty, spisał około 1556 roku życie teścia i zanotował, że przez te dni król naradzał się ze swoją Radą, co z więźniem począć. Rada skłaniała się już ku temu, by go zwolnić, jeśli przysięgnie na samo następstwo tronu, a zdanie o reszcie zachowa dla siebie, i dopiero królowa Anna nastawiła króla inaczej. Siedemnastego kwietnia Morus trafił do Tower, skąd wyszedł jeszcze tylko na proces w Westminster Hall i na szafot. Opactwo było wtedy klasztorem benedyktyńskim. Sześć lat później Henryk rozwiązał wspólnotę, mnisi wrócili na krótko za panowania jego córki Marii Tudor, która w latach 1553–1558 przywróciła w Anglii katolicyzm, a od 1560 roku, za jej przyrodniej siostry Elżbiety, kościół jest kolegiatą anglikańską.

Dalej biegnie Victoria Street i niecały kilometr od Opactwa stoi katedra katolicka, której przez większą część jej dziejów z tej ulicy nie było widać. Jej historia zaczyna się w 1850 roku, kiedy Pius IX przywrócił w Anglii hierarchię. Stolicę metropolitalną nazwano Westminster, bo, jak tłumaczy dziś sam Kościół, nazwa Londyn wywołałaby spór w kraju wciąż katolikom nieżyczliwym. Spór wybuchł i tak. W 1851 roku parlament zakazał katolickim biskupom pod groźbą grzywny używania tytułów terytorialnych; ustawy nikt nigdy nie egzekwował i po dwudziestu latach ją uchylono. List z 2000 roku przypomina, że dopiero odtworzona hierarchia pozwoliła otworzyć procesy angielskich męczenników. Morusa beatyfikowano w 1886 roku, a kanonizowano w 1935, w czterechsetną rocznicę śmierci.

Katedrę budowano w latach 1895–1903 na miejscu dawnego więzienia Tothill Fields. Od ulicy zasłaniał ją szereg kamienic czynszowych, znad których przechodzień widział tylko kampanilę, i wielu londyńczyków nie wiedziało, że stoi za nimi świątynia. Plac przed fasadą powstał dopiero w 1975 roku, gdy przy budowie dwóch biurowców zostawiono między nimi wolne miejsce. Wierność, za którą Morus oddał głowę, przetrwała więc w samym Westminsterze, przez ponad siedemdziesiąt lat ukryta za cudzymi domami, z dala od głównego traktu.

Proces Tomasza Morusa i granice posłuszeństwa

Przez ponad rok w Tower położenie Morusa się pogarszało. W listopadzie 1534 roku parlament uchwalił ustawę o zwierzchnictwie, nazywającą króla najwyższą głową Kościoła w Anglii, oraz ustawę o zdradzie, według której zdradą było złośliwe odmawianie królowi któregokolwiek z jego tytułów, choćby tylko słowem. Morus rozumiał, że odtąd każde zdanie może go zabić, i na pytania wysłanników Rady o zwierzchnictwo króla konsekwentnie milczał. Ponieważ milczenie przestępstwem nie było, oskarżycielom potrzebne były jego słowa.

Dwunastego czerwca 1535 roku, na kilka dni przed procesem biskupa Rochesteru Jana Fishera, uwięzionego za tę samą odmowę, przyszło do celi Morusa trzech ludzi, żeby zabrać mu książki. Roper powodu nie podaje, zapisuje natomiast, że atramentu Morus nie miał już wcześniej i wiersze pisał w celi węglem. Odbierano więźniowi po kolei wszystko, czym mógł zająć umysł, a zabieranie książek dawało przy tym dobry pretekst do odwiedzin. Pakowali je sir Richard Southwell i niejaki Palmer, sługa Thomasa Cromwella, królewskiego sekretarza, który przeprowadzał całe zerwanie z Rzymem. Był z nimi Richard Rich, świeżo mianowany Solicitor General, drugi prawnik Korony, młodszy od Morusa o pokolenie i znający go od młodości.

Kiedy tamci dwaj wiązali księgi, Rich zagadnął więźnia po przyjacielsku, jak prawnik prawnika, choć według Ropera prowadził rozmowę wedle z góry ułożonego planu. Skoro pan More tak dobrze zna prawa królestwa, niech pozwoli przedstawić sobie pewien przypadek. Gdyby akt parlamentu nakazał całemu królestwu uznać Richa za króla, czy Morus by go uznał? „Tak, panie, uznałbym”, odpowiedział Morus. A gdyby akt parlamentu nakazał uznać Richa za papieża?

Roper zapisał odpowiedź tak: „Co do pierwszego przypadku, panie Rich, parlament może się zajmować sprawami książąt doczesnych. Na drugi odpowiem ci innym przypadkiem. Przypuśćmy, że parlament uchwaliłby ustawę, iż Bóg nie jest Bogiem. Czy wtedy, panie Rich, powiedziałbyś, że Bóg nie jest Bogiem?” Rich odparł, że nie, bo takiego prawa żaden parlament ustanowić nie może, i nie zauważył, że sam uznał istnienie granicy, o którą w tej rozmowie chodziło.

Morus przyjmuje bez sprzeciwu, że parlament może rozstrzygać, kto ma być królem. Jego pytanie sięga spraw, które do parlamentu w ogóle nie należą, a przykład wybiera najskrajniejszy, by nikt nie mógł się uchylić od odpowiedzi. Granicę władzy większości wyznacza sam, w pierwszej osobie, przy świadkach zajętych sznurowaniem paczek.

