Kiedy obywatel staje się rekordem w państwowej bazie danych

Państwo wie, ile zarabiamy, gdzie mieszkamy, jaki posiadamy majątek i z jakich świadczeń korzystamy. Prof. Stéphane Ratti w eseju opublikowanym w „Le Figaro” przypomina, że podobne pytanie o relację między administracyjną kontrolą a obywatelstwem postawiono już w czasach Juliusza Cezara. Czy cyfrowe państwo nadal widzi w człowieku obywatela, czy przede wszystkim rekord w bazie danych?
.Każdy z nas istnieje dziś w wielu państwowych wersjach. Dla jednego urzędu jesteśmy numerem PESEL, dla innego podatnikiem, właścicielem nieruchomości, kierowcą, rodzicem, przedsiębiorcą albo odbiorcą świadczenia. Informacje te powstają w różnych instytucjach, ale połączone tworzą coraz dokładniejszy administracyjny portret człowieka.
Cyfrowe państwo przynosi obywatelom realne korzyści. Pozwala zdalnie rozliczyć podatek, sprawdzić dokumenty, otrzymać świadczenie bez dostarczania kolejnych zaświadczeń i załatwić sprawę bez wielogodzinnego oczekiwania w urzędzie. Jednocześnie jednak żadne państwo w historii nie wiedziało o swoich obywatelach tak wiele i nie mogło tak szybko zestawiać informacji pochodzących z różnych obszarów ich życia.
Cyberatak na francuską Generalną Dyrekcję Finansów Publicznych nadał temu problemowi bardzo konkretny wymiar. W czerwcu i lipcu 2026 r. przestępcy uzyskali nieuprawniony dostęp do systemów administracji podatkowej, wykorzystując przejęte dane uwierzytelniające. Według oficjalnego komunikatu francuskiego Ministerstwa Gospodarki i Finansów konsultowane lub wykradzione zostały informacje dotyczące 678 tys. osób i podmiotów, w tym wysokość dochodu referencyjnego, iloraz rodzinny, stawka podatku pobieranego u źródła oraz dane katastralne obejmujące adresy i powierzchnię nieruchomości.
Do tego wydarzenia odniósł się prof. Stéphane Ratti w eseju opublikowanym na łamach „Le Figaro” pod tytułem „De l’Antiquité romaine à nos jours, ce que les données du fisc disent de notre conception du peuple”. Emerytowany profesor historii rzymskiej i autor między innymi wydanego w prestiżowej serii „Bibliothèque de la Pléiade” tomu „Histoire auguste et autres historiens païens” zaproponował zaskakujące porównanie. Aby zrozumieć polityczne znaczenie współczesnych baz podatkowych, cofnął się do reform Juliusza Cezara i do momentu, w którym rzymski obywatel zaczął być opisywany przede wszystkim poprzez adres, majątek i miejsce zajmowane w administracyjnej ewidencji.
Porównanie starożytnego Rzymu ze współczesnym państwem cyfrowym nie może być traktowane dosłownie. Pozwala jednak postawić ważne pytanie: czy państwo, które potrafi coraz dokładniej zidentyfikować jednostkę, nadal umie rozpoznać w niej obywatela należącego do wspólnoty politycznej?
Państwo widzi obywatela przez dane
Współczesny fiskus nie ogranicza się do przyjmowania raz w roku deklaracji podatkowej. Systemy administracji mogą zestawiać informacje o dochodach, fakturach, przepływach finansowych, majątku, działalności gospodarczej i powiązaniach między podmiotami. Dane nie są już wyłącznie archiwizowane. Coraz częściej służą algorytmom, które mają wykrywać nieprawidłowości oraz wskazywać osoby i przedsiębiorstwa przeznaczone do kontroli.
W tekście „AI i podatki. Algorytm, który wybiera podatnika do kontroli” opisywaliśmy, w jaki sposób sztuczna inteligencja analizuje miliony deklaracji i łączy informacje pochodzące z banków, faktur oraz rejestrów. Pozwala to ograniczyć liczbę przypadkowych kontroli i znacznie zwiększyć ich skuteczność. Z punktu widzenia budżetu oraz uczciwych podatników, którzy oczekują skutecznego ścigania oszustw, jest to niewątpliwa korzyść.
Problem pojawia się wówczas, gdy rosnącej skuteczności państwa nie towarzyszy porównywalny wzrost przejrzystości. Podatnik wskazany jako ryzykowny może nie wiedzieć, jakie informacje przesądziły o decyzji systemu, czy dane były prawidłowe i w jaki sposób zakwestionować algorytmiczną ocenę. Administracja widzi wówczas obywatela bardzo dokładnie, podczas gdy obywatel niemal nie widzi mechanizmu, który podejmuje wobec niego decyzję.
