Czy Europa odchodzi od wolności słowa? Jak zmienia się demokracja w epoce sztucznej inteligencji

wolność słowa w Europie

Czy Europa, próbując chronić swoich obywateli przed terroryzmem, przestępczością zorganizowaną, wykorzystywaniem dzieci i dezinformacją, jednocześnie buduje nowy model państwa cyfrowego? Debata o Chat Control, europejskiej tożsamości cyfrowej, sztucznej inteligencji i odpowiedzialności platform internetowych przestała być sporem wyłącznie prawników oraz ekspertów od nowych technologii. Coraz częściej staje się dyskusją o przyszłości demokracji, wolności słowa i prawa do prywatności. Francuscy eksperci, których głosy wywołały szeroką debatę nad Sekwaną, stawiają pytania, które w najbliższych latach będą powracały również podczas kampanii wyborczych w całej Europie.

.Jeszcze niedawno spór o wolność słowa w Internecie koncentrował się przede wszystkim na pytaniu, czy wielkie platformy mogą usuwać treści publikowane przez użytkowników oraz kto powinien decydować o granicach dopuszczalnej wypowiedzi. Dziś problem staje się znacznie szerszy. Dotyczy już nie tylko moderowania pojedynczych wpisów, lecz całej architektury świata cyfrowego: sposobu identyfikowania użytkowników, dostępu do komunikacji prywatnej, możliwości łączenia danych oraz wykorzystywania sztucznej inteligencji do analizowania zachowań milionów obywateli.

Europa próbuje odpowiedzieć na rzeczywiste zagrożenia. Terroryzm, przestępczość seksualna wobec dzieci, handel narkotykami, dezinformacja, manipulowanie wyborami i działalność zorganizowanych sieci przestępczych nie są problemami wymyślonymi. Państwa mają obowiązek chronić obywateli, a platformy cyfrowe nie mogą pozostawać przestrzenią całkowicie wyłączoną spod prawa. Pytanie nie brzmi zatem, czy Internet powinien podlegać jakimkolwiek regulacjom. Prawdziwy spór dotyczy tego, gdzie kończy się uzasadniona ochrona bezpieczeństwa, a zaczyna budowanie infrastruktury, która może zmienić relację między państwem a obywatelem.

Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Jan Rokita, analizując zmianę podejścia Marka Zuckerberga do moderowania treści na Facebooku, pokazywał, że decyzje podejmowane przez największe platformy nie są jedynie elementem polityki przedsiębiorstw technologicznych. W rzeczywistości dotyczą one ustroju debaty publicznej. Kiedy prywatna firma może ograniczyć zasięg określonych poglądów, oznaczyć wypowiedź jako niewiarygodną albo usunąć ją z przestrzeni publicznej, staje się jednym z najważniejszych arbitrów współczesnej demokracji.

Jan Śliwa zwracał z kolei uwagę na mechanizm, w którym ograniczanie debaty uzasadnia się potrzebą obrony demokracji przed jej przeciwnikami. Problem pojawia się wtedy, gdy granice między ochroną demokratycznego porządku a eliminowaniem poglądów uznanych przez dominujące instytucje za niepożądane zaczynają się zacierać. Demokracja może wówczas zachowywać wszystkie formalne instytucje, a jednocześnie stopniowo ograniczać przestrzeń rzeczywistego sporu.

Nieprzypadkowo właśnie te pytania od wielu lat powracają na łamach „Wszystko co Najważniejsze”. Kolejne teksty poświęcone wolności słowa, odpowiedzialności platform internetowych, demokracji przedstawicielskiej czy rozwojowi sztucznej inteligencji nie są komentarzami do pojedynczych wydarzeń. Tworzą próbę odpowiedzi na znacznie szersze pytanie: czy Europa potrafi wykorzystać potencjał nowych technologii, nie rezygnując z zasad, na których po II wojnie światowej zbudowano współczesne demokracje liberalne. Dzisiejsza dyskusja o Chat Control, tożsamości cyfrowej czy możliwościach sztucznej inteligencji jest kolejnym etapem tej samej debaty, prowadzonej już nie tylko przez filozofów polityki i prawników, lecz także przez informatyków, przedsiębiorców i specjalistów od bezpieczeństwa.

