Mark SULLIVAN: Pod szkarłatnym niebem

TSF Jazz Radio

Pod szkarłatnym niebem

Mark SULLIVAN

Autor osiemnastu powieści, w tym bestsellerowej serii "New York Times" napisanej wraz z Jamesem Pattersonem. Dorastał w Medfield w stanie Massachusetts, ukończył Hamilton College, a następnie pracował jako wolontariusz w Korpusie Pokoju w Nigrze. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych zdobył wykształcenie wyższe w Szkole Dziennikarstwa na Uniwersytecie Northwestern i rozpoczął karierę w dziennikarstwie śledczym.

Ośmiu tysiącom włoskich Żydów, których nie udało się ocalić. Milionom zniewolonym przez nazistowską machinę wojenną i niezliczonym tym, którzy nie powrócili do swych domów. A także Robertowi Dehlendorfowi, który pierwszy usłyszał tę opowieść i uratował mnie – pisze Mark SULLIVAN. Fragment “Pod szkarłatnym niebem” (Wyd.Edipresse Książki).

Na początku lutego 2006 roku miałem czterdzieści siedem lat i przechodziłem najgorszy okres w życiu. Mój młodszy brat, a zarazem najlepszy przyjaciel, zapił się na śmierć poprzedniego lata. Napisałem powieść, która nikomu się nie podobała, byłem uwikłany w spór dotyczący interesów i stałem na skraju bankructwa. Pewnego dnia, podczas samotnej jazdy o zmierzchu przez Montanę, zacząłem rozmyślać o swoich polisach ubezpieczeniowych. Dotarło do mnie, że o wiele więcej byłem wart dla rodziny martwy niż żywy.

Rozważałem, czy nie wjechać samochodem w podporę autostrady. Padał śnieg, widoczność była słaba. Nikt nie podejrzewałby samobójstwa. Nagle wyobraźnia ukazała mi w śnieżnej zamieci moją żonę i synów. Zmieniłem zdanie. Gdy zjechałem z autostrady, wstrząsały mną spazmy. Zrozpaczony i bezradny pochyliłem głowę i zacząłem błagać Boga i Wszechświat o pomoc. Modliłem się o jakąś historię, opowieść ważniejszą od moich losów, projekt, w którym mógłbym się zatracić. Wierzcie lub nie, ale jeszcze tego samego wieczoru, na przyjęciu w Bozeman w stanie Montana – któż by się spodziewał, że zdarzy się to właśnie tam – usłyszałem fragmenty niezwykłej, nieopowiedzianej dotąd historii z czasów II wojny światowej. Bohaterem tej opowieści był siedemnastoletni Włoch.

W pierwszej chwili pomyślałem, że historia życia Pina Lelli, tocząca się w ostatnich dwudziestu trzech miesiącach wojny, nie może być prawdziwa. Z pewnością usłyszelibyśmy o niej wcześniej.

I wtedy się dowiedziałem, że Pino nadal żyje. Wrócił do Włoch po prawie trzydziestu latach spędzonych w Beverly Hills i Mammoth Lakes w Kalifornii. Zadzwoniłem do niego. Z początku pan Lella nie był skory do rozmowy ze mną. Powiedział, że nie jest żadnym bohaterem, raczej tchórzem, czym jeszcze bardziej mnie zaintrygował. Po kilku kolejnych rozmowach telefonicznych zgodził się ze mną spotkać, jeśli tylko przyjadę do Włoch. Poleciałem do Włoch i spędziłem trzy tygodnie z Pinem w starej willi w miasteczku Lesa nad jeziorem Maggiore, na północ od Mediolanu.

Pino miał wówczas siedemdziesiąt dziewięć lat, ale był postawnym mężczyzną, silnym, przystojnym, czarującym i zabawnym. Godzinami słuchałem, jak przywoływał dawne dzieje. Niektóre wspomnienia Pina były tak obrazowe, że miałem wrażenie, iż oglądam film. Inne wymagały doświetlenia wielokrotnie powtarzanymi pytaniami. Niektórych wydarzeń i postaci gospodarz unikał, opowiadając o nich zdawkowo; o innych wcale nie chciał mówić. Gdy naciskałem na starszego pana, aby jednak podzielił się ze mną wspomnieniami tych bolesnych chwil, wypowiadane przez niego słowa obu nas doprowadzały do płaczu.

