
Wacław Zbyszewski i Dwudziestolecie
W jednym z przedwojennych tekstów Wacława Zbyszewskiego (1903-1985) można znaleźć następujące oświadczenie: „Jesteśmy z tego pokolenia, które zaczęło żyć, gdy dawny porządek rzeczy, myśli, pojęć rozpadał się w gruzy. Uformowaliśmy się w chwili, gdy ciśnienie sił nieokiełznanych, niepojętych rozsadzało stary świat. Wyrośliśmy jakby wśród lawiny, jak gdyby wśród huku kruszących się skał. Patrzyliśmy przerażeni na krwawą łunę, która zawisła nad Europą, z trwogą słyszeliśmy grzmot armat, trzask karabinów, który zagłuszył wszystkie inne dźwięki przez pięć lat. Bezbronni i słabi wobec rozpętanych żywiołów, wyrośliśmy w strachu, w lęku, w niepokoju. Wyrośliśmy w niepewności jutra, a gdy się zdarzyło, że coś przetrwało do dnia następnego, nie chcieliśmy wierzyć. Zszarpaliśmy nerwy, stargaliśmy siły, wyszliśmy z kataklizmu jak starcy, bo bez beztroski młodzieńczej, ze wspomnieniem gradowej chmury, a nie różowej jutrzenki u naszej kołyski – i weszliśmy w życie zbuntowani przeciw wszystkiemu, co istniało, z poczuciem, że musimy walczyć, zwalić, czego nie wywróciła wichura, coś stworzyć, coś dać…” – pisze Maciej ZAKRZEWSKI
.Zbyszewski współdzielił doświadczenie pokolenia, które dojrzewało już w niepodległej Polsce i realizowało swój potencjał w różnych obszarach ideowego spektrum, coraz bardziej radykalizującego się na skrzydłach. Zaadoptowany przez ostatnie pokolenie stańczyków, unikał skrajności (…).
W jego przedwojennym dziennikarstwie można dostrzec nie tylko zaczątki później rozwijanych form reportażowych (relacje z podróży) czy – tak charakterystycznego dla czasów powojennych – piśmiennictwa wspomnieniowego, ale przede wszystkim ewoluujący światopogląd polityczny.
Liberał
.W dwudziestoleciu międzywojennym Zbyszewski zdecydowanie był pod wpływem konserwatywno-liberalnej krakowskiej szkoły ekonomicznej, zwłaszcza swego mentora Adama Krzyżanowskiego. Ów liberalny rys jest szczególnie widoczny w tekstach, które w latach dwudziestych drukował „Czas”. Wobec niezwykle ciężkiej sytuacji gospodarczej, w której znalazła się odrodzona Rzeczpospolita, Zbyszewski przekonywał, że trzeba stosować rozwiązania wolnorynkowe, polegające na szukaniu koniecznych środków finansowych, przede wszystkim w oszczędnościach. Sprzeciwiał się podnoszeniu podatków, gdyż uważał, iż skrajnie wypacza to mechanizmy gospodarcze. Twierdził, że katastrofalny niedobór kapitałowy należy niwelować głównie za pomocą zagranicznych pożyczek. Wskazywał, iż poprawa życia gospodarczego może w Polsce nastąpić tylko dzięki rozwojowi kapitalizmu, co w przypadku takich zapóźnień strukturalnych, jakie istniały w Polsce, może odbywać się jedynie kosztem wyrzeczeń. (…)
Wychodząc z liberalnych założeń i uwzględniając problemy polskiej gospodarki, Zbyszewski otwarcie postulował otworzenie się na kapitał zagraniczny, a nawet wspominał o przywróceniu jedności gospodarczej Europy. Promując hasło „gospodarczego Locarno”, wyrażał pomysł, by stworzyć jednolity związek celny krajów europejskich, a w dalszej kolejności Stany Zjednoczone Europy. Miało to stanowić przeciwwagę dla wzrastającej dominacji, cenionych przez niego skądinąd, Stanów Zjednoczonych.
Lata kryzysu nie spowodowały zasadniczej zmiany poglądów gospodarczych Zbyszewskiego, który konsekwentnie pozostawał sceptyczny wobec polityki inflacyjnej, propagowanej m.in. przez bliskie mu środowisko „Polityki”. Już po wojnie we wspomnieniu o Adamie Krzyżanowskim dowodził, że po fakcie łatwo być zwolennikiem polityki inflacyjnej, której – jego zdaniem – w realiach II Rzeczypospolitej praktycznie nie dało się zrealizować. W 1949 r. w tekście Zmartwienia pesymisty podkreślił, iż w przypadku odzyskania niepodległości Polska winna iść w kierunku zdrowej deetatyzacji gospodarczej. (…) Wskazał trzy punkty programu reformy: niskie podatki, maksymalny wysiłek eksportowy, inwestycje komunikacyjne. Zbyszewski nie był jednak dogmatykiem, instrumenty gospodarcze dostosowywał do okoliczności. Nie łudził się, że w Polsce można łatwo stworzyć społeczeństwo kierujące się zasadami indywidualnej odpowiedzialności. Uważał, iż Polacy są z natury egalitarystami, więc realnym celem winno być stworzenie szerokiej klasy średniej, która potem stałaby się społecznym oparciem dla rozwiązań liberalnych.
Stańczyk?
.Zbyszewski stwierdził, że w obliczu kryzysu ekonomicznego parlamentaryzm jest systemem skończonym, gdyż ze względu na oczekiwania mas wyborczych wyklucza prowadzenie racjonalnej polityki ekonomicznej. Pojawia się tutaj jeden z najważniejszych punktów programu krakowskich konserwatystów, a i samego Zbyszewskiego, tj. postulat silnej władzy. W wypowiedziach z lat trzydziestych często używał on typowo stańczykowskiego stwierdzenia, zbieżnego nadto z programem środowiska „Buntu Młodych”, iż utrzymanie jednolitej, silnej władzy w Polsce jest centralnym problemem ustrojowym. Zakres stojących przed państwem wyzwań politycznych i ekonomicznych, według Zbyszewskiego, uzasadniał przyjęcie modelu autorytarnego. Pisał: „Cóż reżim pomajowy wniósł w życie Polski? Dał rządy autorytatywne: uważamy, że na inne rządy Polski nie stać. Dał politykę zagraniczną niezależną od nastrojów tłumów i falowań opinii. Tylko taką politykę może i powinna Polska prowadzić. Dał rządy wreszcie o pewnym zabarwieniu centrowym, przeciw którym była opozycja i na prawicy, [i] na lewicy”. Mimo umiarkowanie krytycznego podejścia do praktyki rządów sanacyjnych, typowego dla konserwatywnych środowisk skupionych wokół „Słowa” i „Polityki”, Zbyszewski nigdy nie przyjął postawy opozycyjnej, ale konsekwentnie pozostał krytykiem lewicy piłsudczykowskiej. Uważał wtedy, że reżim sanacyjny daje realną szansę – bez gwarancji, iż zostanie ona wykorzystana – na polityczną stabilność, pozwalającą prowadzić racjonalną politykę. Nie oznaczało to braku krytycyzmu ani apologetyzowania, ale wynikało z dostrzeżenia funkcji sanacji w życiu politycznym, której – zdaniem Zbyszewskiego i innych publicystów „Buntu” – nie byłaby w stanie wypełnić opozycja ani prawicowa, ani tym bardziej centrowa czy lewicowa. Jednak krytyka będąca skutkiem rozczarowania sanacją nasilała się. Zbyszewskiego w tym czasie nie raził brak demokracji, ale narastająca polityczna inercja, kryjąca się za układem koteryjno-biurokratycznym. To nieskutecznie maskowana polityczna impotencja była głównym przedmiotem krytyki Zbyszewskiego i całego środowiska „Buntu”. W Notatkach politycznych pisał: „Wszystko to nastraja bardzo pesymistycznie. Robi się coraz smutniej i coraz szarzej. Jakoś nie umiemy zdawać egzaminu z talentu do rządzenia. Nie lubimy Ozonu. Ależ gdyby przynajmniej potrafił on wyzyskać swój sukces wyborczy dla zaznaczenia swego oblicza! Nie. Nadal rządzi biurokracja ministerialna i nadal względy na »wygodę« wyrastają na drogowskazy naszej racji stanu”. Również konstytucja, dość przychylnie oceniana przez polskich konserwatystów, stawała się zwykłą fasadą. Zbyszewski coraz częściej wskazywał, że problemem jest narodowa skłonność do liberum veto, co sprzyja akceptacji dla form autorytarnych. Podkreślał: „Słowa Marszałka o złych obyczajach jeszcze długo zapewne nie stracą w Polsce na aktualności. I zawsze powinny skłaniać wszystkich – i tych pod wozem, i tych przede wszystkim na wozie – nie do pogróżek, przechwałek i nadymania się, ale do rachunku sumienia”.
Przeprowadzone w 1940 r. na łamach „Wiadomości Polskich”, w tekście Bankructwo szkoły krakowskiej rozliczenie ze stańczykami należy odczytywać w kontekście przedwojennych poglądów Zbyszewskiego. Nauki tego środowiska sprowadził niemal wyłącznie do postulatu silnego rządu, de facto zweryfikował własne młodzieńcze fetysze. Podnosił, co nie było obce i stańczykom, że życie polityczne zależy nie tyle od formy, ile od wymagającego korekty, niedojrzałego politycznie charakteru narodowego. Ich dorobek zawęził do osiągnięć swoich bezpośrednich nauczycieli, zapominając o wnioskach płynących z krytyki narodowych nawyków zawartych w Tekach Stańczyka.
Obwieszczenie przez Zbyszewskiego, określającego się w tym tekście mianem epigona stańczyków, bankructwa ustrojowego i historiozoficznego było jednak przedwczesne. Szczególnie, że chcąc nie chcąc Zbyszewski, choć w późniejszej twórczości zrezygnował z wielu schematów (często na własne życzenie uproszczonych), zachował wykształcony przed wojną styl, w istocie epigonalno-stańczykowski. Chyba najlepiej ilustruje to tekst Zmartwienia pesymisty, w którym dowodził, iż mimo odzyskania niepodległości Polacy nie utrwalą swego państwa, jeśli nie wykonają właściwej pracy narodowej. W przeciwnym razie pozostaną, jak to określił, narodem przedpolitycznym. W tekstach emigracyjnych skupiał się z kolei na pragmatycznej krytyce, wytykał Polakom myślenie życzeniowe i to, że uprawiają bezpłodną politykę gestów. Nawet jeśli wiele wątków przewartościowywał i wnosił nowe, zawsze czynił to z wykorzystaniem schematu wypracowanego na gruncie szkoły krakowskiej (i historycznej, i ekonomicznej).
Należy też poruszyć kwestię jego powojennych wypowiedzi na temat Marszałka. W tym okresie Zbyszewski krytykował zarówno sanację, jak i Piłsudskiego. We wspomnieniu o Strońskim zgodnie z prawdą przyznał, że piłsudczykiem nigdy nie był, i dodał, iż z czasem uznał Piłsudskiego za szkodnika i destruktora życia politycznego. W porównaniu z prywatnymi wypowiedziami publicysty, szczególnie w korespondencji z Stanisławem Mackiewiczem i Jerzym Giedroyciem, słowa te należy uznać za umiarkowane, wręcz eleganckie. (…)
W latach trzydziestych doceniał polityczną rolę i format Piłsudskiego, szczególnie w porównaniu z jego następcami. Wskazywał, że jego testament polityczny został zawarty w Konstytucji kwietniowej, pozwalającej przejść od formy władzy osobistej ku silnym instytucjom. Woli tej jednak nie wypełniono. W pewnym uproszczeniu można stwierdzić, iż Zbyszewski uważał następców Piłsudskiego nie za uczniów, lecz wychowanków, którzy nie przyswoili jego nauk, a jedynie przejęli autorytarny styl, z którym sobie nie radzili. W tym kontekście niezwykle wymowny jest tekst o bankructwie szkoły krakowskiej, w którym Zbyszewski przeniósł akcent z formy ustrojowej na charakter narodowy. O ile przed wojną dostrzegał w Piłsudskim ustrojowego reformatora, którego polityczny woluntaryzm można uzasadnić dziełem zmian (ten argument trafiał do wielu konserwatystów), o tyle po 1940 r. ta perspektywa się zmieniła.
W liście do Giedroycia z kwietnia 1940 r. chwalił Mackiewicza, iż odcina się od Piłsudskiego i Rydza-Śmigłego, „których uratować się nie da”. Z biegiem lat oceniał obu polityków coraz bardziej negatywnie – co ciekawe, było to bardziej widoczne w prywatnej korespondencji niż w wypowiedziach publicznych. W krytyce „Piłsudrania” (tak określał Marszałka w listach do Giedroycia) wiele było emocji i żalu.

.Pisał m.in.: „Ja taką samą [jak Hłasko w stosunku do komunistów] odczuwam nienawiść do Piłsudskiego i sanacji, którzy nie dali nam żadnej szansy kariery, życia, użycia, kazali nam żyć w policyjno-oficerskim smrodzie cenzury, głupoty, zacofania i zakłamania, a w końcu zrobili z nas emigrantów i najemników, wiecznie zatrwożonych, czy jutro będą mieli obiad”. Po wojnie Zbyszewski przedstawiał Piłsudskiego jako wychowawcę swoich następców, którzy z posiadanej władzy nie potrafili uczynić żadnego, poza prywatnym, użytku. Zniknęło dawne rozróżnienie na Piłsudskiego i jego kontynuatorów.