Internet, który znaliśmy, odchodzi do historii

Obecnie ten problem powraca w nowej postaci. Nie chodzi już wyłącznie o usuwanie postów z mediów społecznościowych. Kolejne europejskie regulacje dotyczą tożsamości cyfrowej, weryfikacji wieku, kontroli platform, wykrywania nielegalnych treści oraz dostępu do komunikacji elektronicznej. Każda z nich ma odrębne uzasadnienie. Każda odpowiada na konkretny problem. Dopiero oglądane razem ujawniają możliwość znacznie głębszej zmiany.

Na tę właśnie potrzebę całościowego spojrzenia zwraca uwagę Jérôme Bourreau-Guggenheim, publikujący w „Atlantico” analizy dotyczące gospodarki cyfrowej, regulacji technologicznych i polityki innowacyjnej. Jego najważniejsza teza nie dotyczy jednego aktu prawnego. Przekonuje on, że europejska tożsamość cyfrowa, weryfikacja wieku, Chat Control, cyfrowe euro i kolejne obowiązki nakładane na platformy mogą tworzyć elementy tej samej architektury.

Rozpatrywane osobno rozwiązania te wydają się techniczne i często zdroworozsądkowe. Jedno ma chronić dzieci, inne zabezpieczać transakcje, kolejne utrudniać działanie przestępcom lub botom. Jednak w budowanym stopniowo modelu tożsamość użytkownika może stać się kluczem dostępu do coraz większej części świata cyfrowego. To oznaczałoby zmianę podstawowej zasady funkcjonowania Internetu.

Pełna anonimowość w sieci właściwie nigdy nie istniała. Istniała jednak pseudonimowość, a więc możliwość uczestniczenia w debacie, czytania treści, prowadzenia rozmów i budowania wspólnot bez ujawniania przy każdej czynności swojej formalnej tożsamości. To właśnie pseudonimowość pozwalała zabierać głos osobom obawiającym się pracodawcy, nacisku środowiska, prześladowania politycznego albo społecznego ostracyzmu. Chroniła nie tylko tych, którzy chcieli ukrywać działania naganne, lecz także sygnalistów, dysydentów, osoby należące do mniejszości i zwykłych obywateli pragnących zachować granicę między życiem prywatnym a aktywnością publiczną.

Jeśli dostęp do kolejnych usług będzie uzależniany od potwierdzenia wieku, tożsamości albo statusu użytkownika, pseudonimowość może stopniowo przestać być zasadą, a stać się wyjątkiem. Nawet gdy dane zostaną zastąpione identyfikatorem technicznym, nie oznacza to pełnej anonimowości. Zawsze będzie istniał podmiot zdolny połączyć identyfikator z konkretną osobą. Wówczas różne ślady aktywności cyfrowej – odwiedzane strony, zakupy, komunikacja, wykorzystywane usługi i reakcje na treści – mogą zostać zgromadzone wokół jednego profilu.

To właśnie w tym miejscu rozwój sztucznej inteligencji zasadniczo zmienia skalę problemu. Samo gromadzenie danych nie jest zjawiskiem nowym. Nowa jest zdolność do ich automatycznego analizowania, porównywania i wykorzystywania do przewidywania zachowań. Systemy sztucznej inteligencji mogą wykrywać schematy, których człowiek nie byłby w stanie dostrzec w miliardach wiadomości i interakcji. Mogą oceniać ryzyko, klasyfikować użytkowników i wskazywać treści uznane za potencjalnie niebezpieczne.

Nie oznacza to jeszcze, że Europa świadomie buduje system totalnego nadzoru. Oznacza jednak, że tworzy narzędzia, których konsekwencje będą zależały nie tylko od obecnych intencji prawodawców, lecz także od przyszłych sposobów użycia. Raz zbudowana infrastruktura identyfikacji, analizy i kontroli nie znika wraz ze zmianą rządu. Może zostać przejęta przez każdą kolejną większość polityczną.

Frédéric Mas, doktor filozofii politycznej Sorbonne Université, były redaktor naczelny portalu „Contrepoints” i autor analiz poświęconych liberalizmowi oraz kryzysowi demokracji, widzi w tym zjawisku część szerszej przemiany sposobu rządzenia. Jego zdaniem wolność słowa i prywatność przestają być coraz częściej traktowane jako fundamenty demokracji, a zaczynają być postrzegane jako potencjalne źródła ryzyka: przestrzenie, w których rozwijają się radykalizm, dezinformacja, niekontrolowany sprzeciw i polityczna mobilizacja.