Dalszy ciąg znamy już tylko od Richa, według którego Morus miał dodać: „Tak samo parlament nie mógłby uczynić króla najwyższą głową Kościoła”. Roper zaznacza, że są to słowa „jak je przekazał pan Rich”, i dodaje, że na tym jednym doniesieniu oparto oskarżenie o zdradę. Zdanie o zwierzchnictwie króla nad Kościołem, za które Morus poszedł na szafot, mamy więc z ust oskarżyciela, który dopisał je do myśli Morusa o granicy władzy, a sąd w Westminster Hall nie miał powodu oddzielać jednego od drugiego.

Pierwszego lipca 1535 roku przyprowadzono Morusa z Tower do Westminster Hall. Oskarżenie opierało się na ustawie, która za zdradę uznała odmawianie królowi tytułu najwyższej głowy Kościoła, a do aktu wpisano, jak notuje Roper, trzy „haniebne słowa”: złośliwie, zdradziecko i diabelsko. Historyk prawa J. D. M. Derrett, który przeanalizował akt w 1964 roku, wyróżnił w nim cztery punkty. Pierwsze trzy dotyczyły milczenia: odmowy odpowiedzi na przesłuchaniach 7 maja i 3 czerwca oraz listów do biskupa Fishera, w których Morus nazwał ustawę mieczem obosiecznym, bo jedna odpowiedź zabija duszę, a druga ciało. Sąd ich nie forsował i sprawę rozstrzygnął na podstawie czwartego, opartego na rozmowie z Richem.

Roper procesu nie widział i pisze otwarcie, że zna go z wiarygodnych relacji sir Anthony’ego St. Legera oraz Richarda Heywooda i Johna Webbe’a, obecnych na sali. Relacje spisane w kilka tygodni po egzekucji i rozesłane po Europie zachowały to, czego u Ropera brak, czyli obronę z milczenia. Morus powiedział sędziom, że ani ich ustawa, ani żadne prawo na świecie nie może słusznie karać nikogo, kto nie przewinił słowem albo czynem, bo za milczenie prawo kary nie ustanowiło. Skoro zaś według prawa powszechnego milczący zdaje się przyzwalać, jego milczenie raczej ustawę zatwierdzało, niż ją osłabiało.

Prokurator Korony, zapewne Christopher Hales, który wniósł oskarżenie, odpowiedział, że wszyscy poddani wierni swemu księciu, zapytani o ustawę, mają obowiązek odpowiedzieć otwarcie i bez obłudy, że jest dobra i święta. W oczach władzy milczący poddany przestawał więc być poddanym posłusznym. Morus nie spiskował ani nie podburzał, z kraju nie wyjechał i nikomu nie odradzał przysięgi na sukcesję, władza chciała jednak usłyszeć jego zgodę na głos. Odtąd lojalność mierzono deklaracją, a obowiązek deklaracji nie zna granicy, bo każde wyznanie można uznać za nie dość szczere.

Jako kanclerz w latach 1529–1532 ten sam człowiek ścigał heretyków. Liczbę spalonych za jego urzędowania historycy podają różnie: R. W. Chambers trzech, E. M. G. Routh czterech, w nowszej dyskusji pada liczba sześciu, Richard Rex z Cambridge odrzuca zaś liczby zawyżone. List z 2000 roku, w którym Kościół ogłosił Morusa patronem polityków, mówi o tym wprost: w działaniach przeciw heretykom Morus podlegał ograniczeniom kultury swojej epoki. Milczenia bronił przed sądem człowiek, który władzę nad sumieniem znał także z miejsca sędziego.

Kiedy Rich złożył przysięgę i powtórzył przed ławą przysięgłych rozmowę z Tower, Morus zwrócił się do niego wprost i powiedział, że bardziej ubolewa nad krzywoprzysięstwem Richa niż nad zagrożeniem własnego bezpieczeństwa. Przypomniał sędziom, że zna tego człowieka od młodości, z jednej parafii i z Middle Temple, gdzie obaj uczyli się prawa i gdzie Richa miano za gadułę i karciarza. Zapytał też, czy ktoś rozsądny uwierzy, że sekrety sumienia, których nie wyjawił królowi ani wysłannikom przysyłanym do celi, powierzył akurat jemu. Potem założył, że Rich mówi prawdę.

Nawet gdyby naprawdę powiedział to, co mu przypisano, dowodził, padło to w poufałej rozmowie, bez żadnego twierdzenia, jako rozważanie przypadków, i nie można słusznie uznać tego za wypowiedziane złośliwie, a „gdzie nie ma złośliwości, nie ma przestępstwa”. Nie wierzył, by tylu biskupów, panów i uczonych, którzy ustawę uchwalali, chciało karać śmiercią człowieka, w którym nie da się znaleźć złej woli. Malitia oznacza tu malevolentia, złą wolę wobec króla; gdyby ją rozumieć jako grzech w ogóle, nikt by się nie wybronił, bo kto mówi, że jest bez grzechu, sam siebie zwodzi. Słowo „złośliwie” znaczy w tej ustawie tyle co słowo „siłą” w ustawie o wtargnięciach, według której kto wejdzie spokojnie i nikogo przemocą nie wyrzuci, przestępstwa nie popełnia. Już na początku procesu Morus powiedział to samo krócej: gdyby z aktu usunąć trzy haniebne słowa, nie widziałby w nim niczego, co by go słusznie obciążało.

Rich, czując, że traci wiarygodność, zażądał zaprzysiężenia Southwella i Palmera, którzy byli w celi. Palmer zeznał, że tak był zajęty pakowaniem książek do worka, iż rozmowy nie słuchał, Southwell zaś, że miał pilnować wyłącznie przewozu książek. Słów Richa nikt nie potwierdził. Ława mimo to uznała Morusa winnym i wyrok oparto na zeznaniu jednego świadka, którego oskarżony publicznie nazwał krzywoprzysięzcą.