Powstaje szczególny rodzaj nierównowagi. Człowiek jest dla państwa coraz bardziej przejrzysty, ale państwo może pozostawać dla człowieka nieprzejrzyste. Niebezpieczeństwo nie polega więc wyłącznie na tym, że haker może wykraść dane. Polega również na tym, że administracyjny opis jednostki zaczyna wyprzedzać jej zdolność do rozumienia, kontrolowania i korygowania tego opisu.
Nie oznacza to, że cyfryzacja podatków albo tworzenie państwowych rejestrów są z natury wymierzone w wolność obywatelską. Państwo musi posiadać informacje pozwalające sprawiedliwie pobierać podatki, wypłacać świadczenia, chronić własność i przeciwdziałać przestępczości. Zasadnicze pytanie brzmi inaczej: jakie obowiązki państwa powstają w chwili, gdy obywatel przekazuje mu tak rozległą wiedzę o swoim życiu?
Czym dla Rzymian był spis obywateli
W republikańskim Rzymie spis ludności nie był wyłącznie techniczną operacją administracyjną. Przeprowadzali go cenzorzy, zasadniczo raz na pięć lat, w okresie określanym jako lustrum. Ustalali majątek obywatela i na tej podstawie przypisywali go do właściwej centurii, co miało bezpośrednie znaczenie dla organizacji wojska, rozłożenia ciężarów publicznych oraz udziału w wyborach.
System ten nie był demokratyczny w dzisiejszym rozumieniu. Najbogatsze centurie dysponowały znacznie większym wpływem politycznym niż obywatele posiadający niewielki majątek. Mimo tej nierówności spis pozostawał publicznym aktem, podczas którego lud rzymski stawał wobec siebie jako zbiorowość i rozpoznawał własne miejsce w ustroju republiki.
Cenzorzy nie ograniczali się do liczenia ludzi i ich majątku. Oceniali również postępowanie obywateli, mogli nakładać na nich notę cenzorską, pozbawiać części praw, a nawet usuwać osoby niegodne z Senatu. Łączyli zatem funkcję administracyjną z obowiązkiem czuwania nad moralnymi podstawami wspólnoty. Można spierać się z takim zakresem władzy, ale sama konstrukcja urzędu wskazywała, że obywatel nie był postrzegany jedynie jako właściciel majątku i płatnik daniny.
Według prof. Stéphane’a Rattiego zasadnicza zmiana nastąpiła za Juliusza Cezara, prawdopodobnie w 46 r. przed naszą erą. Zakończono wówczas tradycyjny spis na Polu Marsowym, podczas którego wspólnota uczestniczyła w ceremonii mającej jednocześnie charakter obywatelski i religijny. Mieszkańcy Rzymu zaczęli składać indywidualne deklaracje zawierające informacje o adresie, nieruchomościach, przyległościach oraz rozmiarach zajmowanego budynku.
Dane były archiwizowane i wykorzystywane między innymi przy podziale zboża. Obywatel nie musiał już pojawić się wraz z innymi, aby zostać rozpoznanym jako część populus romanus. Wystarczało, że administracja znała jego imię, miejsce zamieszkania i stan posiadania.
Ratti interpretuje tę reformę jako część znacznie głębszej zmiany politycznej. Wspólnotowy akt, w którym lud uzmysławiał sobie własne istnienie i uprawnienia, został zastąpiony indywidualną deklaracją. Członkostwo w ciele politycznym stopniowo ustępowało miejsca obecności w administracyjnej ewidencji, a państwo zaczynało opisywać człowieka poprzez kontrolowane przez niego terytorium i posiadany majątek.
Nie należy czynić z jednej reformy wyłącznej przyczyny upadku republiki. Kryzys rzymskiego ustroju miał źródła społeczne, gospodarcze, militarne i polityczne, a jego przebieg był znacznie bardziej złożony. Wartość tezy Rattiego polega jednak na uchwyceniu różnicy pomiędzy spisem, który potwierdza przynależność do wspólnoty, a rejestrem, który pozwala administracji skutecznie zarządzać jednostkami.
Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Patryk Palka w tekście „Chwała, duma, patriotyzm. Rzymianie wiedzieli, za co walczyć. A my?” zwraca uwagę, że rzymskie amor patriae oznaczało nie tylko gotowość do poświęcenia, ale również umiejętność samoograniczenia własnych ambicji. Dla Salustiusza, Liwiusza i Cycerona pierwszym sygnałem kryzysu republiki był moment, w którym prywatny interes zaczynał dominować nad dobrem publicznym. Obywatel był więc definiowany nie przez sam fakt zamieszkiwania na określonym terytorium, lecz także przez odpowiedzialność za trwałość ustroju.
