Michał KURTYKA: Energetyczne NATO 2.0

Energetyczne NATO 2.0

Photo of Michał KURTYKA

Michał KURTYKA

Były polski minister energii, klimatu i środowiska, prezydent COP24, wykładowca i ekspert geopolityki energii Akademii Leona Koźmińskiego oraz Distinguished Fellow Atlantic Council.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Rok 2025 zamknął epokę energetycznych złudzeń. Energia przestała być neutralnym zasobem – stała się narzędziem presji, elementem przewagi strategicznej i jednym z głównych czynników nowego podziału świata. Koncepcja Energetycznego NATO stworzona w Polsce przed 20 lat nie brzmi już jak publicystyczna prowokacja, lecz jak realistyczna odpowiedź na zmieniający się porządek globalny. Czas wrócić do tego pomysłu.

Energetyczne NATO: dlaczego rok 2025 zmienił reguły gry

Rok 2025 nie przyniósł jednego spektakularnego przełomu. Jego znaczenie polegało na czymś innym: na kumulacji procesów, które przez lata narastały, a w minionych dwunastu miesiącach zaczęły się wzajemnie wzmacniać. Energia stała się językiem geopolityki.

Po 2025 roku świat jest wyraźniej podzielony na bloki energetyczne. Każdy z nich obstawia inny globalny scenariusz, buduje własne łańcuchy dostaw, własne technologie. Mamy Amerykę, która urosła do rangi energetycznego giganta w obszarze ropy i gazu, które napędzały spektakularny progres ludzkości w XX wieku, i bez którego w dalszym ciągu nie potrafimy funkcjonować.  Mamy również Chiny, które urosły do pierwszego na świecie „ElektroImperium”, stawiające na energię elektryczną jako medium XXI wieku, w którym to elektron jest królem a nie cząsteczka węglowodorowa. Każdy z bloków buduje własną strefę wpływów, każdy ma nadzieję, że jego energetyczny fundament będzie wystarczająco solidny, żeby zredefiniować światowy porządek „pod siebie”. I to właśnie w tej rzeczywistości warto ponownie spojrzeć na ideę Energetycznego NATO – koncepcję zaproponowaną ponad dwie dekady temu, w Polsce a dziś wizjonersko aktualną.

Ameryki: energia jako instrument siły politycznej

Półkula Zachodnia wyszła z 2025 roku jako energetyczny beneficjent globalnych zawirowań. Stany Zjednoczone, wraz z Kanadą, Brazylią, Gujaną i Argentyną, osiągnęły poziom samowystarczalności i nadwyżek, który jeszcze dekadę temu wydawał się polityczną fantazją. Cała Półkula Zachodnia to już prawie 40% światowej produkcji ropy! W efekcie eksport ropy i gazu przestał być wyłącznie decyzją rynkową – stał się narzędziem polityki bezpieczeństwa i polityki zagranicznej jednocześnie. 

Waszyngton zyskał swobodę manewru wobec Rosji, Iranu i państw OPEC+, jakiej nie miał od dziesięcioleci. Świetne relacje prezydenta Trumpa i jego otoczenia z arabskimi państwami Zatoki dokładają mu zdolność do wpływania na globalna podaż energii w sposób, który jest dla niego najwygodniejszy. W efekcie, spadki cen ropy uderzają bezpośrednio w budżet Kremla, podczas gdy dla USA oznaczają impuls gospodarczy i argument polityczny na czas nadchodzących wyborów mid-term w listopadzie. 

Na ten obraz nałożyła się na początku 2026 roku destytucja Maduro w Wenezueli. Skala największych na świecie wenezuelskich rezerw ropy sprawia, że ograniczenie rosyjskich i chińskich wpływów połączone z perspektywą stabilizacji politycznej – jeśli wszystko pójdzie po myśli Prezydenta Trumpa – doprowadzi do boomu inwestycyjnego, który jeszcze wzmocni energetyczną niezależności Półkuli Zachodniej. 