Dziś w Polsce za słowa nikt na szafot nie idzie i przegrany w sporze publicznym traci najwyżej urząd albo dobre imię. Sposób, w jaki korona poradziła sobie z Morusem, przetrwał jednak w mniejszej skali: kwalifikację zdrady się zachowuje, a złą wolę z niej usuwa. Oskarżeniu o działanie na rzecz obcego państwa towarzyszy w polskim sporze coraz częściej dopowiedzenie, że nie ma znaczenia, czy oskarżony czyni to świadomie, czy z głupoty. Takie dopowiedzenie odrywa słowo „zdrada” od złej woli, bez której, jak dowodził Morus, zdrady nie ma, i zostawia samą etykietę, której nie sposób odeprzeć, ponieważ nie twierdzi niczego sprawdzalnego.

Nawyk ten rozlał się po całej scenie politycznej. W marcu 2026 roku prezydent zawetował ustawę o unijnych pożyczkach na obronność, uzasadniając weto tym, że wpływ Unii na wydatki obronne zagraża suwerenności. W odpowiedzi usłyszał, że zawetował bezpieczeństwo Polski i stracił okazję, by zachować się jak patriota. Rzecz szła o granicę kompetencji, a więc o to samo, o co pytał Morus: co do kogo należy. Spór toczono jednak językiem lojalności, w którym pomyłkę co do granicy z miejsca nazywa się sprzeniewierzeniem ojczyźnie. Kto tak mówi, zwalnia się z obowiązku przekonywania i wyręcza się kwalifikacją, jak korona, która zamiast odpowiedzieć Morusowi, czy parlament może wszystko, wpisała do aktu słowo „diabelsko”.

Rzeczpospolita pokoleń

Po werdykcie, zanim sir Thomas Audley, następca Morusa na urzędzie kanclerza i przewodniczący sądu, zdążył ogłosić wyrok, Morus przypomniał, że oskarżonemu wolno jeszcze powiedzieć, dlaczego wyrok zapaść nie powinien. Dopiero wtedy, nie mając już nic do stracenia, wypowiedział wprost to, co przemilczał przez czternaście miesięcy, od odmowy w Lambeth: akt oskarżenia opiera się na ustawie sprzecznej z prawem Boga i Jego Kościoła, a żaden władca doczesny nie może żadnym prawem przywłaszczyć sobie zwierzchnictwa nad Kościołem. Dodał porównanie zrozumiałe dla każdego prawnika na sali. To królestwo, jeden członek i mała cząstka Kościoła, nie może stanowić prawa szczególnego wbrew prawu powszechnemu Kościoła, tak samo jak miasto Londyn, ubogi członek całego królestwa, nie może uchwalić prawa przeciw ustawie parlamentu.

Audley dziwił się głośno, że oskarżony sam jeden tak uparcie sprzeciwia się ustawie, na którą zgodzili się wszyscy biskupi, uniwersytety i najlepiej wykształceni ludzie królestwa. Morus przyznał, że w Anglii jest w mniejszości, i odpowiedział, że jeśli liczba biskupów i uniwersytetów ma takie znaczenie, to wśród żyjących biskupów i ludzi cnotliwych w całym chrześcijaństwie stronników ma niemało, a wśród zmarłych, „z których wielu jest dziś świętymi w niebie”, myślących jak on jest zdecydowanie więcej. „Nie jestem więc obowiązany, panie, dostosowywać mego sumienia do rady jednego królestwa wbrew soborowi powszechnemu chrześcijaństwa”.

Do rachunku, który Audley prowadził w granicach jednego kraju i tego jednego dnia, Morus dopisał tych, którzy już nie głosują, a przez całe życie myśleli tak jak on. Całość, w imię której przemawiał, miała więc wymiar czasu i żadne zgromadzenie, choćby jednomyślne, nie mogło jej zmienić własną uchwałą. Resztę mówiło porównanie z Londynem: miasto podlega parlamentowi, bo parlament reprezentuje całe królestwo, Kościoła zaś parlament nie reprezentował i nikt mu go nie powierzył.

Dla Polski taką całością, trwającą dłużej niż każda większość, jest Rzeczpospolita pokoleń ze wstępu do Konstytucji, wdzięcznego przodkom za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami i zobowiązującego do przekazania przyszłym pokoleniom wszystkiego, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku. Żaden parlament nie może jej unieważnić, bo nie jest jego własnością, a traktaty zawiera państwo, które ona zbudowała.

Rozumowanie Audleya rozpoznaje się i dziś po tym, że dowód zastępuje liczeniem: zgodzili się już wszyscy rozsądni ludzie i wszystkie poważne instytucje, więc kto się sprzeciwia, sam stawia się poza wspólnotą rozumu. Polak, który chce prowadzić rachunek Morusa uczciwie, musi wpisać do niego swoich zmarłych.

Należą do nich powstańcy styczniowi, którzy wyszli w pole przeciw imperium bez nadziei na zwycięstwo i przez półtora roku utrzymali podziemne państwo w przekonaniu, że wolności nie wolno oddać tylko dlatego, że nie da się jej obronić. Osiemdziesiąt lat później tak samo myśleli powstańcy warszawscy, wytrwali przez sześćdziesiąt trzy dni w mieście, któremu, jak wiedzieli, nikt nie pomoże, a po nich żołnierze podziemia niepodległościowego, którzy po 1944 roku broni przed nową władzą nie złożyli; ostatniego z nich zabito w 1963 roku. Strach, jaki ich oddziały i pamięć o nich budziły wśród komunistów na wsi, był jedną z przyczyn, dla których kolektywizacji nie przeprowadzono w Polsce do końca, jak w Czechosłowacji czy na Węgrzech, i polski chłop zachował ziemię. O zgodę na to, co uchwala dzisiejsza większość, nikt tych pokoleń nie pytał, choć wszystkie należą do całości, w imię której ta większość sprawuje władzę.

