Litewski wywiad ostrzega. KGB werbuje wśród białoruskich emigrantów

Litewski wywiad obserwuje aktywną kampanię białoruskiego KGB, której celem jest werbunek obywateli Białorusi mieszkających na Litwie, ale też w Polsce, Gruzji i prawdopodobnie w innych krajach – poinformował Departament Bezpieczeństwa Państwowego (VSD) w Wilnie.

Na samej Litwie przebywa 52. tys. obywateli Białorusi [Litewski wywiad]

.Białoruscy „funkcjonariusze KGB otwarcie, nie ukrywając swojej przynależności służbowej, kontaktują się za pośrednictwem sieci społecznościowych i innych współczesnych środków komunikacji z przedstawicielami diaspory białoruskiej, zachęcając ich do przekazywania informacji o ruchach demokratycznych, ich inicjatywach, panujących nastrojach i innych informacjach interesujących reżim” – czytamy w komunikacie departamentu.

Według VSD, w zamian reżim oferuje pieniądze, różnego rodzaju ulgi, na przykład nowe paszporty, możliwość swobodnego podróżowania na Białoruś i z powrotem, a także bezpieczny powrót do ojczyzny. W razie zwlekania z decyzją o podjęciu współpracy lub jej odmową, „wywierana jest presja psychologiczna, prowadzone są działania zastraszające”.

VSD twierdzi, że ostatnio wzrosła liczba operacji wymierzonych w biuro białoruskiej liderki opozycji Swiatłany Cichanouskiej w Wilnie, mających na celu zakłócenie jego działalności.

Służby specjalne apelują do Białorusinów, którzy znaleźli schronienie na Litwie, aby nie korzystali z prowokacyjnych ofert białoruskiego KGB i ostrzegają przed odpowiedzialnością karną za współpracę ze służbami bezpieczeństwa i wywiadu wrogich państw.

Według danych litewskiego Departamentu Migracji, na Litwie prawo pobytu ma 52 tys. obywateli Białorusi.

Granice do obrony

.Powinna dziś powstać jednostka na wzór Korpusu Ochrony Pogranicza, wyposażona prawnie w możność używania wszelkich dostępnych środków militarnych i technicznych, pozwalających czynić granicę bardzo trudną do sforsowania. Łudzenie się, że obecna prowizorka okaże skuteczna i że Moskwa odpuści, to proszenie się o coraz mocniejsze ciosy – pisze Andrzej KRAJEWSKI.

To, ile zmieni śmierć pierwszego polskiego żołnierza broniącego wschodnich granic Polski, będzie najlepszym testem, czy III RP ma w sobie instynkt przetrwania. Do tej pory objawiał się on bardzo rzadko.

Atak na polską granicę w wojnie hybrydowej, jaką Kreml rozpoczął z II Rzeczpospolitą sto lat temu, wyglądał następująco. Wiosną 1924 r. pierwsze grupy uzbrojonych dywersantów zaczęły niepostrzeżenie przedzierać się ze Związku Radzieckiego w głąb Polski. Małe oddziały napadały na urzędy, posterunki policji, polskie osady. Po czym wycofywały się na drugą stronę granicy.

W centrali OGPU na Łubiance wiedziano dzięki zdrajcom, co może Polaków zaboleć. Szef instytucji zajmującej się wywiadem, kontrwywiadem i akcjami specjalnymi Feliks Dzierżyński dobrał sobie jako najbliższych współpracowników bardzo zdolnych – przewerbowanych oficerów Wojska Polskiego – Ignacego Sosnowskiego i Wiktora Steckiewicza.

Uderzano też w nieprzypadkowym momencie. W Polsce upadł prawicowy rząd Wincentego Witosa, a ponadpartyjny gabinet fachowców Władysława Grabskiego zmagał się z hiperinflacją. W każdej chwili mógł utracić poparcie parlamentu, co oznaczałoby głęboki kryzys polityczny, zwłaszcza przy śmiertelnej wrogości, jaka panowała między endecją a lewicą. Tymczasem słabo uzbrojona Straż Graniczna bała się podejmować walkę z liczniejszymi grupami dywersantów.

Wkrótce liczba ataków przekroczyła setkę i premier Grabski 16 kwietnia 1924 r. wydał dekret nakazujący Ministerstwu Spraw Wojskowych we współpracy z MSW przejąć obronę granicy wschodniej. Dowodzenie operacją scedowano na inspektora Armii „Wilno” gen. Edwarda Rydza-Śmigłego. Po czym okazało się, że policja i Straż Graniczna wymigują się od wykonywania rozkazów generała, gdy tylko te im nie pasują. Z kolei Rydzowi brakowało podstaw prawnych do ich wyegzekwowania. Chaos się pogłębiał, a sowieccy dywersanci, którym doradzali polscy renegaci, robili się coraz bardziej bezczelni.

W liście datowanym na 5 sierpnia 1924 r. minister spraw wojskowych gen. Władysław Sikorski ostrzegał Grabskiego: „Słabość po naszej stronie w zwalczaniu zdecydowanej i planowanej przeciw Polsce akcji bolszewików, prowadzonej, tak w kraju, jak i na wschodnim pograniczu, przynieść nam może katastrofalne następstwa”.

