Paulina MATYSIAK: Obywatele decydują

Obywatele decydują

Photo of Paulina MATYSIAK

Paulina MATYSIAK

Filolożka i filozofka. Posłanka na Sejm IX i X kadencji. Przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Walki z Wykluczeniem Transportowym. Autorka felietonów "Pisane lewą ręką", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autorki

Mam powód do dumy, który wykracza poza samą treść projektu. Udało się złożyć projekt z poparciem posłanek i posłów Konfederacji, Prawa i Sprawiedliwości, Polski 2050, Razem, Demokracji Bezpośredniej i niezrzeszonych. W czasach, gdy polskie życie polityczne podzielone jest na dwa obozy, które z zasady odmawiają sobie racji – przygotowany przeze mnie projekt pokazuje, że istnieją sprawy, które są po prostu ludzkie. Większe od partyjnych barw. Starsze od bieżących sporów – pisze Paulina MATYSIAK

.W każdej demokracji jest taki moment, kiedy przestaje ona być demokratyczna, i dzieje się tak wcale nie dlatego, że ktoś ją brutalnie obalił, ale dlatego, że stała się zbyt uciążliwa w obsłudze. Kiedy formalnie możesz wszystko, ale praktycznie nie możesz prawie nic. Kiedy prawo do złożenia projektu ustawy w ramach obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej istnieje, lecz realizacja tego prawa wymaga podpisów na papierze, papierowych wykazów i papierowej logistyki rodem z poprzedniego stulecia, obwarowanej 3-miesięcznym terminem na zebranie wymaganych podpisów.

Polska ma instrument zwany obywatelską inicjatywą ustawodawczą od 1999 roku. Każdy obywatel, razem ze stu tysiącami innych, może złożyć projekt ustawy w sejmie. Brzmi pięknie, prawda? W praktyce oznacza to intensywne miesiące chodzenia od drzwi do drzwi, stoły z listami na targach i festynach, trudy zbierania fizycznych podpisów, tłumaczenie, gdzie trafią te dane i czy ktoś nie weźmie na nie chwilówki. Każdy, kto zbierał kiedyś podpisy, wie, jak to wygląda i ile potrzeba na to energii, zaangażowania, niezależnie od tego, czy pada deszcz, świeci słońce, jest środa, czy wyczekiwany po tygodniu pracy weekend. A wszystko po to, żeby władza łaskawie rozpatrzyła to, o co prosi się ją w imieniu stu tysięcy ludzi. Efekt jest przewidywalny: inicjatywa obywatelska pozostaje rzadkością, narzędziem używanym przez dobrze zorganizowane ruchy społeczne, a nie przez zwykłych ludzi z konkretnym pomysłem.

Projekt ustawy, który złożyłam w sejmie, nie jest rewolucją. Jest czymś, co powinno obowiązywać od dawna, jest po prostu wprowadzeniem tej procedury w XXI wiek. Chodzi o umożliwienie składania podpisów pod projektami ustaw drogą elektroniczną: przez portal, po zalogowaniu i uwierzytelnieniu. Papier dalej zostaje jako opcja. Nikt nie traci swoich dotychczasowych możliwości. Po prostu dochodzi nowa ścieżka, która jest szybsza, tańsza i dostępna dla każdego, kto ma telefon lub komputer.

.Ktoś zapyta: czy to bezpieczne? Jest tak samo bezpieczne, jak podpisywanie umów z bankiem czy składanie deklaracji podatkowych. Projekt oparty jest przecież na mechanizmach uwierzytelniania. A żeby nikt nie pomyślał o zakładaniu fikcyjnych komitetów na kolanie: nadal będzie wymagane zebranie tysiąca własnoręcznych podpisów przy rejestracji komitetu. To zabezpieczenie mówi jedno: za inicjatywą musi stać realne, żywe poparcie, nie algorytm.

Co równie ważne: projekt wprowadza transparencję, której dziś brakuje. W portalu będzie widać, ile podpisów zebrał dany projekt czy które komitety działają. Obywatel po zalogowaniu sprawdzi, pod czym się podpisał i kiedy. Żadnych ciemnych szuflad, żadnego poczucia, że podpis wylądował gdzieś w próżni. Podpisy elektroniczne są bezpieczniejsze od papierowych – nikt przecież nie chce wątpliwości, że na listach podpisały się martwe dusze.

Mam powód do dumy, który wykracza poza samą treść projektu. Udało się złożyć projekt z poparciem posłanek i posłów Konfederacji, Prawa i Sprawiedliwości, Polski 2050, Razem, Demokracji Bezpośredniej i niezrzeszonych. W czasach, gdy polskie życie polityczne podzielone jest na dwa obozy, które z zasady odmawiają sobie racji, w czasach, gdy każda debata staje się frontem, każde głosowanie bitwą, a każde spotkanie w programie publicystycznym kończy się okopaniem na swoich pozycjach – przygotowany przeze mnie projekt pokazuje, że istnieją sprawy, które są po prostu ludzkie. Większe od partyjnych barw. Starsze od bieżących sporów. Bo pytanie o to, czy obywatel ma mieć realny głos, nie jest przecież pytaniem lewicy ani prawicy. Jest pytaniem o to, czym w ogóle jest wspólnota polityczna. I kiedy posłowie z różnych stron sceny politycznej potrafią spotkać się w tym samym miejscu i powiedzieć: „Tak, chcemy, żeby ludzie mieli więcej władzy nad własnym państwem”, to jest właśnie ten moment, dla którego warto być w polityce.

W gruncie rzeczy pytanie, które ten projekt zadaje, jest fundamentalne i nie da się od niego uciec. Czy demokracja ma być łatwa, czy trudna? Czy chcemy obywateli aktywnych, zaangażowanych, mających realny wpływ na kształt prawa, czy może jednak wolimy, żeby wpływ ten pozostawał deklaratywny, obarczony barierami, które skutecznie odstraszają większość? Czy wierzymy, że człowiek, który wstaje rano do pracy, wychowuje dzieci, płaci podatki i żyje w Polsce, zasługuje na coś więcej niż prawo do wrzucenia kartki do urny raz na cztery lata?

.Demokracja to nie jest wydarzenie. To jest nawyk i codzienna praktyka, a jeśli jej nie praktykujesz, to zanika. Jeżeli nie będziemy jej systematycznie wzmacniać – przez takie właśnie drobne, konkretne, pozornie techniczne zmiany – to pewnego dnia obudzimy się w kraju, który wciąż będzie nazywał się demokratycznym, ale będzie nim tylko z nazwy. Złożenie podpisu pod projektem ustawy przez internet to nie jest rewolucja. Ale rewolucje zaczynają się właśnie od takich chwil. Chwil, gdy ktoś mówi: dość utrudniania ludziom tego, co im się należy.

Paulina Matysiak

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 czerwca 2026