
Dość sabotowania instytucji Rzeczypospolitej. Rzecz nie tylko o referendum w Krakowie
Sabotowanie instytucji demokracji bezpośredniej przez władzę to po prostu kpina ze współobywateli. Władzy ta technika się bardzo podoba. Ale czy nie ma na to rady? – pisze Marek JUREK
.Gdy 19 lat temu kierowałem Sejmem, Donald Tusk był w opozycji, Sejm dyskutował zmiany w samorządowej ordynacji wyborczej. Wprawdzie docelowo okazały się dla opozycji bardzo korzystne, ale skoro były inicjatywą PiS – przewodniczący PO na wszelki wypadek je zwalczał. Zaczął organizować bojkot głosowań w Sejmie i blokować obrady, co nie jest trudne, gdy rząd ma parogłosową większość. Izba może uchwalać ustawy, gdy głosuje większość uprawnionych posłów, co oznacza, że jeśli prawie połowa posłów przestaje głosować – w Sejmie zaczyna „obowiązywać” niemal jednomyślność, jak w czasach upadku Rzeczypospolitej i liberum veto.
Tymczasem każdy kierujący instytucją dobrze wie, że paroprocentowa absencja, np. dwóch, trzech osób w stuosobowym zespole – to rzecz zupełnie normalna. Wyjątkiem w dużym gremium jest raczej stuprocentowa frekwencja niż absencja kogokolwiek. Rzecz zwyczajna jak kontuzja jednego piłkarza w parunastoosobowej kadrze meczowej. Bo przecież ministrowie zasiadający w Sejmie mogą mieć wyjątkowo ważne obowiązki w terenie lub przyjmować ważnych gości zagranicznych, sami posłowie chorują, dotykają ich wypadki losowe albo wyjeżdżają na oficjalne delegacje parlamentarne.
Opozycja jest powołana, aby prezentować w debacie i w głosowaniach alternatywną wizję polityki i konkretnych decyzji Rzeczypospolitej, a nie żeby w pracy Sejmu i działaniu państwa przeszkadzać, uchylając się od zwyczajnych parlamentarnych czynności.
Jednak co innego Konstytucja, a co innego – KonstytucJA. Donald Tusk oświadczył więc, że to rząd ma zapewnić quorum w Sejmie, czyli że ma przerywać ministrom nawet niecierpiące zwłoki obowiązki, ściągać posłów ze szpitali i pogrzebów albo – oddać opozycji dyplomację parlamentarną. Znakomity popis humanizmu liberalnego, liberalnego pluralizmu i zmysłu stanu. Ale nie tylko. Gdy na Konwencie Seniorów zwróciłem przywódcy opozycji uwagę, że sabotowanie obrad to łamanie prawa, Donald odpowiedział krótko: „No to podaj mnie do prokuratora”. Tymczasem nie trzeba ani prokuratora, ani nawet wielkiej umiejętności czytania ze zrozumieniem, by widzieć, że Regulamin Sejmu (więc powszechnie obowiązujący akt prawa) stanowi jasno, że posłów „obowiązuje obecność i czynny udział w posiedzeniach Sejmu”. W demokracji wg Donalda Tuska prawo jest jednak dobrem użytkowym.
.Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi rząd Mateusza Morawieckiego ogłosił referendum w sprawie ochrony granic, własności państwa w strategicznych przedsiębiorstwach i praw społecznych ludzi starszych. Donald Tusk na posiedzeniu Rady Krajowej Platformy Obywatelskiej natychmiast oświadczył: „Uroczyście, przed wami, unieważniam to referendum”. Uzurpacja władzy Sądu Najwyższego, czy może tylko poślizg myślowy, bo spragnionemu władzy liderowi PO „wiążący charakter wyniku” pomylił się z ważnością referendum i przede wszystkim – z (chyba istotną dla demokraty) ważnością głosów Polaków, którzy w nim wzięli udział? Nie tyle myślowy poślizg, ile raczej „kop myślowy”, który premier Donald Tusk swą „uroczystą” deklaracją, złożoną wobec Rady Krajowej PO, dał ponad 10 milionom Polaków wraz z ich rodzinami, którzy inicjatywę i intencje referendum czynnie poparli.