Nawet bez formalnej interwencji czy spektakularnych decyzji, rok 2025 pokazał, że USA dysponują dziś zdolnością kształtowania podaży ropy nie tylko poprzez własne wydobycie, ale także poprzez wpływ na to, kto i na jakich warunkach wraca do globalnej gry. Do tego obrazu dochodzi jeszcze skroplony gaz, w którym Stany Zjednoczone są niekwestionowaną potęgą a ruchy nowej administracji w duchu „drill, baby, drill” dalej eskalują potencjał produkcyjny i eksportowy. W efekcie eksport LNG z Ameryki Północnej stał się jednym z filarów bezpieczeństwa energetycznego Europy, a jednocześnie elementem presji wobec państw próbujących balansować między Zachodem a Moskwą.

Chiny: imperium elektryczności

Jeśli Ameryka umocniła swoją pozycję w świecie węglowodorów, to Chiny w 2025 roku potwierdziły, że budują coś znacznie trwalszego – ElektroImperium. Skala inwestycji w energetykę jądrową, OZE, sieci przesyłowe, magazyny energii i komponenty infrastruktury krytycznej daje Pekinowi przewagę systemową, której Zachód nie potrafił przez lata zbudować. W 2025 roku Chiny potwierdziły swoją przewagę jako największy eksporter samochodów, paneli, turbin wiatrowych, baterii. To przemysłowe płuca świata, które produkują 1/3 światowych towarów i robią obecnie wszystko, żeby zbudować swoją niezależność od zewnętrznych komponentów krytycznych, jednocześnie budując własne lewary nacisku na świat. To właśnie metale ziem rzadkich, których światową podaż kontrolują Chiny w ponad 90%, spowodowały konieczność wycofania się Ameryki z szantażu taryfowego. Chiński handlowy remis w starciu z Ameryką to w istocie gigantyczne zwycięstwo Pekinu, i dowód na skuteczność jego polityki. 

Chiny nie traktują transformacji energetycznej jako projektu klimatycznego. To projekt geopolityczny. Chińska przewaga w atomie jest szczególnie groźna z punktu widzenia Zachodu. Pekin potrafi budować reaktory szybciej i taniej, a zatem może eksportować je wraz z długoterminowymi kontraktami paliwowymi, serwisem i – co najważniejsze – wpływami politycznymi. Ale nie mówimy tylko o technologiach produkcyjnych energii elektrycznej. Rzecz dotyczy całej infrastruktury energetycznej – od centrów danych po falowniki sterujące miliardami paneli fotowoltaicznych na świecie; od komponentów sieci energetycznych po nafaszerowane elektroniką samochody elektryczne. Kraje, które decydują się na chińskie technologie elektryczne, wiążą swoją infrastrukturę krytyczną z jednym dostawcą na całe dekady – to zupełnie inny poziom zależności niż zakup sprzętu 5G. 

Czarne łabędzie 2025 roku?

Miniony rok przyniósł także zjawiska, które jeszcze niedawno uchodziły za ciekawostki technologiczne. W 2026 rok pokaże czy to właśnie one zaczną realnie wpływać na układ sił.

Pierwszym są baterie sodowo-jonowe. Ich potencjalna komercjalizacja podważa geopolityczne znaczenie litu, kobaltu i niklu, ograniczając ryzyko surowcowych karteli i otwierając nowe szanse reindustrializacji dla Europy i USA. 

Innym „czarnym łabędziem” jest gwałtowny wzrost zapotrzebowania na energię ze strony sztucznej inteligencji. Centra danych, które jeszcze niedawno były marginesem systemu, stają się jego strategicznym odbiorcą. 

Największe koncerny technologiczne w USA zaczynają myśleć o energii nie jak o koszcie operacyjnym, lecz jak o elemencie bezpieczeństwa korporacyjnego i przewagi konkurencyjnej. To prowadzi do nowego zjawiska: prywatne firmy technologiczne stają się jednym z głównych motorów renesansu energetyki jądrowej na Zachodzie – negocjują wyposażenie centrów danych w własne źródła wytwórcze, interesują się SMR‑ami i projektami zaawansowanych reaktorów. 