Taka zmiana perspektywy jest zasadnicza. W klasycznej demokracji liberalnej wolność była punktem wyjścia, a jej ograniczenie wymagało szczególnego uzasadnienia. W nowym modelu punktem wyjścia może stać się zarządzanie ryzykiem, natomiast wolność zaczyna być dopuszczana pod warunkiem, że pozostaje przewidywalna, bezpieczna i możliwa do kontrolowania.

Internet przez wiele lat był przestrzenią trudną do uporządkowania. Pozwalał obywatelom omijać tradycyjnych pośredników, zabierać głos bez zgody instytucji i tworzyć własne obiegi informacji. Właśnie ta cecha czyniła go narzędziem demokratyzacji, ale jednocześnie źródłem destabilizacji. W sieci rozwijały się ruchy społeczne, protesty, alternatywne media, lecz także teorie spiskowe, manipulacje i nienawiść.

Problem polega na tym, że nie można usunąć chaosu bez ograniczenia części wolności, która ten chaos umożliwia. Nie da się zbudować Internetu całkowicie bezpiecznego, a jednocześnie całkowicie otwartego. Każda demokracja musi więc zdecydować, ile nieporządku jest gotowa zaakceptować w imię pluralizmu i swobody debaty.

Nie wszyscy jednak podzielają przekonanie, że Europa nieuchronnie zmierza w kierunku cyfrowego społeczeństwa nadzoru. Warto zauważyć, że znaczna część nowych regulacji powstała jako odpowiedź na problemy, których jeszcze kilkanaście lat temu praktycznie nie znaliśmy. Zorganizowane grupy przestępcze wykorzystują dziś szyfrowane komunikatory, sieci społecznościowe stały się narzędziem zagranicznych operacji wpływu, a sztuczna inteligencja umożliwia tworzenie przekonujących materiałów dezinformacyjnych na skalę wcześniej niewyobrażalną. W tych warunkach oczekiwanie, że państwo całkowicie wycofa się z regulowania przestrzeni cyfrowej, wydaje się równie nierealistyczne jak przekonanie, że Internet może funkcjonować poza porządkiem prawnym.

To właśnie dlatego najważniejszym pytaniem nie jest to, czy regulacje są potrzebne, lecz jakie powinny być ich granice. Demokratyczne państwo prawa różni się od państwa autorytarnego nie samym faktem posiadania narzędzi, lecz sposobem ich tworzenia, kontrolowania i wykorzystywania. Historia Europy wielokrotnie pokazywała, że nawet rozwiązania wprowadzane w dobrej wierze mogą z czasem prowadzić do skutków, których ustawodawcy początkowo nie przewidywali.

Na ten aspekt zwraca uwagę Gérard Haas, francuski adwokat specjalizujący się od wielu lat w prawie nowych technologii, ochronie danych oraz prawnych aspektach transformacji cyfrowej. W przeciwieństwie do części uczestników debaty nie próbuje odpowiadać na pytanie, czy nowe regulacje są z natury dobre albo złe. Interesuje go przede wszystkim to, czy państwo potrafi stworzyć wystarczające gwarancje chroniące obywateli przed nadużyciami.

To ważne rozróżnienie. Haas przypomina, że prawo zawsze musi ważyć dwa dobra pozostające ze sobą w napięciu. Z jednej strony bezpieczeństwo obywateli wymaga, aby organy państwa dysponowały skutecznymi narzędziami zwalczania najcięższych przestępstw. Z drugiej strony każda ingerencja w prywatność, tajemnicę korespondencji czy swobodę komunikowania się powinna być ograniczona do sytuacji rzeczywiście wyjątkowych, podlegać kontroli sądowej i pozostawać proporcjonalna do zagrożenia.

Francuski prawnik zwraca uwagę na jeszcze jeden problem, o którym w debacie publicznej mówi się stosunkowo rzadko. Uchwalona ustawa jest dopiero początkiem procesu. Ostateczny zakres ingerencji zależy od dziesiątek późniejszych decyzji: przepisów wykonawczych, sposobu certyfikacji systemów, procedur kontroli, standardów technicznych czy praktyki działania organów odpowiedzialnych za nadzór. Właśnie dlatego – jego zdaniem – przed wydaniem jednoznacznych ocen konieczne jest poznanie szczegółowych rozwiązań technicznych oraz rzeczywistych zabezpieczeń chroniących prawa obywateli.