Czego żadna większość nie może

Audley, nie chcąc brać wyroku wyłącznie na siebie, zapytał przy wszystkich sir Johna Fitz-Jamesa, naczelnego sędziego Sądu Ławy Królewskiej, zasiadającego z nim w komisji, czy akt oskarżenia jest wystarczający. Sędzia odpowiedział zdaniem pełnym przeczeń: „jeśli ustawa parlamentu nie jest bezprawna, to akt oskarżenia nie jest w moim sumieniu niewystarczający”. Pytanie Morusa, czy parlament w ogóle mógł taką ustawę uchwalić, Fitz-James uznał za rozstrzygnięte i orzekł o reszcie, tak że jedyna kwestia, o którą w tej sprawie chodziło, została na sali bez odpowiedzi.

W Polsce scena ta wraca, ilekroć władza potrzebuje decyzji, której z prawem pogodzić się nie da, a bez której swojej woli nie przeprowadzi. Ten, kto ma decyzję podjąć, szuka kogoś, kto powie za niego, że wszystko jest zgodne z prawem, i zwykle słyszy odpowiedź na modłę Fitz-Jamesa, z zastrzeżeniem zwalniającym mówiącego od odpowiedzialności: zgodne z prawem, tak jak je rozumiemy. O asekurację pyta ten, kto zna odpowiedź i nie chce jej usłyszeć, a gdy takie pytania wchodzą do codziennej procedury rządzenia, bezprawie mówi już językiem prawa.

W XVI wieku Polska miała na tę granicę własną miarę. Statut Łaskiego, zbiór praw Królestwa Polskiego przygotowany na polecenie sejmu przez kanclerza wielkiego koronnego Jana Łaskiego i wydrukowany w 1506 roku, zawierał podręcznik prawa z rozdziałem o tym, jaka ma być ustawa: uczciwa, słuszna, możliwa, konieczna, użyteczna i jawna, sporządzona dla dobra wspólnego. Wedle tej miary ustawa, że Bóg nie jest Bogiem, nie byłaby w ogóle ustawą, bo nie byłaby możliwa. Stała za nią cała średniowieczna nauka, dla której ustawa sprzeczna z prawem naturalnym była tylko pozorem ustawy, a władza ustawodawcy sięgała spraw zmiennych i zależnych od czasu i kończyła się przed naturą człowieka. Ślad tej granicy zachowała polska Konstytucja, która w art. 18 nazywa małżeństwo związkiem kobiety i mężczyzny i w art. 38 zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia.

W XX wieku sądy konstytucyjne zaczęły to rozróżnienie zapisywać w orzeczeniach. Polski Trybunał Konstytucyjny orzekł w 2005 roku, że przekazanie kompetencji nie może uczynić organizacji międzynarodowej suwerenem ani pozwolić jej samej ustalać swoich kompetencji, a Konstytucja zachowuje pierwszeństwo także przed umowami, na mocy których kompetencje się przekazuje. O Trybunale Sprawiedliwości w Luksemburgu powiedział przy tym, że jest „uprawnionym, ale nie jedynym depozytariuszem” rozumienia traktatów. W wyroku o traktacie lizbońskim z 2010 roku polski Trybunał dodał, że art. 90 Konstytucji jest „normatywną kotwicą suwerenności”, a granicę przekazania wyznacza tożsamość konstytucyjna Rzeczypospolitej. Trybunał w Karlsruhe opisał w 2009 roku Unię jako związek państw zachowujących suwerenność, których ustrój podstawowy podlega wyłącznie im samym, tożsamość konstytucyjną zaś uznał za niezbywalną część demokratycznego samostanowienia narodu, którą organy państwa nie mogą rozporządzać.

Klauzulę wieczystą w art. 79 ust. 3 niemieckiej Ustawy Zasadniczej, zakazującą zmian, które naruszałyby jej podstawowe zasady, napisano po doświadczeniu ustawy o pełnomocnictwach z 1933 roku, którą parlament oddał władzę rządowi i w praktyce zniósł sam siebie. Rada Parlamentarna obradująca w latach 1948–1949 wpisała więc do Ustawy Zasadniczej pytanie z Tower o to, czego żadna większość uchwalić nie może. Nazwy konstytucji Rada tej ustawie odmówiła, ponieważ uchwalano ją pod nadzorem aliantów dla zachodniej części podzielonych Niemiec, bez Niemców ze strefy sowieckiej. Jej ostatni artykuł do dziś zapowiada utratę mocy w dniu wejścia w życie konstytucji przyjętej przez cały naród niemiecki w wolnej decyzji, a ponieważ po zjednoczeniu w 1990 roku nowej konstytucji nie uchwalono, ustawa pomyślana jako tymczasowa obowiązuje na stałe.

Dzisiejsza większość sejmowa zna tę granicę dobrze, bo wprost przekroczyć jej nie może: zmiana Konstytucji wymaga dwóch trzecich głosów w Sejmie i bezwzględnej większości w Senacie, a takiej przewagi koalicja rządząca nie ma. Ustrój zmienia się więc kawałkami, uchwałą i zwykłą ustawą. Zaczęło się w 2024 roku od uchwały, w której Sejm orzekł, że dwaj sędziowie Trybunału nie są sędziami; od tamtej pory wyroków Trybunału nie ogłasza się w Dzienniku Ustaw, chociaż Konstytucja nazywa je ostatecznymi i każe ogłaszać niezwłocznie. W marcu 2026 roku Sejm kolejną uchwałą stwierdził, że Trybunał przestał być sądem niezawisłym, i wybrał na wolne miejsca sześcioro sędziów. Prezydent przyjął ślubowanie od dwojga z nich. Czworo pozostałych wypowiedziało 9 kwietnia w Sali Kolumnowej Sejmu formułę ślubowania „wobec prezydenta”, którego tam nie było, a 14 października w ten sam sposób, w gabinecie marszałka Sejmu, ślubował sędzia wybrany we wrześniu. Prezydent oświadczył, że sędzią Trybunału nie jest ten, kto nie ślubował przed nim, a prezes Trybunału nie dopuścił nowo wybranych do orzekania. Ślubowanie złożone przed pustym miejscem odwraca położenie Morusa, od którego władza żądała przysięgi wbrew jego woli.