Stany przyciągają potężne inwestycje Big Tech, miejsca pracy i infrastrukturę cyfrową. Pozostałe kraje ryzykują peryferyzację w świecie, w którym dostęp do stabilnej, taniej energii elektrycznej staje się warunkiem rozwoju gospodarki opartej na AI i nowego wyścigu zbrojeń, w którym kluczowe są roboty, satelity, centra danych i zdolność szybkiej reakcji. 

Europa: kontynent w rozkroku

Europa weszła w 2025 rok osłabiona skutkami zerwania z rosyjskimi węglowodorami i wewnętrznie podzielona. Zielony Ład coraz częściej funkcjonuje nie jako spójna strategia, lecz jako pole negocjacji, wyjątków i korekt. Europa importuje chińskie technologie i amerykański gaz, tracąc konkurencyjność własnego przemysłu.

Narasta sprzeciw społeczny wobec rosnących kosztów energii, transportu i ogrzewania, a energetyczna mapa kontynentu coraz bardziej przypomina mozaikę. Jedno pozostaje wspólne: bez taniej i stabilnej energii Europa przegra globalny wyścig o przemysł, technologie i kapitał.

Polska i Energetyczne NATO

Energetyczne NATO nie było publicystyczną metaforą ani hasłem na potrzeby bieżącej debaty. W latach 2005–2006 przyjęło ono konkretną, formalną postać projektu Europejskiego Traktatu Bezpieczeństwa Energetycznego (ETBE), przygotowanego przez Piotra Naimskiego. Bezpośrednim impulsem był kryzys gazowy Rosja–Ukraina, który brutalnie obnażył podatność Europy Środkowo-Wschodniej na energetyczny szantaż oraz iluzoryczność solidarności deklarowanej w ramach Unii Europejskiej.

Projekt ETBE opierał się na logice znanej z art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego: kryzys energetyczny jednego państwa miał uruchamiać realne działania wszystkich sygnatariuszy. Chodziło o wspólne wykorzystanie rezerw, rozwój infrastruktury awaryjnej oraz fizyczną możliwość transferu surowców i energii między państwami, bez centralnego sterowania rynkiem i bez ograniczania suwerenności energetycznej. W ówczesnej debacie projekt został sprowadzony do publicystycznego sloganu, dziś jednak brzmi jak trafna diagnoza problemów, które po 2025 roku stały się codziennością globalnej polityki energetycznej.

W tym sensie powrót idei Energetycznego NATO nie jest nostalgicznym gestem, lecz próbą znalezienia instytucjonalnej odpowiedzi na świat podzielony na konkurujące bloki energetyczne. Po 2025 roku oznaczałoby to nie tyle kopiowanie dawnych rozwiązań, ile ich aktualizację: wspólne łańcuchy dostaw surowców krytycznych, ochronę infrastruktury energetycznej, koordynację rezerw oraz bezpieczeństwo technologiczne. Nieprzypadkowo do tej logiki w minionym roku nawiązywał także Mateusz Morawiecki, mówiąc o potrzebie „gospodarczego NATO”.

Rok, który zmienił myślenie

Rok 2025 nie był końcem kryzysu energetycznego. Był końcem złudzeń. Pokazał, że energia nie jest neutralna, a bezpieczeństwo energetyczne stało się jednym z fundamentów suwerenności państw. Dla Polski i regionu to moment wyboru: albo aktywnie współtworzyć nową architekturę bezpieczeństwa, albo pogodzić się z rolą peryferii cudzych strategii.

Energetyczne NATO nie jest receptą na wszystko. Ale po 2025 roku coraz wyraźniej widać, że brak takiego myślenia jest luksusem, na który świat Zachodu nie może już sobie pozwolić.

Michał Kurtyka

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 14 stycznia 2026