To stanowisko wydaje się szczególnie istotne, ponieważ pozwala uniknąć uproszczenia, w które często wpada współczesna debata. Łatwo bowiem przeciwstawić sobie dwie skrajne narracje. Pierwsza zakłada, że każdy nowy instrument państwa prowadzi nieuchronnie do ograniczenia wolności. Druga odpowiada, że skoro celem regulacji jest walka z terroryzmem, wykorzystywaniem dzieci czy zorganizowaną przestępczością, wszelkie wątpliwości są nieuzasadnione. W rzeczywistości demokracje liberalne funkcjonują właśnie dlatego, że nie uznają żadnej z tych odpowiedzi za wystarczającą.

Debata staje się jeszcze bardziej złożona w momencie, gdy uwzględnimy rozwój sztucznej inteligencji. Jeszcze kilka lat temu nawet bardzo rozbudowane bazy danych pozostawały w praktyce częściowo niewykorzystane. Dzisiaj algorytmy potrafią automatycznie analizować miliardy rekordów, wykrywać zależności, identyfikować nietypowe zachowania i budować profile ryzyka praktycznie w czasie rzeczywistym. Oznacza to, że dyskusja o ochronie prywatności nie dotyczy już wyłącznie tego, jakie informacje państwo lub platformy mogą gromadzić. Coraz ważniejsze staje się pytanie, jakie wnioski będą mogły z tych danych wyciągać systemy sztucznej inteligencji.

Właśnie w tym miejscu europejska debata o regulacjach cyfrowych zaczyna łączyć się z debatą o przyszłości demokracji. Im większe możliwości przewidywania zachowań obywateli, tym większa pokusa, aby wykorzystywać te narzędzia nie tylko do ścigania przestępstw już popełnionych, lecz także do identyfikowania potencjalnych zagrożeń jeszcze przed ich wystąpieniem. W logice bezpieczeństwa wydaje się to naturalnym kierunkiem rozwoju. W logice państwa prawa rodzi jednak pytania, na które współczesne demokracje dopiero zaczynają szukać odpowiedzi.

To właśnie dlatego dyskusja wykracza daleko poza kwestie technologiczne. Dotyczy bowiem samego modelu państwa, jakie Europa chce budować w XXI wieku: państwa ufającego obywatelowi, ale wyposażonego w nowoczesne narzędzia bezpieczeństwa, czy też państwa, które coraz większą część swojej skuteczności opiera na zdolności do nieustannego analizowania danych o aktywności społeczeństwa.

Dlaczego ten spór stanie się jednym z tematów wyborów we Francji

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że dyskusja o Chat Control, europejskiej tożsamości cyfrowej czy sztucznej inteligencji pozostaje domeną prawników, informatyków i urzędników Komisji Europejskiej. W rzeczywistości coraz wyraźniej przenika ona do głównego nurtu polityki. We Francji, która przygotowuje się do wyborów prezydenckich w 2027 r., pytania o wolność słowa, rolę platform cyfrowych, odpowiedzialność mediów społecznościowych i granice ingerencji państwa w przestrzeń cyfrową stają się elementem znacznie szerszej debaty o przyszłości demokracji.

Nie dzieje się to przypadkiem. Francuska kampania wyborcza będzie toczyła się w kraju, który od wielu lat doświadcza wyjątkowo silnej polaryzacji politycznej. Kolejne kryzysy – od protestów „żółtych kamizelek”, przez spory wokół reform emerytalnych, po napięcia związane z migracją, bezpieczeństwem i wojną informacyjną – sprawiły, że Internet przestał być jedynie narzędziem komunikacji. Stał się miejscem mobilizacji społecznej, organizowania protestów, prowadzenia kampanii wyborczych i budowania alternatywnych obiegów informacji, często niezależnych od tradycyjnych mediów.

Nieprzypadkowo właśnie Francja staje się jednym z najważniejszych miejsc tej dyskusji. Kampania prezydencka 2027 r. rozgrywać się będzie w kraju, który od kilku lat prowadzi jedne z najbardziej intensywnych debat dotyczących wolności słowa, odpowiedzialności platform cyfrowych, wykorzystania sztucznej inteligencji oraz roli państwa w regulowaniu przestrzeni internetowej. W tym sensie wybory prezydenckie we Francji nie będą dotyczyły wyłącznie przyszłego gospodarza Pałacu Elizejskiego. Staną się również sprawdzianem tego, jak jedna z najważniejszych demokracji Europy odpowiada na pytanie o granice wolności w epoce cyfrowej.