W styczniu Sejm uchwalił nowe zasady wyboru Krajowej Rady Sądownictwa, zawetowane w lutym, w maju zaś ustawę o statusie osoby najbliższej, której weto prezydent zapowiedział, widząc w niej furtkę do wprowadzenia rozwiązania alternatywnego wobec małżeństwa, sprzecznego z konstytucyjną definicją. Dwudziestego października Sejm przyjął dwie ustawy o „przerywaniu ciąży”, czyli zabijaniu nienarodzonych. Pierwsza, uchwalona stosunkiem 233 do 203 głosów, przywraca przesłankę ciężkiej wady płodu i według jej autorów ma odwrócić skutki wyroku Trybunału z 22 października 2020 roku, który tę przesłankę uznał za niezgodną z Konstytucją; druga, przyjęta większością czterech głosów, znosi karalność „przerwania ciąży” za zgodą kobiety i pomocy w nim. Zwykłą ustawą chce się więc unieważnić orzeczenie, które Konstytucja nazywa ostatecznym. Ostatnim hamulcem za każdym razem okazuje się weto, większość zaś, która Konstytucji zmienić nie może, omija ją wszędzie, gdzie brak już uznanego strażnika, i uchwala, że Trybunał nie jest Trybunałem, tak jak parlament Henryka uchwalił, że król jest głową Kościoła.

Pytanie o to, kto wyznacza granicę — którego Fitz-James nie rozstrzygnął — pozostaje w Polsce otwarte także dlatego, że podważono legitymację sądu, który miałby o niej orzekać. Gdy brak arbitra uznanego przez obie strony, spór o granicę kompetencji nie ma gdzie się zakończyć i wraca do debaty publicznej jako spór o lojalność.

Rich i Bosgrave

Kiedy w czerwcu 1535 roku Rich przyszedł do Tower po książki, był świeżo mianowanym Solicitor General. Rok później został kanclerzem Sądu Augmentacji, który przejmował i rozdzielał majątki rozwiązanych klasztorów, a w 1548 roku otrzymał baronię. Czy zeznał fałszywie z wyrachowania, czy przekonał sam siebie, że słyszał to, co usłyszeć powinien, tego nie wiemy; jego kariera wyrosła w każdym razie z gotowości do świadectwa w chwili, gdy władza świadectwa potrzebowała. Urzędnik tego rodzaju nigdy potem w państwach nie wyginął, bo państwo, które żąda deklaracji, wychowuje sobie ludzi gotowych je poświadczać.

Jeszcze zanim Rich zjawił się w celi, przydzielono Morusowi służącego, Johna Wooda, który nie umiał czytać ani pisać, i zobowiązano go pod przysięgą, że o każdym słowie więźnia przeciw królowi albo Radzie doniesie porucznikowi Tower. Władza domagająca się deklaracji nie poprzestaje przy tym na raz ustalonym jej brzmieniu. Roper opisuje, jak Audley i Cromwell dopisali do przysięgi na sukcesję, tej samej, której Morus odmówił w Lambeth, a którą ustawa ujmowała w kilku słowach, własne sformułowania, by rota milej brzmiała w uszach króla, i taką rozszerzoną kazali składać w całym królestwie. Morus mówił córce, że ludzie, którzy go uwięzili za odmowę przysięgi niezgodnej z ustawą, nie potrafią własnym prawem uzasadnić jego więzienia. Kanclerz i sekretarz dostrzegli w końcu przeoczenie i przeprowadzili drugą ustawę, zatwierdzającą przysięgę razem z dodatkami, tak że prawo dopasowano do żądania, które je wyprzedziło.

W 1580 roku, czterdzieści pięć lat po śmierci Morusa, Piotr Skarga, pierwszy rektor Akademii Wileńskiej, wyprawił do Anglii młodego jezuitę, profesora matematyki Jakuba Bosgrave’a. Bosgrave pochodził ze szlacheckiej rodziny z Dorsetu i jako piętnastolatek wyjechał z kraju. Po studiach w Rzymie i święceniach w Ołomuńcu uczył w Pułtusku i w Wilnie, gdzie dobrze opanował język polski. Od lat prosił generała zakonu o pozwolenie na powrót i dostał je, kiedy do Wilna doszła wiadomość o uwięzieniu jego brata. Z Rzymu wyruszała wtedy do Anglii pierwsza misja jezuicka Roberta Personsa i Edmunda Campiona, oksfordzkiego uczonego, który przeszedł na katolicyzm. Skarga dał Bosgrave’owi na drogę płaszcz przywieziony z Włoch.

W Elsynorze Bosgrave trafił na angielskiego agenta Johna Rogersa, który przejął jego listy i napisał donos do sir Francisa Walsinghama, sekretarza stanu królowej Elżbiety, budowniczego jej siatki wywiadowczej; donos płynął do Anglii zapewne tym samym statkiem co jezuita. Na początku września Bosgrave’a zatrzymano w Orford i postawiono przed Tajną Radą. Zapytany, czy jako wierny poddany królowej będzie chodził na nabożeństwa Kościoła anglikańskiego, odpowiedział, że nie widzi powodu, by nie chodzić. Nie wiedział, że w lipcu synod katolickich duchownych w Southwark uznał udział w tych nabożeństwach za odstępstwo. Złożył więc deklarację, jakiej władza oczekiwała, i władza go wypuściła. Chodził wolny po Londynie, kiedy inni siedzieli w więzieniach tylko za to, że do kościoła państwowego wejść nie chcieli.