Prof. Krzysztof Łazarski przypomina natomiast, że nawet w epoce cesarstwa formalnie zachowywano przekonanie, iż władza pochodzi od ludu rzymskiego. W praktyce jednak „duch obywatelstwa nie mógł się rozwijać, duszony cesarskim despotyzmem i biurokracją”. Jego analiza rzymskiej wolności pokazuje, że obywatelstwo może przetrwać w języku prawa, a jednocześnie stopniowo tracić znaczenie w realnym życiu politycznym.
Polska tradycja stawia pytanie inaczej
Dla polskiego czytelnika szczególne znaczenie ma samo pojęcie Rzeczypospolitej. Nie oznacza ono wyłącznie państwa, jego granic, aparatu urzędniczego ani majątku pozostającego pod kontrolą władzy. Odsyła do łacińskiej res publica, a więc sprawy wspólnej, której podmiotem jest wspólnota polityczna.
Prof. Jerzy Miziołek w eseju „Antyk grecko-rzymski w polskiej kulturze” przypomina, że Wincenty Kadłubek wprowadzał do polskiej historiografii rozumienie Rzeczypospolitej jako „wspólnoty wolnych obywateli, a nie tylko posiadłości władcy”. Obowiązkiem obywateli była troska o dobro publiczne, natomiast państwo miało istnieć ponad osobą aktualnie panującego. Antyczna inspiracja została w ten sposób przekształcona w jeden z fundamentów polskiej tradycji politycznej.
Oczywiście przez stulecia pojęcie obywatela obejmowało tylko część mieszkańców Rzeczypospolitej. Nowoczesne państwo dokonało pod tym względem fundamentalnej zmiany, uznając równą godność polityczną obywateli niezależnie od ich majątku, pochodzenia i płci. Współczesny obywatel nie jest przypisywany do centurii według wartości posiadanego majątku, a jego głos nie powinien znaczyć mniej tylko dlatego, że płaci niższe podatki.
To właśnie dlatego należy zachować ostrożność wobec prostych analogii ze starożytnym Rzymem. Dzisiejsza Polska nie jest republiką Cezara. Podatki ustanawia parlament pochodzący z wyborów, decyzje administracji można zaskarżać, a władzę ograniczają konstytucja, sądy oraz instytucje stojące na straży praw obywatelskich i ochrony danych.
Cyfrowa administracja nie musi osłabiać obywatelstwa. Może ograniczać arbitralność, ułatwiać dostęp do usług i zapewniać ludziom większą kontrolę nad dokumentami dotyczącymi ich samych. Prof. Michał Kleiber w tekście „Cyfryzacja coraz szerzej wkracza w nasze życie” podkreśla, że tożsamość cyfrowa może stać się fundamentem bezpiecznego, przyjaznego i nowoczesnego świata cyfrowego.
Warunkiem jest jednak zachowanie wzajemności. Jeżeli państwo ma prawo żądać od obywatela dokładnych informacji, obywatel powinien mieć prawo wiedzieć, po co są one gromadzone, kto ma do nich dostęp, jak długo będą przechowywane oraz w jaki sposób może poprawić błąd. Jeżeli algorytm uczestniczy w podejmowaniu decyzji, człowiek musi móc poznać przynajmniej najważniejsze przesłanki, które przesądziły o jego ocenie.
Różnica pomiędzy poddanym a obywatelem nie polega na tym, że pierwszy płaci podatki, a drugi jest od nich wolny. Polega na tym, że obywatel współtworzy reguły, według których państwo działa, może domagać się od władzy uzasadnienia jej decyzji i dysponuje skutecznym sposobem obrony swoich praw. Państwo cyfrowe pozostanie Rzecząpospolitą tylko wtedy, gdy technologia będzie wzmacniała tę relację, zamiast ją zastępować.
Najgroźniejszy nie jest sam wyciek danych
Kradzież informacji przechowywanych przez francuski fiskus pokazuje najbardziej widoczną część problemu. Dane o dochodach, sytuacji rodzinnej i nieruchomościach mogą ułatwiać podszywanie się pod inne osoby, przygotowywanie wiarygodnych prób wyłudzenia, szantażowanie oraz wybieranie celów przestępstw. Im pełniejszy obraz obywatela posiada administracja, tym większa odpowiedzialność spoczywa na państwie za ochronę całego systemu.