Po referendum, w którym odwołano prezydenta Aleksandra Miszalskiego, na oficjalnej stronie Kraków.pl znalazła się następująca informacja:„W sprawie odwołania Prezydenta Miasta Krakowa w głosowaniu wzięło udział 29,99 proc. osób uprawnionych. Liczba oddanych ważnych kart przekroczyła wymagany ustawowo próg, co oznacza, że referendum w tej sprawie jest ważne. W sprawie odwołania Rady Miasta Krakowa w głosowaniu wzięło udział 29,97 proc. osób uprawnionych. Liczba oddanych ważnych kart nie przekroczyła ustawowego progu frekwencyjnego, w związku z czym referendum w tej sprawie jest nieważne”. Dalej znajduje się zachęcający dopisek/link: „Szczegółowe informacje dotyczące referendum znajdują się w Biuletynie Informacji Publicznej Miasta Krakowa”.
Chciałem się dowiedzieć, ilu konkretnie Krakowian głosowało za odwołaniem Rady Miasta. Niestety, pod podanym linkiem żadnych takich informacji nie ma, mieszkańców Krakowa przemielono na procenty, a ilu ich było – nieważne. Tak właśnie potraktowano sto sześćdziesiąt osiem tysięcy i jeszcze dziesięć osób. I to jest gorsze nawet od tego, że Kraków nadal będzie reprezentować Rada Miasta, za odwołaniem której głosowało 96 proc. uczestników referendum.
.Bojkot bywa bronią opozycji w sytuacji, gdy władza zadaje gwałt wolności wyborów lub gdy wybory są po prostu ponurą parodią, jak w PRL. Bywa nią nawet wtedy, gdy skrajna opozycja – jak w wypadku parlamentarnego bojkotu Tuska sprzed dwudziestu lat – postanawia wbrew prawu sabotować politykę państwa. Ale bojkot organizowany przez władzę to wyjątkowe kuriozum, po prostu – kpina z demokracji.
Rzecz jednak ma nie tylko wymiar ogólny, ale i konkretny, konstytucyjny. Najprostsza analiza pozwala stwierdzić, że organizowanie przez władze lokalne bojkotu referendum w celu obrony swoich stanowisk narusza (oczywiście nie wprost, ale w konsekwencjach) co najmniej kilka norm konstytucyjnych.
Po pierwsze – tajność wyborów (art. 169). Referendum, które lokalna władza traktuje nie jak uprawnioną demokratyczną decyzję, ale jak wrogą demonstrację – czyni sam udział w wyborach jawną deklaracją opozycyjną. Tymczasem władze samorządowe dla bardzo wielu osób są pracodawcą lub partnerem gospodarczym. Sam (z dobrego źródła) słyszałem o wójcie, który filmował lokale wyborcze i sąsiadów, którzy do nich wchodzą w dniu referendum odwoławczego. Obracając wniwecz tajność głosowania, organizatorzy bojkotu naruszają (po drugie) prawo do prywatności (art. 47) współobywateli.
I wreszcie praktyka taka narusza po prostu nadrzędną normę uczciwości wyborów, a szczególnie równość głosów, jest więc formą fałszowania wyniku. Racją wymogu frekwencji (który przecież nie obowiązuje w wyborach) jest weryfikacja zainteresowania społeczności wynikiem referendum, ochrona wybranych instytucji przed marginalnymi sporami. Tymczasem w wyniku bojkotu organizowanego przez władzę mamy do czynienia z doliczeniem do liczby rzeczywiście niezainteresowanych tych, którzy są jak najbardziej zainteresowani wynikiem referendum i właśnie dlatego sabotują głosowanie współmieszkańców. I jednocześnie odwrotnie – jest to potraktowanie rzeczywistej neutralności lub inaczej motywowanej absencji jako poparcia dla władzy, mimo że ludzie, którzy świadomie nie głosują – chcą w tym sporze pozostać neutralni. Takie fałszerstwo intencji – to po prostu fałszowanie wyniku głosowania.