Gdy brat albo przyjaciel wytłumaczył mu, co zrobił, Bosgrave odwołał deklarację w liście do Tajnej Rady i w piśmie do angielskich katolików. Natychmiast trafił do więzienia Marshalsea, potem do Tower, gdzie według Personsa rozciągano go na koniku; tak polski przekład oddawał łacińskie equuleus, łoże tortur, do którego przywiązywano więźnia za ręce i nogi, a obracane wałki ciągnęły ciało w przeciwne strony, aż stawy wyskakiwały z panewek. Dwudziestego listopada 1581 roku stanął przed sądem razem z Campionem i został skazany na śmierć. Campiona oraz dwóch księży, Ralpha Sherwina i Alexandra Brianta, stracono 1 grudnia w Tyburn, Bosgrave’a zaś odprowadzono z powrotem do Tower. Jezuicki historyk Thomas McCoog ustalił, że na tak zwane krwawe pytania, od których zależało oskarżenie o zdradę (czy papież może złożyć królową z tronu i po czyjej stronie oskarżony stanąłby, gdyby papież wysłał na Anglię wojsko), Bosgrave odpowiedział inaczej niż Campion. Uznał świecką władzę królowej i zaprzeczył, by papież mógł ją tej władzy pozbawić, składając tym razem deklarację sprzeczną ze stanowiskiem własnego zakonu, która zapewne ocaliła mu życie.

Za uwięzionymi jezuitami wstawiał się Stefan Batory; pierwszy znany jego list do Elżbiety w tej sprawie pochodzi z 29 stycznia 1583 roku. W styczniu 1585 roku Bosgrave’owi zamieniono karę śmierci na wygnanie. Skarga w wydaniu „Żywotów świętych” z 1585 roku pisał o nim jak o męczenniku i czule wspominał włoski płaszcz, w wydaniu z 1589 roku cały ten ustęp jednak usunął i zostawił suchą wzmiankę, że wysłał Bosgrave’a z Wilna na męczeństwo, a ten z czasem ocalał od śmierci dzięki listowi króla Stefana do królowej angielskiej.

Przełożeni wiedzieli o słabości Bosgrave’a i rozważali usunięcie go z zakonu, przebaczyli mu jednak, między innymi za wstawiennictwem Personsa. Po kilkunastu latach we Francji wrócił do Polski, pracował w Braniewie, Poznaniu i Kaliszu i zmarł w Kaliszu w 1623 roku w opinii świętości, chory i wyczerpany opieką nad ubogimi. Człowiek, który pod przymusem dwa razy złożył deklarację, jakiej chciała władza, przy swoim powołaniu wytrwał do końca.

W Polsce o tych wydarzeniach wiedziano wcześnie i z pierwszej ręki. Jan Dantyszek, dyplomata Zygmunta Starego, później biskup warmiński, znał Morusa osobiście od 1522 roku. Erazm pisał w lutym 1535 roku do Piotra Tomickiego, biskupa krakowskiego i podkanclerzego koronnego, o śmiertelnej odmianie spraw ludzkich i o uwięzieniu Morusa i Fishera, a po egzekucji napisał do niego znowu, już o ich śmierci. Tomicki i Dantyszek wymieniali o niej listy z uczonymi w Niemczech i Niderlandach, a w 1536 roku Jan Antonin, lekarz z Koszyc, chwalił w liście do Erazma krążącą po Europie relację o śmierci Morusa. Wiedza ta krążyła jednak wyłącznie w łacińskiej korespondencji dworu i biskupów i do zwykłego czytelnika nie docierała.

Szerszy krąg czytelników poznał tę historię czterdzieści lat później dzięki jezuitom. Piotr Skarga już w pierwszym wydaniu „Żywotów świętych” (Wilno 1579) dołączył opowieść „O męczennikach w Anglijej”, zaczynając od odstępstwa Henryka VIII i śmierci Fishera i Morusa, a w krakowskim wydaniu z 1585 roku rozbudował ją o misję Campiona. W 1582 roku w poznańskiej drukarni Wolraba wyszło „Okrucieństwo kacyrskie przeciw katolikom w Anglijej”, przekład łacińskiej relacji Personsa z opisem procesu i egzekucji Campiona. Dwa lata później wileńska drukarnia Radziwiłłów wydała dwa polskie przekłady „Dziesięciu racji” Campiona, jeden pióra Skargi, przygotowany z polecenia Stefana Batorego, drugi autorstwa Kaspra Wilkowskiego, sporządzony na prośbę królowej Anny Jagiellonki. Para królewska zamawiała więc przekłady obrony człowieka, którego angielska królowa kazała powiesić i poćwiartować.

Wieść o angielskich torturach rozeszła się po Rzeczypospolitej tak szeroko, że wróciła do Londynu. Trzydziestego pierwszego marca 1583 roku rajcy Elbląga, miasta protestanckiego i związanego z angielskim handlem, donosili Elżbiecie, że legat papieski, częsty gość na dworze polskiego króla, rozpowszechnia listy jezuitów skarżących się, że w jej królestwie okrutnie ich więziono i dla wiary poddawano wyszukanym torturom. O państwie ścigającym sumienia czytano zatem w Rzeczypospolitej, której król przysięgał zachować pokój między różniącymi się w wierze.