Konrad Białoszewski już przed laty pisał na łamach „Wszystko co Najważniejsze”: „Tak naprawdę to, czego powinno bronić państwo, to dane osobowe”. Wskazywał, że cyfrowe usługi mogą rozwijać się bezpiecznie wyłącznie wtedy, gdy towarzyszą im odpowiednie systemy zapasowe, właściwe zarządzanie rejestrami oraz jednoznacznie określona odpowiedzialność instytucji.
Niebezpieczeństwo nie kończy się jednak w chwili, gdy zabezpieczone zostaną serwery. System może być odporny na włamania, a mimo to pozostawać nadmiernie rozbudowany, nieprzejrzysty albo pozbawiony właściwej kontroli. Cyberbezpieczeństwo chroni dane przed przestępcami, natomiast prawa obywatelskie mają chronić człowieka również przed nieproporcjonalnym lub nieuzasadnionym wykorzystaniem danych przez legalnie działające instytucje.
Prof. Michał Kleiber zwraca uwagę, że rozwój technologii pozyskiwania i analizowania informacji pogłębia napięcie między ochroną bezpieczeństwa publicznego a prawem do prywatności. Państwo może potrzebować narzędzi pozwalających zapobiegać terroryzmowi, przestępczości i innym realnym zagrożeniom. Granica pomiędzy uprawnionym działaniem a inwigilacją pozostaje jednak trudna do wyznaczenia, zwłaszcza gdy informacje zebrane w jednym celu mogą zostać później wykorzystane w zupełnie innym.
Właśnie dlatego państwo powinno stosować zasadę ograniczonego zaufania również wobec samego siebie. Każdy dostęp do szczególnie wrażliwych rejestrów powinien pozostawiać możliwy do sprawdzenia ślad. Uprawnienia urzędników powinny być ograniczane do informacji niezbędnych do wykonania konkretnego zadania, a obywatele muszą być szybko informowani o naruszeniach, które mogą zagrozić ich bezpieczeństwu.
Nie jest wystarczającą odpowiedzią stwierdzenie, że gromadzenie danych jest legalne. Równie ważne są proporcjonalność, celowość, czas przechowywania informacji, możliwość kontroli oraz odpowiedzialność za błędy. Zgodność z przepisami wyznacza minimalną granicę działania administracji, ale zaufanie obywateli wymaga czegoś więcej.
Państwo musi zasłużyć na wiedzę o obywatelu
Stéphane Ratti dostrzega w reformie Cezara początek procesu, w którym populus romanus tracił zdolność rozpoznawania siebie jako wspólnoty politycznej. Wspólny akt obywatelski został zastąpiony indywidualnymi deklaracjami, a człowiek stawał się coraz dokładniej opisanym mieszkańcem określonego budynku. Rzymski przypadek przypomina, że administracyjna precyzja państwa nie jest tym samym co siła wspólnoty.
Współczesne państwo może wiedzieć, gdzie mieszkamy, ile zarabiamy, jaki posiadamy majątek i z jakich usług publicznych korzystamy. Żadna z tych informacji nie odpowiada jednak na pytanie, czy czujemy się współodpowiedzialni za dobro wspólne, ufamy instytucjom i wierzymy, że obowiązujące reguły są jednakowe dla wszystkich. Baza danych może potwierdzić istnienie podatnika, lecz nie jest w stanie sama stworzyć obywatela.
Najważniejsza różnica między obywatelem a rekordem w bazie danych ujawnia się w chwili sporu. Rekord można sklasyfikować, połączyć z innymi informacjami i poddać automatycznej ocenie. Obywatel może natomiast zażądać uzasadnienia, zakwestionować decyzję i przypomnieć, że państwo nie jest właścicielem wspólnoty, lecz narzędziem powołanym do służby wobec niej.
Cyberatak na francuski fiskus jest zatem ostrzeżeniem znacznie szerszym niż kolejny incydent informatyczny. Pokazuje, jak wielką wartość mają portrety obywateli tworzone przez nowoczesną administrację i jak dotkliwe mogą być skutki utraty kontroli nad nimi. Nie powinien jednak prowadzić do odrzucenia cyfrowego państwa, lecz do postawienia mu wyższych wymagań.
Silne państwo nie jest tym, które wie o obywatelach wszystko. Jest nim państwo, które potrafi uzasadnić, dlaczego potrzebuje określonej wiedzy, skutecznie ją chroni i poddaje własne działania kontroli. Wtedy człowiek zapisany w rejestrze pozostaje kimś więcej niż numerem, adresem i kategorią ryzyka. Pozostaje obywatelem Rzeczypospolitej.
Sebastian Nizio