Istnieje prosty sposób, by tym praktykom zapobiec, nie naruszając oczywistego prawa do nieuczestniczenia w głosowaniu tych, którzy naprawdę w decyzji brać udziału nie chcą. To wprowadzenie drugiego kryterium ważności. Obok zachowania (realistycznie określonego) progu frekwencyjnego wprowadzenie normy, że referendum jest również ważne niezależnie od frekwencji, jeżeli za wnioskiem padnie 2/3 głosów. W ten sposób wszelki bojkot przestałby być celowy, stałby się kapitulacją, a chcący zachować stanowiska – musieliby stawać do konfrontacji opinii i poddawać się ocenie większości współmieszkańców (czy po prostu współobywateli, bo podobną zasadę można by wprowadzić w referendach narodowych). Wynik referendum może bowiem być nieważny, jeśli rzeczywiście referendum nie wzbudziło większego zainteresowania. Ale nie wtedy, gdy władza jest właśnie zainteresowana obniżeniem frekwencji i używa do tego dostępnych sobie środków. Można zresztą założyć, że lokalne referenda odwoławcze z reguły byłyby ważne, bo wyborców mobilizowałyby dwie strony, zmuszone poddać się osądowi swojej społeczności.
.Prawo i Sprawiedliwość proponowało podobne rozwiązania, ale władza nie ma żadnego interesu, by je przyjąć. PO kieruje największymi samorządami, a PSL – największą (pośród wszystkich partii) liczbą samorządów. Prawo i Sprawiedliwość nie jest zaś mistrzem negocjacji opartych na zasadach. I bardzo możliwe, że w wypadku odwrócenia trendu samorządowego również PiS straciłby zainteresowanie dla zmian.
Jest jednak organ nieuczestniczący w bieżącej walce partyjnej, a z urzędu powołany do obrony opinii publicznej i praw obywatelskich. Co więcej – mający prawo występować „o zmianę aktów prawnych w sprawach dotyczących wolności i praw człowieka i obywatela”. To Rzecznik Praw Obywatelskich. A czy to zrobi?
Oprócz wzniosłego powołania istnieje również niedobre dziedzictwo tego urzędu. Tradycja nienarażania się władzy, uników w wielkich sporach publicznych, a nawet –ideologicznej stronniczości. Od pierwszej rzecznik, wybranej po utworzeniu tego urzędu przez władze PRL, prof. Ewy Łętowskiej, która nie chciała bronić swobód politycznych, po ostatniego rzecznika, ministra Adama Bodnara, który zamiast bronić (gwarantowanej prawem) nietykalności kultu religijnego, wręcz manifestował sympatię wobec ekscesów, które to prawo naruszały.
Co będzie teraz? Kompetencja urzędu publicznego zobowiązują go do działania, gdy wymaga tego dobro wspólne. Rzecznik Praw, profesor Marcin Wiącek, mógłby zresztą ugrupowaniom parlamentarnym zaproponować w tej sprawie konkretny kompromis, wręcz wzmacniający intencje obecnej ustawy, a przeciwdziałający ich wywracaniu.
Aby nie odwoływano z błahych powodów władz samorządowych – próg frekwencji (w wypadku decyzji zwykłą większością) można nawet podnieść. Na przykład z obecnych 3/5 uczestniczących w wyborze odwoływanych władz – do 3/4 albo jeszcze wyżej. Jeśli w głosowaniu wezmą udział zwolennicy i przeciwnicy kwestionowanych władz – to zupełnie dobra kwota. Ale jeśli, powtórzę, za wnioskiem padnie przygniatająca większość głosów, standardowe 2/3, wówczas wynik powinien być wiążący niezależnie od liczby uczestników. To zresztą zastrzeżenie czysto teoretyczne, bo jeśli ten przepis się wprowadzi – sabotowanie referendów przez obrońców swych stanowisk po prostu się skończy.
.Rzecz jest pilna, bo ci, którzy wykorzystywali blokowanie społecznych decyzji dla swoich interesów, są zdeterminowani, by działać tak dalej. W Warszawie została ogłoszona kandydatka na prezydenta Krakowa. Donald Tusk i Władysław Kosiniak-Kamysz zgłosili na to stanowisko senator Monikę Piątkowską. Kandydatkę – jak mówi premier – „wyśmienitą”. Kandydatka oświadczyła od razu, że w niedawnym krakowskim referendum głosować nie poszła; oczywiście – głosujących „szanuje”, choć próbowała razem z całym kierownictwem swojej partii ich decyzję unieważnić.