Właśnie dlatego trudno wyobrazić sobie kampanię prezydencką we Francji bez sporów dotyczących sztucznej inteligencji, moderowania treści, anonimowości użytkowników czy odpowiedzialności największych platform technologicznych. Kandydaci w wyborach prezydenckich we Francji w 2027 r. będą różnili się nie tylko w kwestiach gospodarczych, społecznych czy migracyjnych. Coraz częściej będą przedstawiali także odmienne wizje państwa cyfrowego oraz granic ingerencji instytucji publicznych w życie obywateli.

Ten spór będzie zresztą znacznie szerszy niż sama Francja. Podobne pytania pojawiają się już w Niemczech, we Włoszech, w Hiszpanii, także podczas zbliżających się wyborów parlamentarnych w Polsce w 2027 r. Wszędzie demokracje liberalne próbują odpowiedzieć na ten sam dylemat: jak chronić obywateli przed realnymi zagrożeniami, nie osłabiając jednocześnie wartości, które od dziesięcioleci stanowią fundament europejskiego modelu politycznego.

W tym właśnie miejscu warto wrócić do głosu Florie Marie, jednej z uczestniczek debaty opublikowanej przez „L’Atlantico”. Jej argumentacja różni się od wcześniejszych analiz. Nie koncentruje się na wielkich teoriach państwa ani na filozofii demokracji. Zwraca uwagę na coś znacznie prostszego – codzienne doświadczenie zwykłego użytkownika Internetu.

Florie Marie przypomina, że większość obywateli nie przechowuje w swoich telefonach tajemnic państwowych ani materiałów przestępczych. Przechowuje natomiast fotografie dzieci, rodzinne wiadomości, prywatną korespondencję, dokumenty medyczne, informacje finansowe czy osobiste rozmowy z najbliższymi. To właśnie ta zwyczajność staje się w jej opinii najważniejszym argumentem na rzecz ochrony prywatności.

Francuska publicystka odrzuca często powtarzany argument: „uczciwy człowiek nie ma nic do ukrycia”. Jej zdaniem prawo do prywatności nie wynika z faktu ukrywania działań nielegalnych, lecz z samej godności człowieka. Zamykamy drzwi własnego domu, zasłaniamy okna, prowadzimy prywatne rozmowy i chronimy rodzinne fotografie nie dlatego, że robimy coś niewłaściwego, ale dlatego, że wolność obejmuje również możliwość zachowania części życia wyłącznie dla siebie.

Ta uwaga wydaje się szczególnie ważna w epoce sztucznej inteligencji. Im większa staje się zdolność automatycznego analizowania danych, tym większego znaczenia nabiera pytanie nie tylko o to, kto ma do nich dostęp, lecz także jak długo będą przechowywane, z czym zostaną połączone i jakie decyzje będą mogły zostać podjęte na podstawie ich analizy. W świecie algorytmów pojedyncza informacja często nie ma większego znaczenia. Prawdziwa wartość powstaje dopiero wtedy, gdy miliony pozornie nieistotnych danych zostają zestawione ze sobą i poddane analizie.

To właśnie dlatego Florie Marie przestrzega nie tyle przed pojedynczymi regulacjami, ile przed stopniowym budowaniem infrastruktury, która w przyszłości mogłaby zostać wykorzystana przez rządy o zupełnie innych poglądach i innych standardach poszanowania wolności obywatelskich. Historia Europy pokazuje, że instytucje tworzone z myślą o jednym celu bywają wykorzystywane w sposób, którego ich twórcy nigdy nie przewidywali. To kolejny argument przemawiający za tym, aby dyskusja o nowych technologiach nie kończyła się na pytaniu o ich skuteczność, lecz obejmowała również pytanie o granice władzy państwa nad cyfrowym życiem obywateli.

Europa stoi przed jednym z najważniejszych wyborów od narodzin Internetu

Historia europejskiej demokracji pokazuje, że rozwój wolności i rozwój państwa niemal zawsze pozostawały ze sobą w twórczym napięciu. Państwo jest potrzebne, aby zapewniać bezpieczeństwo, egzekwować prawo i chronić obywateli. Jednocześnie ta sama historia uczy, że każda nowa kompetencja przyznawana instytucjom publicznym wymaga kontroli, przejrzystości i społecznego zaufania. Demokracja liberalna nigdy nie opierała się wyłącznie na skuteczności działania państwa. Równie ważne było przekonanie, że również sama władza powinna podlegać ograniczeniom.

