Prof. Chantal DELSOL: Sprawa Lyhanny i francuski bunt moralny

Sprawa Lyhanny i francuski bunt moralny

Photo of Prof. Chantal DELSOL

Prof. Chantal DELSOL

Historyk idei, filozof polityki. Założycielka Instytutu Badań im.Hannah Arendt. Szefowa Ośrodka Studiów Europejskich na Uniwersytecie Marne-la-Vallée. Publicystka "Le Figaro". Określa się jako liberalna neokonserwatystka. Najnowsza jej książka to "Insurrection des particularités".

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autorki

Sprawa Lyhanny błyskawicznie stała się jednym z najważniejszych tematów francuskiej debaty publicznej. Wstrząs wywołany śmiercią dziewczynki uruchomił nie tylko dyskusję o błędach wymiaru sprawiedliwości, ale także o moralnych fundamentach państwa. W kraju przygotowującym się do wyborów prezydenckich w 2027 roku pytania o bezpieczeństwo dzieci, odpowiedzialność instytucji i granice pobłażliwości wobec przestępców mogą okazać się ważniejsze niż wiele tradycyjnych sporów politycznych. O sprawie tej pisze prof. Chantal DELSOL

.Francuzi przywykli do manifestowania oburzenia. Ale tym razem gniew ma inne oblicze. W reakcji na zamordowanie Lyhanny padają słowa inne niż zwykle. Rządzący oczywiście mają zwyczaj traktować protestujących jak złoczyńców, których trzeba jak najmocniej wgnieść w podłogę, co pokazał przykład „żółtych kamizelek”. Teraz jednak widać, że są oszołomieni i nie wiedzą, gdzie się podziać ze wstydu. Bo nie chodzi o jakąś gafę czy niedopatrzenie. Chodzi o niefrasobliwość czy wręcz lekkomyślność wymiaru sprawiedliwości w obliczu zła uznawanego – w końcu! – za nieakceptowalne.

.Kiedy matki i ojcowie wychodzą na ulice, jest to dla rządzących poważne ostrzeżenie: stawką jest bowiem to, co najważniejsze. „Gdyby moje dziecko było molestowane i po wielokroć zastraszane przez jawnego drapieżnika seksualnego, którym system sprawiedliwości nie chce zająć się na poważnie, byłbym/byłabym gotowy/gotowa zlikwidować go osobiście, nawet za cenę dwudziestu lat odsiadki” – tak myśli teraz wielu naszych współobywateli. Rządzący powinni wreszcie skończyć z pustosłowiem, bo tym razem chodzi o ich własną skórę.

Lekcja płynąca z tej sprawy jest pouczająca. Widzimy, jak z każdym dniem opinia publiczna wobec obojętności rządzących coraz wyraźniej definiuje to, co moralne, i to, co niemoralne. Oliwy do ognia, w najlepszym dla tej sprawy momencie, dolała afera Patricka Bruela, oskarżanego przez wiele kobiet o molestowanie seksualne. Można założyć, że wymiar sprawiedliwości zajął się Bruelem z takim pośpiechem najpewniej po to, żeby właśnie zdjąć z rządzących presję w związku ze sprawą zabójstwa Lyhanny.

Przypomnijmy, że w XIX wieku to stowarzyszenia obywatelskie, najpierw w Wielkiej Brytanii, a następnie w krajach kontynentu, wyszły na ulice, domagając się zniesienia handlu niewolnikami, a później samego niewolnictwa. Składano petycje i organizowano bojkoty cukru! Warto również pamiętać, że w XX wieku to masowe manifestacje uliczne wymusiły uznanie praw wyborczych kobiet. Elity drwiły: „Sufrażystki…”. We Francji rządzący opierali się dłużej niż gdzie indziej, ponieważ posądzano kobiety o poparcie dla idei konserwatywnych. Nic dziwnego, że dziś opinia publiczna jest pełna gniewu, domagając się karania pedofilii – przestępstwa, które elity legitymizowały i gloryfikowały jeszcze kilkadziesiąt lat temu piórem największych pisarzy tamtych czasów.