Ludzie, którzy w Polsce przekładali i drukowali opowieści o angielskich męczennikach, rzecznikami polskiej tolerancji nie byli. Przedmowa do „Okrucieństwa kacyrskiego”, przypisywana kanonikowi Hieronimowi Powodowskiemu, krytykuje konfederację warszawską i usprawiedliwia pierwsze objawy prześladowania protestantów w Polsce, przestrzegając przed dopuszczeniem ich do władzy. Skarga pomija w swojej opowieści prześladowania protestantów za Marii Tudor, bo, jak wyłożył w „Przedmowie o męczennikach heretyckich”, karał ich wtedy słusznie i prawnie dany od Boga urząd świecki za ich złość, zdrady, nieposłuszeństwo i bunty. Niemal tymi samymi słowami władza Henryka uzasadniała wyrok na Morusa, uznając urząd za prawowity, a skazanego za zdrajcę. Angielscy męczennicy służyli w Polsce także za przestrogę przed heretykami u władzy i ich historię trzeba czytać razem z intencją tych, którzy ją przekazali. Tolerancja Rzeczypospolitej opierała się na instytucjach i trwała tak długo, jak długo je podtrzymywano.

Król związany przysięgą

Na procesie Morus podniósł jeszcze jeden argument. Ustawa o zwierzchnictwie, mówił, sprzeciwia się prawom samej Anglii, nigdy nieuchylonym: Wielkiej Karcie, której pierwsze słowa głoszą, że Kościół angielski ma być wolny i zachować nienaruszone swoje prawa i swobody, oraz świętej przysiędze, którą król i każdy chrześcijański władca składa przy koronacji. Więzień sądzony za zdradę po odmowie przysięgi poddańczej przypomniał sędziom przysięgę złożoną przez króla. Władca żądający wierności od poddanych sam jest związany słowem danym przy objęciu władzy, a to słowo jest starsze niż każda ustawa, którą potem przeprowadzi przez parlament.

Anglia poszła inną drogą: w 1534 roku poddani musieli przysięgać na królewską sukcesję wraz z odrzuceniem władzy papieża, a parlament przyznał królowi zwierzchnictwo nad Kościołem. Na drugim krańcu łacińskiej Europy, na sejmie w Radomiu 3 maja 1505 roku król Aleksander na prośbę posłów wydał przywilej potwierdzający jego przysięgę zachowania praw, a sejm uchwalił konstytucję Nihil novi, która zakazywała stanowienia czegokolwiek nowego bez wspólnej zgody senatu i posłów. Akt królewskiej konfirmacji, zamykający drukowany w 1506 roku Statut Łaskiego, wiązał Aleksandra i jego następców. Jan Krasiński, sekretarz królewski, opisał tę różnicę w książce wydanej w Bolonii w 1574 roku: w innych królestwach moc prawa ma to, co się królom spodoba, u Polaków zaś król nie stanowi praw bez rady senatu i zgody szlachty i sam „prawom podlegać ma nakazane”. Krótsza maksyma tamtych czasów głosiła, że w Polsce prawo jest królem.

Rok przed wydaniem tej książki Rzeczpospolita wybrała w wolnej elekcji pierwszego władcę, Henryka Walezego, i zanim go koronowała, kazała mu przysiąc na warunki. Artykuły henrykowskie wpisały do ustroju zasadę związania króla przysięgą wobec poddanych, którą Morus wysuwał przed sędziami jako argument, a razem z nią jej konsekwencję w postaci artykułu de non praestanda oboedientia, zwalniającego szlachtę z posłuszeństwa królowi, który by praw i wolności nie dochował. Wśród praw, na które Henryk przysięgał, był pokój między różniącymi się w wierze, ustanowiony w tym samym roku przez konfederację warszawską. Polski Henryk musiał więc złożyć przed poddanymi przysięgę, jakiej angielski niespełna czterdzieści lat wcześniej od poddanych żądał.

Prawo oporu, pomyślane w 1573 roku jako zabezpieczenie, w następnym stuleciu posłużyło do rozkładu państwa. Rokosze Mikołaja Zebrzydowskiego w latach 1606–1609 i Jerzego Lubomirskiego w latach 1665–1666, zbrojne wystąpienia szlachty przeciw królowi w imię tego prawa, dowiodły, że wypowiedzenie posłuszeństwa bez procedury rozstrzygającej, kiedy król naprawdę złamał prawo, niszczy państwo szybciej niż tyrania. Również pokój między różniącymi się w wierze nie przetrwał w kształcie z 1573 roku. W 1658 roku sejm wygnał arian, po tumulcie toruńskim w 1724 roku ścięto burmistrza i dziewięciu mieszczan, a w 1733 roku odsunięto innowierców od praw politycznych.

Dzisiejsze roty mówią wiele o tym, komu przysięga władza. Urzędnik federalny w Stanach Zjednoczonych przysięga wspierać Konstytucję i jej bronić przed wszystkimi wrogami, zewnętrznymi i wewnętrznymi, oraz dochować jej prawdziwej wiary i wierności, o przełożonych zaś rota nie wspomina. Do 1861 roku wystarczało krótkie zobowiązanie do wspierania Konstytucji, a dzisiejszy tekst ukształtowały lata sześćdziesiąte XIX wieku, kiedy wojna rozstrzygała, komu należy się wierność. Prezydent Niemiec przysięga zachowywać Ustawę Zasadniczą i prawa związkowe oraz ich bronić. W Polsce prezydent i członkowie rządu przysięgają dochować wierności postanowieniom Konstytucji, urzędnik służby cywilnej ślubuje służyć Państwu Polskiemu i przestrzegać Konstytucji, poseł strzec między innymi suwerenności i interesów Państwa, a art. 82 czyni wierność Rzeczypospolitej obowiązkiem każdego obywatela.

