Azjatycki impas. Japonia i Chiny dalej prowadzą dyplomatyczną zimną wojnę

W ciągu zaledwie kilku miesięcy rząd Sanae Takaichi wyraźnie przyspieszył japońską politykę bezpieczeństwa. Budżet obronny na rok fiskalny 2026 sięgnął rekordowych 9,04 bln jenów, a łączne wydatki związane z bezpieczeństwem państwa zbliżyły się do poziomu 2 proc. PKB. Jeszcze niedawno taki próg był w Japonii politycznie nieosiągalny. Dziś praktycznie został osiągnięty przed terminem.

Między Tokio a Pekinem od miesięcy nie ma przełomu. Od czasu głośnej wypowiedzi premier Sanae Takaichi o możliwym kryzysie wokół Tajwanu relacje obu państw ugrzęzły w politycznym klinczu. Japonia nie chce otwartego konfliktu z Chinami i nadal mówi o dialogu, ale jednocześnie coraz wyraźniej pokazuje, że nie cofnie się ani w sprawach bezpieczeństwa, ani w kwestii ograniczania strategicznej zależności od Pekinu.

Sanae Takaichi w niełatwej pozycji

.Dyplomatyczny Spór zaczął się od słów Takaichi z jesieni ubiegłego roku. Premier powiedziała wtedy w parlamencie, że chiński atak na Tajwan mógłby zostać uznany za sytuację zagrażającą przetrwaniu Japonii. W praktyce taki zapis ma duże znaczenie, bo otwierałby drogę do uruchomienia japońskiego prawa do zbiorowej samoobrony. Pekin odebrał to jako przekroczenie granicy. Chińska dyplomacja zażądała wycofania tych słów i uznała je za ingerencję w wewnętrzne sprawy Chin.

Na tym się nie skończyło. Reuters opisywał później, że Chiny Xî Jingpinga zaczęły odpowiadać na kilku poziomach naraz. Pojawiła się agresywna kampania polityczna i medialna, ostrzeżenia pod adresem Japonii, a także działania gospodarcze i sygnały zniechęcające chińskich obywateli do podróży do Japonii. Doszły też napięcia wokół łańcuchów dostaw i metali ziem rzadkich, które dla Tokio mają znaczenie strategiczne.

Japoński rząd próbuje dziś grać ostrożnie. Z jednej strony Takaichi podkreśla, że Chiny są ważnym sąsiadem i że Japonia pozostaje otwarta na rozmowę. Reuters podawał, że jeszcze na początku maja, przed podróżą do Wietnamu i Australii, mówiła o potrzebie odpowiadania Pekinowi „stanowczo i strategicznie”. To dobrze oddaje linię obecnego rządu: nie zamykać drzwi, ale też nie ustępować z pozycji słabości.

Z drugiej strony Tokio coraz wyraźniej szykuje się na dłuższy okres chłodu. W marcu Reuters ujawnił, że Japonia chce złagodzić w dyplomatycznej „Niebieskiej Księdze” dotychczasowe określenie Chin jako jednej z najważniejszych relacji. Ma pozostać język o „ważnym sąsiedzie” i o relacji „strategicznej”, ale bez dawnych sformułowań sugerujących szczególną rangę. To drobna zmiana w słowach, ale politycznie bardzo wymowna. Pokazuje, że Tokio dostosowuje język do nowej rzeczywistości.

To samo widać w sprawach bezpieczeństwa. Reuters pisał, że Japonia wznowiła rejsy okrętów przez Cieśninę Tajwańską po kilkumiesięcznej przerwie. Takie działania miały wcześniej zostać wstrzymane po zaostrzeniu sporu z Pekinem, ale w Tokio uznano najwyraźniej, że dalsze powściągliwe zachowanie mogłoby zostać odczytane w Chinach jako oznaka słabości. W japońskiej logice bezpieczeństwa wygląda to dość jasno: jeśli zaczyna się ograniczać własne działania tylko po to, by nie drażnić Pekinu, można go tym bardziej ośmielić.

Równolegle Japonia przyspiesza budowę alternatywnych powiązań gospodarczych i strategicznych. W tym sensie wizyty Takaichi w Wietnamie i Australii nie są dyplomatycznym dodatkiem, tylko częścią większego planu. Chodzi o gospodarcze bezpieczeństwo, dywersyfikację dostaw i stopniowe wychodzenie z nadmiernego uzależnienia od Chin, zwłaszcza tam, gdzie stawką są surowce i technologie. Reuters opisywał już wcześniej wspólne inicjatywy Tokio i Waszyngtonu dotyczące niezależnych łańcuchów dostaw dla surowców krytycznych.

Jednocześnie Japonia nie chce utracić kanałów politycznego kontaktu z Pekinem. Reuters relacjonował wcześniej, że podczas szczytu APEC Xi Jinping i Takaichi deklarowali chęć budowania „konstruktywnych i stabilnych” relacji. Problem polega na tym, że od tamtego czasu napięcie znów wzrosło, a każda nowa sprawa – Tajwan, bezpieczeństwo morskie, handel czy wizyta tajwańskich polityków – natychmiast podnosi temperaturę.

W praktyce oznacza to, że Tokio próbuje dziś robić dwie rzeczy jednocześnie. Sanae Takaichi nie będzie zamykać drogi do rozmowy z Xi Jinpingiem, ale równocześnie, japońska premier nie chce dawać Chinom poczucia, że presja działa. To trudna równowaga. Relacje japońsko-chińskie nie są dziś w fazie otwartego załamania, ale też zdecydowanie nie są na drodze do normalizacji.

Wojciech T. Madeja

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 9 maja 2026