Ta sprawa jawi się jako kolejny już przykład konfliktu między ludem a rządzącymi, nieskończenie poważniejszego niż zwykle, ponieważ dotyczącego dzieci. Postmodernistyczni przywódcy demokratyczni hołdują pobłażliwości, samozadowoleniu i obśmiewaniu. Ich największym zwycięstwem moralnym było zniesienie kary śmierci – wbrew temu, co podpowiadałby nawet najbardziej umiarkowany zdrowy rozsądek – bez wprowadzenia jakiejkolwiek kary zamiennej. Wydaje się, że ludzie władzy – obojętnie: wyższego czy niskiego szczebla – nie mają tak rozwiniętej świadomości wymogów sprawiedliwości moralnej jak przeciętny obywatel. W każdym razie fatalny błąd, polegający na zignorowaniu pozornie zero-jedynkowej sprawy przyszłego zabójcy Lyhanny, sugeruje, że wymiar sprawiedliwości nie postrzega aktów pedofilii z takim samym oburzeniem jak przeciętny obywatel. Świadczy o tym także historia z ostatniego tygodnia – zrozpaczona matka, wykonawszy kilkanaście telefonów na komisariat, aby zapytać o to, co dzieje się w bardzo drażliwej i ważnej dla niej sprawie, dowiaduje się, że to ona zostanie oskarżona o molestowanie… Albo historia ojca, którego córeczka – już ofiara gwałtu – widzi codziennie swojego napastnika, jak kręci się w okolicy jej szkoły, mimo że niebudzące żadnych wątpliwości zeznania zalegają gdzieś na biurku od miesięcy.

Wielu funkcjonariuszy administracji, policji, wymiaru sprawiedliwości czy polityki zdaje się nadal reagować tak, jak zareagowaliby ich dziadkowie: „Dziecięca konfabulacja!”, „Do niczego wielkiego nie doszło!”, „Dziecko samo się o to prosiło!”, „Dziewczynki po prostu nie powinny się tak ubierać!” itd. Moglibyśmy bez końca przytaczać przykłady obrzydliwych, a ostatecznie koszmarnych wypowiedzi, które można sprowadzić do dwóch punktów: 1) to nieprawdziwa historia; 2) to nic poważnego… To, co tyczy się pedofilii, tyczy się także gwałtów, innymi słowy: to, co tyczy się sprawy Lyhanny, tyczy się sprawy Bruela. „Aby pomóc uroczej dziewczynie, która pragnęła zostać aktorką, przedstawiłem ją staremu przyjacielowi aktorowi, który natychmiast powiedział jej: Jeśli nie jesteś gotowa sypiać z kim popadnie, czy tego chcesz, czy nie, to zapomnij o karierze”. Zawsze było przyzwolenie na takie sytuacje – nie dlatego, że były one postrzegane jako normalne, ale dlatego, że były traktowane jako coś, z czym się trzeba pogodzić, bo świat jest, jaki jest.

Obecne oburzenie można zatem streścić jednym zdaniem: sytuacja stała się nie do zniesienia i nie będziemy jej dłużej znosić. Ruchy odwołujące się do moralności w życiu publicznym wyrastają ze społeczeństwa obywatelskiego: to przeciętny obywatel – ty, ja – przejmuje inicjatywę, wychodzi na ulicę z własnoręcznie zrobionym transparentem, krzyczy do zdarcia głosu, wyraża oburzenie i domaga się zmian. Znajdujemy się w kontinuum procesu, który rozpoczął się w XIX wieku po rewolucji francuskiej; procesu, który historyk Olivier Grenouilleau nazwał „wielką moralizacją świata”. Walka z handlem niewolnikami, niewolnictwem, o emancypację kobiet, z narkotykami, alkoholem, prostytucją, a dziś: z pedofilią i gwałtami. Potępiane instytucje lub zachowania nigdy nie są zjawiskami nowymi – są głęboko zakorzenionymi realiami, często istniejącymi od dawna i często przeżywającymi pełny rozkwit, ale które ogół społeczeństwa uznaje za zło. Zło, które musi zostać wyplenione.

.To społeczne przebudzenie, niekiedy bardzo impulsywne, jest zjawiskiem niebywale interesującym. Skąd się bierze? Dlaczego wszyscy, a może prawie wszyscy jesteśmy tak oburzeni pedofilią, która naszym przodkom wydawała się jedynie kłopotliwą przywarą, na którą przymykano oko, prosząc ofiary o milczące wybaczenie? Co się stało, że teraz żądamy, aby nasi rządzący (którzy nieuchronnie będą musieli się ugiąć) surowo karali drapieżników, dla których jeszcze kilka lat temu bez wahania znaleziono by usprawiedliwienie? Oto, co się stało: konkretny drugi człowiek stał się jedynym przedmiotem szacunku i góruje nad wszelkimi instytucjami (rodziną, szkołą, polityką, Kościołem). Można by oczywiście zakwestionować pewne nadużycia tej postmodernistycznej moralności, którą za Levinasem nazwałabym „prawem Innego”. Ale jedno jest pewne: jeśli chodzi o ochronę najsłabszych, jest to wspaniała odmiana.

Chantal Delsol

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 17 czerwca 2026
Fot. Isabelle Souriment / Hans Lucas Agency / Forum