Podczas tamtej pierwszej podróży rozmawiałem też w Mediolanie z historykami zajmującymi się tematem zagłady Żydów i przeprowadziłem wywiady z księżmi katolickimi oraz członkami partyzanckiego ruchu oporu. Odwiedziłem z Pinem wszystkie najważniejsze miejsca. Jeździłem na nartach i chodziłem po górach, aby lepiej poznać drogi ucieczki przez Alpy. Podtrzymywałem starszego pana, gdy omdlał z rozpaczy na Piazzale Loreto, i patrzyłem, jak przeszywają go fale bólu po przeżytej stracie na ulicach pod Castello Sforzesco. Pokazał mi, gdzie po raz ostatni widział Benita Mussoliniego. Patrzyłem na jego drżącą rękę, gdy w wielkiej mediolańskiej katedrze, zwanej Duomo, zapalał świeczkę za pomordowanych i umęczonych.

Przez ten cały czas słuchałem wspomnień dotyczących dwóch lat niezwykłego życia: siedemnastoletni Pino musiał dorosnąć, a osiemnastoletni był już starcem. Opowiadał mi o swoich wzlotach i upadkach, próbach i triumfach, miłości i złamanym sercu. Moje własne problemy wydały mi się wtedy niewiele znaczące w porównaniu z tym, co przeżył Pino. Jego spostrzeżenia dotyczące tragedii życiowych pozwoliły mi spojrzeć na wiele spraw inaczej. Mój stan psychiczny zaczął się poprawiać, a Pino i ja zaprzyjaźniliśmy się. Gdy wróciłem do domu, czułem się lepiej niż przez wiele ostatnich lat swojego życia. Tamta podróż prowadziła do kolejnych czterech w ciągu następnej dekady, co pozwoliło mi na zgłębienie historii Pina pomiędzy pisaniem innych książek. Konsultowałem ją z pracownikami Jad Waszem w Izraelu, największego ośrodka pamięci i edukacji o Holocauście, oraz z historykami we Włoszech, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Spędziłem wiele tygodni w archiwach wojskowych tych trzech krajów oraz Wielkiej Brytanii. Przeprowadziłem wywiady z żyjącymi naocznymi świadkami – przynajmniej tymi, których udało mi się odnaleźć – aby potwierdzić różne wydarzenia z relacji Pina, a także z potomkami i przyjaciółmi tych dawno zmarłych, między innymi z Ingrid Bruck, córką tajemniczego nazistowskiego generała, który komplikuje sedno tej opowieści. Gdy tylko było to możliwe, trzymałem się faktów z owych archiwów, wywiadów i relacji świadków.

Prędko jednak zrozumiałem, że w związku z powszechnym paleniem nazistowskich dokumentów pod koniec II wojny światowej, papierowy trop otaczający przeszłość Pina jest mocno niekompletny. Pracę utrudniała mi także swoista zbiorowa amnezja, jaka dotknęła Włochy i Włochów po wojnie.

Napisano stosy książek o lądowaniu w Normandii, kampaniach aliantów na terenie Europy Zachodniej i wysiłkach dzielnych ludzi, którzy ryzykowali życie, aby ratować Żydów w innych krajach europejskich. Ale okupacji Włoch przez nazistów, jak również katolickiej kolei podziemnej, utworzonej w celu ratowania włoskich Żydów, poświęcono znikomą uwagę.

Około 60 000 alianckich żołnierzy zginęło w walkach o wyzwolenie Włoch. Około 140 000 Włochów zginęło podczas nazistowskiej okupacji. A jednak tak niewiele napisano o bitwie o Włochy, że historycy zwykli nazywać ją „zapomnianym frontem”. Za znaczną część amnezji odpowiadali sami ocalali Włosi. Jak powiedział mi pewien partyzant: „Byliśmy wciąż młodzi, chcieliśmy zapomnieć. Chcieliśmy zostawić za sobą te straszne doświadczenia  We Włoszech nie mówi się o II wojnie światowej, więc nikt o niej nie pamięta”.

W związku z paleniem dokumentów, zbiorową amnezją oraz śmiercią tak wielu bohaterów tej historii, jeszcze zanim ją poznałem, miejscami byłem zmuszony konstruować sceny i dialogi wyłącznie w oparciu o to, co pozostało w pamięci Pina wiele dziesięcioleci później. Posiłkowałem się nikłymi ocalałymi dowodami i wyobraźnią, zasilaną kwerendą i domysłami snutymi na podstawie strzępków informacji. W pewnych wypadkach łączyłem lub skupiałem wydarzenia i postaci, by zachować spójność narracji, i adaptowałem na potrzeby tekstu fakty przedstawione mi w o wiele bardziej okrojonej formie. Dlatego też, w rezultacie tych zabiegów, historia, którą przeczytacie, nie jest dziełem narracyjnej literatury faktu, lecz powieścią biograficzną i historyczną, która opowiada o tym, co przydarzyło się Pinowi Lelli między czerwcem 1943 a majem 1945 roku.