Dzień wcześniej duży oddział dywersantów opanował nocą miasteczko Stołpce. Zabito siedmiu policjantów z miejscowego posterunku, uwolniono więźniów z aresztu, obrabowano sklepy, zastrzelono kilku cywili. Na koniec napastnicy uszli bezkarnie za granicę. Po tym szokującym incydencie prezydent Stanisław Wojciechowski zaprosił na specjalną naradę do Spały rząd i generałów. Po dwóch dniach analizowania przyczyn zupełnego braku skuteczności oddziałów wojskowych i policyjnych – w dużej przecież liczbie skierowanych na granicę – opracowano plan ratunkowy. Polegał on na powołaniu do życia specjalnej jednostki, łączącej uprawnienia wojska, policji, straży granicznej i służb wywiadowczych. Jej jedynym zadaniem miało stać się uszczelnienie granicy ze Związkiem Radzieckim. Korpus Ochrony Pogranicza utworzono wręcz błyskawicznie. Między specjalnym rozkazem ministra spraw wojskowych wydanym 12 września 1924 r. a wejściem do akcji pierwszych oddziałów KOP upłynęło zaledwie 6 tygodni!

Nowa formacja zaskoczyła przeciwnika olbrzymią determinacją w działaniu, idącą w parze ze skutecznością. Po stoczeniu kilkuset potyczek, wybiciu lub wyłapaniu większości grup dywersyjnych w lecie 1925 r. zapadła na Kremlu decyzja o zakończeniu wojny hybrydowej z Polską. Stało się tak, ponieważ utracono nadzieję na osiągnięcie docelowego efektu, jakim winien być głęboki kryzys polityczny w Warszawie, otwierający następnie możność wzniecenia antypolskiego powstania na Kresach.

Taka skuteczność operacyjna KOP-u wynikała z kilku jego atutów. Po pierwsze, dużej autonomii dowództwa. Wiedziało ono, że jego zadaniem jest zapewnienie szczelność granicy, a jak to zostaje osiągnięte, decyduje szef KOP-u oraz znający na wylot swój teren oficerowie Korpusu. Po drugie, dobre uzbrojenie m.in. w broń maszynową i artylerię oraz równie dobre wyszkolenie. Ponadto istotna była własna służba wywiadowcza, koncentrująca swe działania na rozwijaniu sieci współpracowników wzdłuż granicy, informujących o tym, co się na niej dzieje. Starano się pozyskiwać źródła informacji także po stronie sowieckiej. Należy jeszcze dodać umocowanie prawne, dające możność prowadzenia operacji zarówno o charakterze wojskowym, jak i policyjnym w pasie przygranicznym.

W zaledwie kilka lat Korpus Ochrony Pogranicza zapracował sobie na opinię formacji elitarnej, budzącej powszechny respekt, ponieważ skutecznie zniechęcał sowieckie służby do agresywnych poczynań na granicy. Minęło prawie sto lat, po upływie których Polacy powinni być dużo mądrzejsi o nabyte przez przodków doświadczenia. Mamy teraz następującą sekwencję zdarzeń.

Sto lat temu, gdy zdiagnozowano przyczyny porażek, zorganizowanie takiej ochrony zajęło zaledwie sześć tygodni. Owszem, wówczas ludzie będący na szczytach władzy angażowali się wcześniej w walkę o niepodległość, uczestniczyli w I wojnie światowej, odpierali inwazję bolszewickiej Rosji. Doświadczenia życiowe nauczyły ich prostej prawdy, że jeśli śmiertelny wróg rusza do ataku, należy się bronić z całych sił i z wielką determinacją, bo inaczej kraj i jego mieszkańcy stają w obliczu zagłady. To były zupełnie inne elity, bo wcześniej doświadczyły czasów, gdy zabijanie ludzi było straszną codziennością. To zaś wymusza zdolność do zdecydowanych posunięć. Podobnie było zupełnie inne polskie społeczeństwo. Jednak te fakty nie tłumaczą, dlaczego zamożne państwo ze sporym potencjałem pozostaje wobec narastającego od prawie trzech lat zagrożenia dziecinnie bezradne.

To, że los migrantów od jesieni 2021 r. stał się i dla opozycji elementem niekończącej się kampanii wyborczej, też tego nie tłumaczy. Szkoda tu miejsca na przypominanie autorytetów, intelektualistów, publicystów, polityków i celebrytów histerycznie stających w obronie biednych, „ludzkich narzędzi” w rękach Łukaszenki i Putina. Obecnie takie przypominanie trwa na masową skalę w mediach społecznościowych. I dobrze. Warto, aby ci sami ludzie teraz zmierzyli się z tym, do czego wzywali jeszcze tak niedawno oraz jak odnosili się do pograniczników, policjantów i żołnierzy pełniących po prostu swoją służbę.

Tym bardziej że wspierani przez nich politycy są przy władzy i, jak łatwo zauważyć, wobec wojny hybrydowej toczonej na granicy z Białorusią zachowują się tak jak PiS.

Niestety dokładnie tak samo – czyli urządzają pokazówki dla mediów i wyborców. Po czym są gotowi ryzykować życie ludzi służących na granicy, nie dbając o to, aby sposób jej obrony stał się adekwatny do zagrożenia.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/andrzej-krajewski-atak-na-polska-granice

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 24 lipca 2025