Rozwój technologii cyfrowych stawia tę zasadę przed nowym wyzwaniem. Nigdy wcześniej państwa nie dysponowały narzędziami pozwalającymi analizować tak ogromne ilości informacji o codziennym życiu obywateli. Nigdy wcześniej sztuczna inteligencja nie potrafiła w tak krótkim czasie rozpoznawać wzorców zachowań, łączyć danych pochodzących z wielu źródeł i wspierać podejmowania decyzji dotyczących bezpieczeństwa. Możliwości, które jeszcze niedawno należały do świata literatury science fiction, stają się elementem codziennej działalności administracji publicznej i największych przedsiębiorstw technologicznych.

Nie oznacza to jednak, że przyszłość została już przesądzona. Debata prowadzona we Francji oraz w innych państwach europejskich pokazuje, że istnieją różne odpowiedzi na pytanie o granice regulacji świata cyfrowego. Jedni uważają, że wobec nowych zagrożeń państwo powinno otrzymać znacznie szersze możliwości działania. Inni ostrzegają, że każda infrastruktura nadzoru, nawet tworzona z najlepszymi intencjami, może w przyszłości zostać wykorzystana w sposób, którego dzisiejsi ustawodawcy nie przewidują.

Nieprzypadkowo właśnie wokół tej kwestii spotykają się argumenty prawników, filozofów polityki, specjalistów od nowych technologii i ekspertów zajmujących się bezpieczeństwem. Gérard Haas przypomina o konieczności zachowania proporcjonalności i kontroli sądowej. Jérôme Bourreau-Guggenheim zachęca, aby patrzeć nie na pojedyncze regulacje, lecz na całą architekturę powstającego państwa cyfrowego. Frédéric Mas stawia pytanie o ewolucję samego modelu demokracji liberalnej, natomiast Florie Marie przypomina, że za wielkimi sporami ustrojowymi stoją prawa zwykłych obywateli do zachowania prywatności, której nie można sprowadzać wyłącznie do argumentu: „nie mam nic do ukrycia”. To właśnie różnorodność tych głosów sprawia, że debata nie sprowadza się do prostego podziału na zwolenników i przeciwników regulacji.

Rozwój sztucznej inteligencji sprawia, że pytania te przestają mieć wyłącznie charakter filozoficzny. Algorytmy coraz częściej uczestniczą w podejmowaniu decyzji administracyjnych, wspierają analizę zagrożeń, porządkują ogromne zbiory informacji i wpływają na sposób funkcjonowania instytucji publicznych. Dlatego debata o regulacji Internetu staje się jednocześnie debatą o przyszłości sztucznej inteligencji oraz o miejscu człowieka w świecie, w którym coraz większą rolę odgrywają systemy automatycznego podejmowania decyzji. Nie jest to już wyłącznie problem technologiczny. To jedno z najważniejszych pytań politycznych i cywilizacyjnych XXI wieku.

W najbliższych latach pytania te będą powracały coraz częściej. Będą obecne podczas kampanii wyborczych, w dyskusjach nad kolejnymi regulacjami Unii Europejskiej, w sporach dotyczących rozwoju sztucznej inteligencji oraz w rozmowach o odpowiedzialności największych platform cyfrowych. Coraz trudniej będzie oddzielić politykę od technologii, ponieważ technologie stają się jednym z najważniejszych narzędzi sprawowania współczesnej władzy.

Europa nie stoi dziś przed wyborem między bezpieczeństwem a wolnością. Tak postawione pytanie byłoby zbyt proste. Prawdziwe wyzwanie polega na znalezieniu takiego modelu państwa cyfrowego, który potrafi skutecznie chronić obywateli przed przestępczością, terroryzmem i zagrożeniami wynikającymi z rozwoju nowych technologii, nie rezygnując jednocześnie z wartości, które od dziesięcioleci definiują europejską demokrację: wolności słowa, prawa do prywatności, tajemnicy korespondencji i zaufania do obywatela.

Od odpowiedzi na to pytanie zależeć będzie nie tylko kształt przyszłych regulacji Internetu. W coraz większym stopniu zależeć od niej będzie również to, jak będzie wyglądała europejska demokracja w epoce sztucznej inteligencji.

Sebastian Nizio

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 13 lipca 2026