Niechaj nikt nie śpi
„Miłość wszystko zwycięża” – Wergiliusz
9 czerwca 1943 Mediolan, Włochy

.Podobnie jak liczni faraonowie, cesarze i tyrani przed nim, Duce był świadkiem rozkwitu i nieuchronnego upadku swego imperium. Zaiste, tamtego popołudnia późną wiosną władza wymykała się z rąk Benita Mussoliniego, tak jak radość ucieka z serca młodej wdowy.

Sponiewierane wojska faszystowskiego dyktatora wycofały się z Afryki Północnej. Siły alianckie czekały w gotowości u wybrzeży Sycylii. A Adolf Hitler codziennie wysyłał kolejne oddziały i posiłki na południe, aby umocnić włoski but. Pino Lella wiedział o tym wszystkim z raportów BBC, których co noc słuchał przez swój odbiornik krótkofalowy. Na własne oczy widział, że nazistów przybywało, gdziekolwiek się ruszył. Ale spacerując średniowiecznymi uliczkami Mediolanu, Pino beztrosko ignorował siły konfliktu zacieśniające się wokół niego. Druga wojna światowa była dla niego jedynie komunikatem radiowym, znikającym po wysłuchaniu – natychmiast wypierały go trzy ulubione tematy Pina: dziewczęta, muzyka i jedzenie. W końcu miał tylko siedemnaście lat.

Wysoki i tyczkowaty – metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, siedemdziesiąt pięć kilogramów – o dużych dłoniach i stopach, niesfornej czuprynie i widocznym trądziku, był przy tym tak nieporadny, że żadna z dziewcząt, które zapraszał do kina, nie zgodziła się mu towarzyszyć. A jednak, jak to miał w naturze, Pino nie zrażał się niepowodzeniami. Pewnym krokiem wszedł z przyjaciółmi na plac przed Duomo, wielką gotycką Katedrą Narodzin Świętej Marii, stojącą w samym sercu Mediolanu.

– Dzisiaj poznam piękną dziewczynę – oświadczył Pino, wymachując palcem w stronę szkarłatnego, groźnego nieba. – Połączy nas szalona, tragiczna miłość i przeżyjemy wspaniałe przygody, a każdy dzień będzie wypełniony muzyką, jedzeniem, winem i romansem. – Marzyciel – skwitował to Carletto Beltramini, najlepszy przyjaciel Pina. – Wcale nie – prychnął Pino. – Jasne, że tak – potwierdził Mimmo, brat Pina, młodszy od niego o dwa lata. – Zakochujesz się w każdej ładnej dziewczynie, którą zobaczysz. – Ale żadna nie odwzajemnia jego miłości – zauważył Carletto. Drobny i pyzaty, był o wiele niższy od Pina. – To prawda – przytaknął Mimmo, najniższy z całej trójki. – Nie macie w sobie za grosz romantyzmu – zbył ich obu Pino. – Co oni tam robią? – spytał Carletto, wskazując na grupy mężczyzn wokół Duomo. Niektórzy umieszczali wycięte z drewna formy w otworach, gdzie zwykle znajdowały się okna witrażowe. Inni przenosili worki z piaskiem z ciężarówek na mur rosnący wokół podstawy budowli.

Jeszcze inni montowali reflektory pod czujnym okiem grupki księży stojących w pobliżu podwójnych głównych drzwi katedry. – Pójdę sprawdzić – zaproponował Pino. – Ja będę pierwszy – oznajmił jego młodszy brat i pobiegł w stronę robotników. – Mimmo we wszystkim widzi zawody – zauważył Carletto. – Musi się nauczyć panować nad sobą. – Jeśli wiesz, jak miałby to zrobić, powiedz to mojej matce – Pino rzucił przez ramię ze śmiechem.

Ominąwszy robotników, Pino podszedł od razu do księży i delikatnie dotknął ramienia jednego z nich. – Przepraszam, ojcze. Około dwudziestopięcioletni kleryk dorównywał wzrostem Pinowi, ale był od niego bardziej masywny. Odwrócił się, zmierzył nastolatka wzrokiem – nowe buty, szare lniane spodnie, świeżo wyprasowana biała koszula i zielony fular, który matka podarowała mu na urodziny – a potem spojrzał mu prosto w oczy, jakby potrafił zajrzeć w głąb jego umysłu i poznać grzeszne nastoletnie myśli. – Jestem w seminarium – oświadczył. – Nie mam święceń. Ani koloratki. – Och… Przepraszam. – Pino się speszył. – Chcieliśmy tylko zapytać, dlaczego montujecie lampy. Zanim tamten zdążył mu odpowiedzieć, przy prawym łokciu seminarzysty pojawiła się sękata dłoń. Gdy młody mężczyzna się odsunął, Pino ujrzał niskiego, szczupłego księdza po pięćdziesiątce, w białej szacie i czerwonej piusce. Pino od razu go rozpoznał. Poczuł się nieswojo i padł na kolano przez kardynałem Mediolanu.