W grudniu 2023 roku grupa posłów zapytała rząd, czy sprzeciwia się zmianom traktatów, które Parlament Europejski przyjął 22 listopada i które ograniczały jednomyślność w Radzie Unii. Minister do spraw Unii Europejskiej odpowiedział 30 stycznia 2024 roku w piśmie, które każdy może przeczytać na stronie Sejmu, że Polska pozostaje przeciwna rozpoczynaniu rewizji traktatów, bo w obecnym kontekście geopolitycznym osłabiłoby to jedność Unii, opóźniło jej rozszerzenie i mogło posłużyć antyunijnej narracji. Przyznał przy tym, że propozycje poszerzają kompetencje Unii kosztem państw członkowskich w polityce zagranicznej, obronności, wymiarze sprawiedliwości i podatkach. O Konstytucji i jej art. 90, a więc o granicy, którą Trybunał dwukrotnie nazwał po imieniu, w całej odpowiedzi nie ma ani słowa. Jedyny przytoczony w niej sprzeciw zgłosiła w Brukseli 6 grudnia 2023 roku jeszcze poprzednia ekipa, a na pytanie, czy nowy rząd sprzeciwił się przekazaniu wniosku dalej 18 grudnia, minister przytacza wyłącznie oświadczenie o niewłaściwej chwili. Ministrowie, którzy przysięgali wierność postanowieniom Konstytucji, bronią granicy wyznaczonej przez Konstytucję, powołując się na okoliczności, a taki sprzeciw trwa tak długo jak okoliczności. Odpowiedź Morusa na pytanie o ustawę obywała się bez okoliczności: parlamentowi taka władza nie przysługuje.

Ten sam sposób traktowania Konstytucji, który zachowuje jej literę i omija sens, rządzi finansami. Konstytucja ogranicza państwowy dług publiczny do trzech piątych dochodu narodowego, bo państwo zadłużone ponad miarę przestaje rozporządzać sobą. Według strategii Ministerstwa Finansów dług liczony tak, jak każe Konstytucja, zatrzyma się tuż pod tą granicą, dług całego sektora publicznego dojdzie jednak do trzech czwartych dochodu, ponieważ coraz większą jego część przenosi się do funduszy poza budżetem, których konstytucyjny licznik nie obejmuje. Kiedy w marcu 2026 roku prezydent zawetował ustawę o unijnych pożyczkach na zbrojenia, rząd nazajutrz samą uchwałą upoważnił ministrów do podpisania umowy pożyczki na ponad czterdzieści miliardów euro, zaciąganej przez bank państwowy na rzecz funduszu spoza budżetu. Zobowiązanie zaciągnięto, zanim znalazła się dla niego podstawa prawna, tak jak Audley i Cromwell w 1534 roku rozszerzyli rotę i dopiero potem postarali się o ustawę. Minister finansów otwarcie popiera przy tym euroobligacje, czyli dług zaciągany wspólnie przez Unię. Chwilę, w której federacja przejmuje długi swoich członków, Amerykanie nazywają momentem hamiltonowskim, bo od niej zaczęło się ich państwo federalne, a wraz z przejętymi długami przechodzi na federację władza nad budżetami członków.

Poseł, który odmówi ślubowania, traci dziś mandat. Morusa odmowa przysięgi na sukcesję pozbawiła w 1534 roku wolności i majątku, rok później zaś przypisane mu przez Richa słowa przeciw zwierzchnictwu króla zaprowadziły go na szafot. Tę różnicę wypracowało państwo prawa i trzeba jej pilnować.

Polska ma w swojej tradycji wzór umowy, którą władza zawiera z obywatelami, zanim zacznie rządzić. Rzeczpospolita spisała ją w czasach, gdy Anglia kazała urzędnikom przysięgać, że królowa jest najwyższą zarządczynią Kościoła, i dziś ustrojodawca powinien napisać Nowe Artykuły, wyliczające, czego żadna większość nie może zrobić bez zmiany samych podstaw państwa.

Wierność bez nienawiści

Przyjmując Morusa do służby, Henryk dał mu radę, którą Morus pamiętał przez całe życie i przypomniał królowi, gdy ten zaczął go naciskać w sprawie rozwodu: najpierw patrzeć na Boga, a po Bogu na króla. Morus nazwał ją najcnotliwszą lekcją, jakiej książę kiedykolwiek udzielił słudze. Zasadę, w imię której Morus zginął, wypowiedział więc sam król, który potem kazał ściąć człowieka pamiętającego tę zasadę. Relacja, która kilka tygodni po egzekucji dotarła do Paryża, oddaje ostatnie słowa Morusa na szafocie w mowie zależnej: umiera jako dobry sługa króla, lecz najpierw Boga. Czy powiedział to dokładnie tak, tego nie wiemy, skoro jednak tak go zapamiętano, lekcja otrzymana na początku służby wróciła na jej końcu do tego, kto jej udzielił.

Nienawiści w tym nie było. Gdy po wyroku sędziowie zapytali, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, Morus przypomniał im świętego Pawła, który był przy ukamienowaniu świętego Szczepana i pilnował szat kamienujących, a dziś obaj są świętymi w niebie i pozostaną tam przyjaciółmi na zawsze. Ufał więc i obiecał gorąco się o to modlić, że choć ich lordowskie mości były tu na ziemi jego sędziami, „potem w niebie wszyscy razem wesoło się spotkamy, ku naszemu wiecznemu zbawieniu”. Kto przeciwnikowi zostawia nadzieję zbawienia, ten nie odmawia mu i dobrej woli, a tej właśnie miary brakuje dzisiejszemu słowu „zdrada”.

Kto przejdzie od Westminster Hall Victoria Street aż do katedry, znajdzie w nawie kaplicę świętego Jerzego i Męczenników Angielskich, a w niej kamienną nastawę ołtarzową angielskiego rzeźbiarza Erica Gilla z Chrystusem na krzyżu między Tomaszem Morusem i Janem Fisherem. Zamówiono ją w 1938 roku i ustawiono w 1947, już po śmierci Gilla, gdy dzieło dokończył jego uczeń Laurie Cribb. Plac, z którego widać fasadę katedry, otwarto czterysta czterdzieści lat po procesie Morusa. Przez cały ten czas wierność odsunięta od głównego traktu nie opuściła miasta i doczekała dnia, w którym zburzono zasłaniające ją kamienice.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 30 października 2026