– Księże kardynale – powiedział Pino z pochyloną głową. – Powinieneś powiedzieć: Wasza Eminencjo – skarcił go surowo seminarzysta. Pino podniósł wzrok, zmieszany. – Moja angielska niania uczyła mnie, abym zwracał się do kardynała „księże kardynale”, jeśli kiedykolwiek jakiegoś spotkam. Twarz srogiego młodego kleryka zastygła w grymasie, ale kardynał Ildefonso Schuster roześmiał się dobrotliwie. – On chyba ma rację, Barbareschi – powiedział. – W Anglii tytułowano by mnie „księże kardynale”.

Kardynał Schuster był w Mediolanie zarówno sławny, jak i potężny. Jako katolicki przywódca północnych Włoch i człowiek cieszący się posłuchem papieża Piusa XII, kardynał często pojawiał się w gazetach. Pino uważał wyraz twarzy Schustera za jego najbardziej charakterystyczny element; uśmiech emanował życzliwością, lecz w oczach czaiła się groźba potępienia. – Jesteśmy w Mediolanie, Wasza Eminencjo, a nie w Londynie – sprostował wyraźnie urażony seminarzysta. – To nie ma znaczenia – odparł Schuster. Położył dłoń na ramieniu Pina i polecił mu wstać. – Jak ci na imię, młodzieńcze? – Pino Lella. – Pino? – Moja matka nazywała mnie Giuseppino – wyjaśnił Pino i podźwignął się. – Zostało „Pino” . Kardynał Schuster spojrzał na „Józinka” i roześmiał się. – Pino Lella. Takiego imienia się nie zapomina. Pino nie rozumiał, dlaczego ktoś taki jak kardynał miałby powiedzieć coś takiego, i poczuł się zakłopotany. Zapadła cisza.

– Spotkałem księdza już wcześniej, księże kardynale – wypalił nagle Pino. Jego słowa zaskoczyły Schustera. – Gdzie to było? – W Casa Alpina, na koloniach u ojca Re nad Madesimo. Wiele lat temu. Kardynał Schuster uśmiechnął się.

– Pamiętam tę wizytę. Powiedziałem wtedy ojcu Re, że jest jedynym księdzem we Włoszech z katedrą wspanialszą niż Duomo i Katedra Świętego Piotra. Młody Barbareschi będzie pracował u ojca Re w przyszłym tygodniu. – Polubi go ksiądz. Casa Alpina też się księdzu spodoba – powiedział Pino. – Bardzo dobra okolica na wspinaczki. Tym razem Barbareschi szczerze się uśmiechnął. Pino ukłonił się niepewnie i zaczął się wycofywać, co jeszcze bardziej rozbawiło kardynała Schustera.

– Myślałem, że ciekawiły cię lampy? Pino przystanął. – Tak? – To mój pomysł – wyjaśnił Schuster. – Dzisiejszej nocy zaczyna się zaciemnienie. Od tej pory tylko Duomo będzie oświetlona. Modlę się, aby jej piękno zrobiło takie wrażenie na pilotach bombowców, że postanowią ją oszczędzić. Budowa tego wspaniałego kościoła zajęła prawie pięćset lat. Tragedią byłoby, gdyby zniknął w jedną noc. Pino spojrzał na kunsztowną fasadę potężnej katedry. Zbudowana z bladoróżowego marmuru z Candoglii, z niezliczonymi iglicami, balkonami i pinaklami, Duomo wydawała się równie mroźna, wspaniała i nierzeczywista, co Alpy zimą.

Uwielbiał jazdę na nartach i wspinaczkę górską niemal tak bardzo, jak muzykę i dziewczęta, a widok tego kościoła zawsze w myślach przenosił go w góry.Kardynał najwyraźniej uważał, że katedra i Mediolan były zagrożone. Po raz pierwszy możliwość nalotu wydała się Pinowi realna. – A więc zbombardują nas? – spytał. – Modlę się, aby do tego nie doszło – odparł kardynał Schuster – ale przezorny człowiek zawsze przygotowuje się na najgorsze. Do widzenia, Pino! I niech twoja wiara w Boga ochroni cię w nadchodzących dniach.

Mark Sullivan
Fragment książki “Pod szkarłatnym niebem”, wyd. Edipresse Książki. POLECAMY: [LINK].

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam